A może tym razem wznieśmy toast po gruzińsku. Długi i pokrętny jak serpentyny kaukaskich gór. Ale i z morałem. Jak w tej przygodzie. Bo przemierzając Gruzję w spokojnym tempie rowerowej podróży posmakowaliśmy nieco odmienności, której nie potrafimy zaszufladkować ani jako typowo azjatyckiej ani europejskiej. To coś pomiędzy. Jest tam coś jeszcze, jakaś poezja, co świetnie oddaje pieśń Bułata Okudżawy: Spulchnię ziemię na zboczu i pestkę winogron w niej złożę ... Sami zobaczcie jak gościnne są progi małego narodu pośród wielkich gór.
Sakartvelo (Gruzja - przyp. red.) - brzmi egzotycznie? Jeszcze bardziej kosmicznie, gdy pisane jest po gruzińsku. A było to tak: dawno temu, kiedy Bóg wyznaczał różnym narodom ich miejsce na ziemi zwyczajnie zapomniał o jednej małej nacji. Trochę było mu głupio, gdy Gruzini przyszli się poskarżyć i zaśpiewali... Najwyższy wzruszył się niezmiernie, gdy usłyszał najpiękniejszy śpiew na świecie i postanowił oddać Gruzinom część świata, którą zostawił dla siebie.
Ale czy słowa starej legendy mają odzwierciedlenie w rzeczywistości postanowiliśmy przekonać się na własnej skórze. My, czyli Agnieszka, Tomek, Jarek i ja (Michał - przyp. red.) zeszłoroczny sierpień spędziliśmy zwiedzając ten niesamowity kraj. Góry, kultura, krajobrazy po prostu boskie. Gdy zjechaliśmy z promu w Batumi przeczuwałem, że wkraczamy w świat inny niż ten, który znałem wcześniej. Pierwsze odczucie tej odmienności to powietrze, które tam jest wilgotne i gorące - jakby z żyznych gleb parował wrzątek. Od razu staliśmy się lepcy od potu, jak w saunie. Gorzej, bo w tej saunie będziemy musieli pokonywać dziesiątki kilometrów. Pierwsze ruchy korbami i po masie roweru czuję, że z domu na pewno niczego nie zapomniałem, ale w głowie i tak pełno myśli: czy to już prawdziwa wyprawa? Teraz jesteśmy sami sobie - sterem, żeglarzem, okrętem i to na obcych „wodach”.
Woda droższa od Coca Coli
Batumi, ponoć jeszcze kilka lat temu straszyło niczym zardzewiały, zapomniany wrak tego, co pozostało po czasach świetności sprzed pierestrojki. Dziś znów przeżywa renesans, wita nas turystyczną oazą palm, przyciętych trawników, słomianymi knajpami na plaży i rzędami ławek z napisem WELCOME. Roślinność jest bardzo bujna i zielona, a lasy pełne lian. Pierwszy raz widzimy bambusy. Trwa lato najgorętsze od dwudziestu lat i kreska w termometrze sięga czterdziestki w cieniu. Każdy podjazd to litry wypijanej wody. Mają tu zwyczaj stawiania źródełek w miejscach upamiętniających tragiczną śmierć. Na pijących spogląda z fotografii ten, o którym bliscy chcą, by pamiętano. Woda to po prostu życie. Gruzja słynie z wyśmienitych wód mineralnych - jednych z najlepszych na świecie. Najbardziej znana to Borjomi, niestety droższa nawet od Coca-Coli, ale w takich upałach, choć słona, lepiej gasi pragnienie i uzupełnia sole, tracone razem z potem. Tankujemy i toczymy się naprzód, a załadowane górsko-zimowym sprzętem rowery trzeszczą w sprzeciwie. Ciepła odzież, raki i liny przydadzą się - nie teraz, ale za parę dni z pewnością.
W obliczu żertwy
Szybko przywykamy, że kierowcy każdy manewr sygnalizują klaksonem - tak z pogody ducha! Bo to pogodny i gościnny naród. Czujemy się bezpiecznie. Zatrzymujemy się jedynie w cieniu. W południe podniesienie czterdziestokilogramowego roweru i wyjście na rozedrgany w upale asfalt zdaje się niemożliwe. Często tkwimy na przystanku autobusowym oszczędni w ruch, wpatrując się w drzewa, słuchając świerszczy, pijąc nagrzaną wodę. Odjeżdżamy od morza i już po kilkudziesięciu kilometrach powietrze staje się bardziej suche. W nadmorskiej parówce było trudniej pedałować. Nocujemy pod klasztorem ukrytym w lasach, pośród gór - gdzieś pomiędzy Lanchut, a Kviaki. Rozbijamy się po ciemku, kiedy na niebie gromadzą się chmury i grzmi.Rano przychodzą ludzie na niedzielną mszę. Ktoś z nich przyjechał samochodem. Wyciąga z bagażnika
płócienny worek, wyjmuje małą, białą owieczkę. Pro-wadzi ją na sznurku do bram klasztoru. Ona beczy, zapiera się nóżkami, siada, jakby przeczuwała, że kamienny stół na nią czeka. Stanie oko w oko ze starochrześcijańską tradycją żertwy (składanie ofiary całopalnej na cześć Boga - przyp. red.).
W ciągu dnia, gdy mozolnie wdrapujemy się na kolejne przełęcze,często zagadują nas miejscowi. Dostajemy od nich owoce, orzechy, przyprawy. Rozmawiamy naszym słabym rosyjskim i zawsze to wystarcza. Tylko nieliczni dorośli nie znają tego języka. W tej upalnej mordędze ciężkiego pedałowania i składania ofiary z siebie potężnym górom, spotkania z autochtonami działają pokrzepiająco.
Wielka gościnność małego narodu
Obrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Mijają nas młodzi ludzie samochodem - dziewczyny z tyłu machają uśmiechnięte. Samochód znika szybko, uśmiechy zostają w pamięci. Na szczycie wycieńczającego podjazdu widzę dwie dziewczyny. To te same, które mijały nas wcześniej samochodem. Stoją przed domem z jabłkami w rękach. Z uśmiechem częstują nas owocami. Znają tylko gruziński, ale rozumiemy się bez słów. One nawet nie są opalone, jakby nie z tego świata, podczas kiedy nasza karnacja z każdą minutą coraz bardziej przypomina kolorem gotowane raki. Przychodzi ich mama i młodszy brat. Mówi, że jej babcia pochodziła z Krakowa. Robimy wspólne zdjęcie. Warto się napocić cały dzień, aby odbyć takie spotkanie. Śpimy kilka kilometrów dalej, w sadzie. Leżąc pod gwiazdami słuchamy jak bombardują nas jabłka. Rano śpiwory i plandeki są zupełnie mokre od rosy, jakby padał deszcz. Na śniadanie karmimy figami krowę. Dziś jest chyba jeszcze goręcej niż wczoraj, więc decydujemy się podjechać pociągiem do Tbilisi - spieszno nam w góry, bo według prognoz, równo za tydzień nad Kaukaz mają nadejść opady.Pociąg okazuje się dość tani, ładniejszy i bezpieczniejszy od naszego PKP. Jedyny problem w podróży: szybko wypijamy wodę i zabieramy się za korniszony z czosnkiem i pieprzem ogromnej mocy.
Tbilisi
Wchodzimy do ciemnej sali: jest tłoczno, pachnie jedzeniem. To wnętrze legendarnego baru w okolicach dworca kolejowego. Tomek i Agnieszka byli tu kiedyś i opowiadali o niezwykłym klimacie tego miejsca i serwowanych tu kaukaskich specjałach. Wygląda, że przez te kilka lat nic się tu nie zmieniło, ci sami ludzie, ta sam pęknięta lada i aromatyczne potrawy. Zamawiamy po jednej porcji kebapi - mięsa usmażonego na kształt kiełbasy, utopionego czerwonym sosem z dużą ilością zielonej pietruszki i dodatkiem surowej cebuli. Każdy dostaje też pół bochenka chleba oraz butelkę gruszkowej oranżady Tbilisi to ogromne, niezbyt bezpieczne miasto, a zastała nas noc. Nie bardzo wiemy, co robić. Jarek przypadkiem znajduje hotelowy szyld. Nie powinno być drogo. Recepcja to starszy facet w brudnym podkoszulku, oglądający telewizję. Przy stoliku, na fotelu, z którego nawet nie wstaje, mówi, że nocleg kosztuje dziesięć lari i nic nie opuści. Mimo wszystko zostajemy.

Dodano: 2007-04-22

Autor: Tekst: Michał Dudek, zdjęcia: Michał Dudek, Tomasz Łach

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Santa Cruz High Tower LT

Canyon Neuron AL 8.0

Rockrider XC100s

Fuji Supreme 1.1

Merida Scultura 5000

Bloki szosowe vs MTB