Aby przeżyć przygodę wcale nie trzeba wyjeżdżać na koniec świata. Trasa wyprawy Piotra i Pawła wiodła przez nieodległe i pozornie dobrze znane kraje europejskie a mimo to dostarczyła mnóstwa wrażeń, które długo pozostaną w ich pamięci. Wszystko dlatego , że świat z rowerowego siodełka wygląda zdecydowanie inaczej.

Stambuł był punktem zwrotnym na naszej trasie - granicą, za którą podróż objęłaby już nie tylko Europę, ale także i Azję. W czasie całej wyprawy spotykały nas w większości zdarzenia sympatyczne, pozytywne, czasami nietypowe i oczywiście śmieszne. Bywały jednak także sytuacje trochę niebezpieczne, ale zawsze kończyły się dobrze, widocznie mieliśmy dużo szczęścia. Może dlatego, że w drogę wyruszyliśmy w prima-aprilis ...

... no highway
Wielkanoc witaliśmy będąc w Słowenii. Do Chorwacji mój towarzysz chciał wprowadzić nas nieoficjalną - „zieloną granicą” jednak miejscowi odradzali nam takie rozwiązanie. Musieliśmy zmienić plany i nadłożyć kilka kilometrów, by na nowo wytyczonej trasie natrafić na... autostradę. Obejrzeliśmy mapy. Paweł przekonał mnie, że to zaledwie kilka kilometrów, natomiast jeśli zawrócimy na inną drogę, będzie nas czekał spory kawałek do pokonania. Jechaliśmy więc poboczem autostrady. Paweł zniknął gdzieś przede mną a ja co jakiś czas widziałem znaki informujące, iż trasa jest monitorowana. Miałem złe przeczucie. No i stało się - na kilometr przed przejściem granicznym zatrzymała mnie policja. Z radiowozu wysiadło dwóch policjantów i policjantka. Zacząłem mówić pierwszy, po angielsku. Tłumaczyłem, że na mapie nie było zaznaczonej autostrady. Opowiadałem o tym, że mój kolega jest szybszy i jest teraz gdzieś z przodu - ze wszystkimi mapami, oczywiście. Cały czas podkreślałem, że wiem o tym, iż nie wolno rowerem jeździć autostradami. Pani funkcjonariuszka, najlepiej mówiąca po angielsku, poprosiła mnie o dokumenty i zapytała skąd jestem, oraz dokąd zmierzam. Podałem jej swój paszport odpowiadając, że jestem Polakiem i jadę do Istambułu. To wywołało u policjantów spore rozbawienie. Chyba w pierwszym momencie nie wzięli moich słów do końca na poważnie. Przez chwilę dyskutowali po słoweńsku i oglądali paszport. Moja wiarygodność w ich oczach wzrosła, po tym jak otworzyli go na stronach z wizami do kilku krajów azjatyckich. Prawdopodobnie wtedy dostrzegli we mnie podróżnika i zaczęli mi wierzyć. Paszport dostałem z powrotem wraz z pouczeniem, by przy pobliskim zjeździe opuścić autostradę i skierować się na mniejsze przejście graniczne równoległe do tego, które miałem przed sobą. Jeden z policjantów tonem przypominającym ojcowskie napomnienie powiedział: „no highway!”, potem wszyscy odjechali. Po chwili trafiłem na czekającego na mnie Pawła. Opowiedziałem mu całe zdarzenie dodając, żeby więcej nie prowadził nas autostradami.


... burek - przyjaciel na całe życie
Valentina, czego powinienem skosztować w twoim kraju? - zapytałem przed wyjazdem znajomą z Chorwacji. Odpowiedź brzmiała - Na pewno burka...
Podczas jednego z postojów w Chorwacji wybrałem się do piekarni. Leżał tam w formie sporego placka pokrojonego na cztery kawałki. Był złocisty, zrobiony z przypominającego francuskie, warstwowego ciasta wypełnionego farszem. Do wyboru były dwa rodzaje - z serem i z mięsem. Poprosiłem o serowy. Zjadłem go na plaży w 10 minut i wróciłem po kolejny kawałek - tym razem z mięsem. Zakochałem się w burku. Od tej pory dzień bez mojej ukochanej potrawy był nie do pomyślenia. Potrafiłem zjadać po kilka kawałków dziennie. Ku mojej wielkiej uciesze burek choć w różnych odmianach i pod nieco innymi nazwami towarzyszył mi do Turcji a potem jeszcze w drodze powrotnej, aż do Bułgarii. W Albanii kupowałem „byrek”, w Grecji „bouréki”, Turcji „börek”, a w Bułgarii „byurek”. W Rumunii już niestety, burka nie było. Co ciekawe, Paweł nigdy tej potrawy nie spróbował. Kosztowanie obcych przysmaków w ogóle go nie pociągało, a przez całą podróż jego głównym pożywieniem były chleb i mleko.


... Memet i czarny krzyż
Aby móc wziąć porządny, ciepły prysznic i wyspać się w wygodnym łóżku, co kilka dni decydowaliśmy się na nocleg w hotelu lub na prywatnych kwaterach. W Czarnogórze za możliwość wynajęcia na noc pokoju, po krótkich targach z właścicielką domu, zapłaciliśmy 7 euro od osoby. Dodatkową kartą przetargową, abyśmy zatrzymali się właśnie u niej była propozycja, że przed snem na rozgrzanie da nam palinkę. Zostaliśmy. Gospodyni zjawiła się po chwili, dzierżąc w ręce pokaźnych rozmiarów butelkę z domowym trunkiem. Wewnątrz naczynia znajdował się duży czarny krzyż. Pani gospodarz nauczyła nas wznosić toast w jej ojczystym języku - „Zivjeli!”. Palinka była dobra, więc wznosiliśmy go nawet dwukrotnie. Takich sympatycznych i życzliwych ludzi spotykaliśmy właściwie przez całą podróż. Drugiego dnia pobytu w Turcji poznałem Memeta. Był emerytowanym oficerem marynarki, dobrze mówił po angielsku. Po 15 minutowej rozmowie, zapytałem, go gdzie można w okolicy dobrze i dużo zjeść. Zaproponował, że zaprowadzi mnie w pewne miejsce. Po drodze powiedział, że serwują tam kebaby podawane w połówce chleba oraz kwaśne mleko. Na miejscu usadowił mnie przy stoliku i zamówił dla mnie posiłek. Zaraz po tym pożegnał się ze mną i poszedł w stronę kasy. Widziałem jak płaci za moją strawę i wychodzi z restauracji. Zatrzymał się jeszcze na chwilę w drzwiach, by pomachać mi na pożegnanie.


Strict Standards: Only variables should be passed by reference in /home/bikeboard/domains/bikeboard.pl/public_html/smarty/plugins/function.x_paginator.php on line 35

Dodano: 2011-05-02

Autor: Tekst i zdjęcia: Piotr Herla

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • lekkie koła do maratonu
  • Road Tour 2019
  • Andy - Apu Wamani
  • testujemy: Fulle XC, Ghost Kato 3.9 AL, KTM X-Strada 20, Trek Madone SLR 9 Disc eTap,Merida Silex 200, Scott Ransom 920