Roopkund (Jezioro Szkieletów) to glacjalne jezioro położone w Uttarakhand w Indiach. Znane jest ono ze względu na makabryczne odkrycie dokonane przez strażnika leśnego w 1942 r. Na brzegu jeziora natknął się on na ponad 500 ludzkich szkieletów. Miejsce jest niezamieszkane nie tylko z tego powodu, ale też wpływa na to fakt, że tajemnicze jezioro leży w masywie indyjskich Himalajów na wysokości 5029 metrów. Datowanie próbek metodą węgla C14 wskazało, że kości pochodzą z okresu między XII a XV w., ale naukowcy wciąż spierają się kim były ofiary i jakie były przyczyny ich śmierci. Hans Rey, Richie Schley i Joscha Forstreuter udali się do Indii nie tylko po to, żeby na własne oczy zobaczyć to legendarne jezioro, ale również by zjechać szlakiem, po którym nikt jeszcze nie odważył się poruszać rowerem górskim.

Ostatnią rzeczą, jakiej chciałem, było zanurzenie twarzy w błotnistym stosie ludzkich kości. Ale szczerze mówiąc to jest dokładnie to, co mi się przydarzyło. Zbieg okoliczności? Wypadek? A może czar rzucony przez bogów, którzy wyrwali przednie koło roweru spode mnie i sprawili, że zacząłem jechać w dół na łeb na szyję z prędkością światła? Możliwe też, że majaczyłem z powodu braku tlenu na wysokości 5000 m, pędząc za Joschem w dół, aż na brzeg małego, górskiego jeziora, kiedy nagle zdałem sobie sprawę, że ludzkie kości, o których tyle słyszałem, były nie tylko w samym jeziorze, ale wszędzie dookoła - nawet na brzegu, którym właśnie jechaliśmy. Koniec końców z impetem wpadłem w mokre błoto i uderzyłem głową w coś na kształt dziękczynnego ołtarza - ogromny głaz pokryty ludzkimi czaszkami i kośćmi.

Planowaliśmy tę wyprawę w oparciu o słynną pieszą wędrówkę, mając na uwadze to, że nikt przed nami nie próbował pokonać tej trasy na rowerach. Region Uttarakhand polecił mi nie kto inny jak legendarny Reinhold Messner. Pod koniec września 2011 r. wyruszyliśmy na naszą sześciodniową wyprawę z nadzieją, że szczęśliwie dotrzemy do celu. Takim eskapadom towarzyszy mnóstwo niepewności, a wiele rzeczy może się najzwyczajniej w świecie nie udać: począwszy od zepsutego roweru - bez cienia szans na wymienienie go lub naprawę, choroby wysokościowej, terenu kompletnie nienadającego się do jazdy, możliwości zachorowania z powodu jedzenia czy wody, a kończąc na zwykłej kradzieży, kiepskiej pogodzie czy utknięciu w pierwszym o tej porze roku śniegu.

Aby udokumentować naszą wyprawę, pojechali z nami dwaj kamerzyści na rowerach: Rob Summers i Martin Hanisch oraz nasz „Szwindus” (Szwajcar/Hindus) - fotograf Mesum Verma. Wspierał nas przewodnik z firmy India Hikes (www.indiahikes.in), kilku tragarzy z mułami i kucharz, który miał nam wszystkim zapewnić jedzenie i schronienie. Wybierając konkretne cele podróży szukam spektakularnych miejsc, w których w przeszłości nikt nie jeździł (albo nie miał odwagi jeździć); takich, których większość rowerzystów górskich nie postrzega nawet w kategorii „fun”. Lubię trasy, na których mogę wykorzystać swoje ekstremalne i techniczne umiejętności, przyprawione zdrową dawką adrenaliny, ale jednocześnie okraszone misją zgłębienia historii albo rozwiązania jakiejś zagadki. W tym przypadku celem wyprawy było tajemni-cze górskie jezioro, nad którym górowały majestatycznie piękne szczyty Trisul (7120 m) i Nanda Ghungti (6310 m).
Od starożytności to cel masowych pielgrzymek - ludzie podróżują tutaj, aby wielbić bogów i góry. Według niektórych, około 600 lat temu grupa ponad 300 pielgrzymów prowadzonych przez swojego króla utknęła tam z powodu gradobicia. A trzeba wiedzieć, że tutejsze gradziny mogą mieć wielkość piłki tenisowej. Potem zostali pogrzebani żywcem przez lawinę ziemną. Jezioro jest wolne od śniegu tylko przez kilka miesięcy w roku, w tym czasie można zobaczyć kostne pozostałości po tej nieszczęśliwej w skutkach pielgrzymce. Z pewnością nie chcieliśmy zostawić podobnych śladów po sobie. Wybranie dobrego roweru na trasę, która wiąże się z tyloma niewiadomymi, zawsze stanowi wyzwanie. Moja decyzja częściowo wynikała z faktu, że chciałem uczcić 20-lecie GT Zaskar, nazwanego na cześć położonych niedaleko Gór Zanskar. Jest to 140/100 mm carbonowy rower full suspension; rower Joscha - Felt - miał więcej amortyzacji a Rotwild Schleyera jeszcze więcej, ale były one cięższe, co mogło stanowić problem na stromych i długich podjazdach. Po dwudniowym locie z Los Angeles do Delhi czekała nas jeszcze długa i szalona jazda samochodem w kierunku gór. Ruch uliczny w Indiach to bardzo dziwne zjawisko, które ciężko opisać słowami: każdy, bez względu na to czy idzie pieszo, jedzie rowerem, motorem, samochodem, ciężarówką czy wołem, zachowuje się tak, jakby od przemieszczania się zależało całe jego życie. Wyglądało to dość chaotycznie i niebezpiecznie - byliśmy gotowi na najgorszy scenariusz, ale co najbardziej zaskakujące, ma tutaj miejsce relatywnie mało wypadków, a ludzie bardzo rzadko wściekają się czy denerwują. Nie zmienia to jednak faktu, że średnio co kwadrans mieliśmy wrażenie, że to Koniec. Odetchnęliśmy z ulgą dopiero w Loharjung (2500 m n.p.m.), która była punktem startowym naszej wyprawy i wsiedliśmy na rowery. Pierwszego dnia wspinaczka zajęła nam 8,5 godziny - podejście było okropnie wyczerpujące - po ponad 15 km rozgrzewki drogą dla jeepów musieliśmy jeszcze zmierzyć się ze stromym lasem rododendronowym. 3,5 godziny pchania i dźwigania naszych rowerów na plecach sprawiły, że byliśmy na skraju wytrzymałości, oddychaliśmy z trudem ze względu na dużą wysokość, na jakiej się znajdowaliśmy, a nasz fotograf wcale nie ułatwiał ani nie przyspieszał tej morderczej wspinaczki.


Dodano: 2013-11-19

Autor: Tekst: Hans Rey & Carmen Rey, tłumaczenie: Anna Ościak, zdjęcia:

Tagi: wyprawa rowerowa, azja, indie

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Santa Cruz High Tower LT

Canyon Neuron AL 8.0

Rockrider XC100s

Fuji Supreme 1.1

Merida Scultura 5000

Bloki szosowe vs MTB