Green Velo to trasa rowerowa promująca zakątki wschodniej Polski. Ciągnie się od Elbląga przez Suwalszczyznę, Podlasie, Lubelszczyznę do Przemyśla, po czym skręca na północny zachód, by mijając Rzeszów, Łańcut, Sandomierz i Kielce dotrzeć do Końskich.

We wrześniu 2017 postanowiłem przejechać południowy odcinek szlaku od jego początku (lub końca) w Końskich do Przemyśla. W drogę!
Jak dotrzeć do początku szlaku? Do Końskich nie można dojechać koleją, pozostaje zatem decyzja, czy wysiąść na jakiejś stacji gdzieś w pobliżu, czy też spakować rower i dojechać autobusem. Wybrałem to pierwsze rozwiązanie postanawiając rozpocząć przygodę w Skarżysku-Kamiennej, dokąd mogłem dotrzeć bezpośrednim połączeniem kolejowym. Miasto to, w którym znajduje się bazylika mniejsza p.w. Matki Boskiej Ostrobramskiej stanowiąca jedyną w naszym kraju kopię wileńskiej Ostrej Bramy, odległe jest od początku Green Velo o niespełna 40 kilometrów. Najkrótsza trasa wiedzie co prawda w większości drogą krajową nr 42, uciążliwości ruchu samochodowego wynagradzane są jednak możliwością obejrzenia drewnianych kościołów w mijanych wioskach położonych na Szlaku Architektury Drewnianej.


Do Końskich dotarłem późnym popołudniem. Po zwiedzeniu centrum miasta z ładnym gotyckim kościołem św. Mikołaja i odpoczynku w parku otaczającym klasycystyczny zespół pałacowo-parkowy, wjechałem na Green Velo.
Początkowe kilometry wiodą asfaltową ścieżką rowerową wzdłuż drogi nr 728. Pierwszym celem jest Sielpia Wielka, położona nad zalewem na rzece Czarna Taraska miejscowość wypoczynkowa. Pogoda nie sprzyjała wieczornej kąpieli, zatem po noclegu w jednym z licznych ośrodków wczasowych podjechałem bezpośrednio do Muzeum Zagłębia Staropolskiego zorganizowanego w miejscu jednego z największych zakładów dawnego Zagłębia. Niestety napis na bramie „MUZEUM NIECZYNNE DO ODWOŁANIA !!!” (pisownia oryginalna) zweryfikował moje poznawcze zapędy (wg informacji uzyskanej w dn. 14.12.2017 stan ten się nie zmienił i na razie tak pozostanie).
Wyruszyłem w dalszą drogę niezrażony poranną porażką, gdyż zaplanowałem dzień jako wypełniony atrakcjami. Pierwszy etap to Suchedniowsko-Oblęgorski Park Krajobrazowy i rezerwat Perzowa Góra ze skalną kaplicą św. Rozalii (!). Następnym był fragment naznaczony wielkimi pisarzami: Strawczyn — miejsce urodzenia Stefana Żeromskiego oraz Oblęgorek z dworkiem Henryka Sienkiewicza. Tym ostatnim byłem zawiedziony, gdyż oprowadzanie obejmuje tylko opis pamiątek po pisarzu, a o nim samym zwiedzający dowiaduje się niewiele. Kolejny wątek to miejsca związane z tradycją hutnictwa leżące nieco poza szlakiem — Kuźniaki, i szczególnie Bobrza z pozostałym ogromnym murem oporowym. Następnie obejrzawszy jeszcze ruiny zamku z XVII w. w Podzamczu Piekoszowskim, omijając Kielce od południowego zachodu, dotarłem na nocleg do Chęcin (znów poza szlakiem).


Kolejny dzień postanowiłem poświęcić właśnie Chęcinom i Kielcom. Rankiem wspiąłem się do Zamku Królewskiego. Mimo że poniedziałek na Kielecczyźnie w wielu atrakcyjnych miejscach oznacza zamknięte drzwi, chęcińskie ruiny czekały na turystów. Na początku byłem jedynym zwiedzającym, mogłem więc spokojnie obejrzeć pozostałości tej, powstałej na przełomie XIII i XIV w., budowli. Co ciekawe, przez wieki zamek służył jako przechowalnia skarbca Diecezji Gnieźnieńskiej przed zakusami Zakonu Krzyżackiego. Dziś, oglądając resztki dawnej świetności, można również próbować dociekać rodzinnej przeszłości herbowej lub pozować do zdjęcia będąc odzianym w replikę dawnej zbroi.


Chociaż współczesny płatnerz nie przygotował ochrony na kończyny, czasami więc wygląda się trochę jak zakuty łeb, ale pamiątka zostaje.
Po zejściu do miasta z przyjemnością wskoczyłem na rower objeżdżając Chęciny i docierając m.in. do Niemczówki, pierwszej murowanej kamienicy w mieście oraz odnowionego cmentarza żydowskiego.
Popołudnie to już Kielce: stare miasto z katedrą i Pałacem Biskupów, aleja sław na Skwerze Harcerskim, gdzie odnalazłem kilka podobizn moich idoli kultury, rezerwat Kadzielnia (droga podziemna zamknięta – ach, ten poniedziałek!), czy wzgórze Karczówka z malowniczo położonym klasztorem. Wieczorem kilka fotek wspaniale oświetlonego chęcińskiego zamku i przeskok myślami do kolejnego dnia, kiedy to zamierzałem znaleźć się w Raju.



Wyjście z Jaskini Raj po jej zwiedzeniu następnego ranka oznaczało rozpoczęcie trasy w strugach deszczu. Objeżdżając Kielce od pd.-wsch. w Dyminach wróciłem na Green Velo i przez Cisowsko-Orłowiński Park Krajobrazowy bardzo dobrą asfaltowo-szutrową drogą dotarłem do Rakowa, niegdyś siedziby ariańskiej Akademii Krakowskiej, dziś możliwej do zwiedzenia.


Obejrzawszy to urokliwe miasteczko odbiłem od szlaku pokonując 30 km. pętlę do Szydłowa i Kurozwęk. Pierwsza z miejscowości może się pochwalić zachowanym murem obronnym długości 700 m. „Polskie Carcassonne” to komplement może trochę na wyrost, ale z daleka widoczna budowla, a szczególnie Brama Krakowska robią wrażenie. Zamek w Kurozwękach nie pamięta już swoich korzeni z XIV w., jednak fasada stojącej w głębi ogrodu budowli prezentuje się przednio. Popołudniowa pora sprawiła, że zapach komercji i oczekiwanie opłaty nawet za spacer ścieżkami wokół budowli ostatecznie odwiodły mnie od zwiedzania i postanowiłem rozejrzeć się za noclegiem, który znalazłem w miejscowości Chańcza nieopodal zalewu o tej samej nazwie.


Wrzesień był rajem dla grzybiarzy. Prawdziwki wynoszono z lasu wiadrami mimo mnóstwa samochodów zaparkowanych w lasach gdzie popadnie. Takim labiryntem podążałem następnego dnia. Rozgrzewkę musiałem skrócić, gdyż niedługo po starcie leniwie wygrzewająca się na słońcu łagodnie wyglądająca para psów zmusiła mnie do gwałtownego przyspieszenia zdradzając żywe zainteresowanie moimi łydkami.


Pierwszą część dnia przeznaczyłem na zwiedzenie dóbr rodu Ossolińskich. Na początek Ujazd i ruiny zamku Krzyżtopór. Dziś stoją już tylko mury, ale rozmach budowli zwala z nóg. Po godzinnym zwiedzaniu odjeżdżałem z poczuciem niedosytu. Nieopodal leżący, założony przez Ossolińskich, Klimontów ze wspaniałą barokową kolegiatą oraz podominikańskim klasztorem to rzeczywista perełka okolicy. A potem do źródeł, czyli Ossolina, skąd wywodzi się wspominany ród magnacki. Niestety z ich posiadłości niemal nic nie zostało.
Przejeżdżając przez istne zagłębie sadownicze mijam Koprzywnicę z, pamiętającym XII w. klasztorem cysterskim oraz stojącym obok kościołem o przepięknym w swojej skromności romańsko-gotyckim wnętrzu i docieram do Sandomierza.
O tym królewskim mieście można by długo pisać. Dlatego też wspomnę tylko, że wpływy Ojca Mateusza widać wszędzie, a peany na cześć jego detektywistycznej przenikliwości padają nawet z ust przewodników miejskich.


Sandomierz wieczorem, Sandomierz rano i opuszczam Ziemię Świętokrzyską wzdłuż Sanu zmierzając do Leżajska. To miasto wspaniałych zabytków, w którym krzyżują się wpływy różnych kultur i religii, zwiedzam kolejnego ranka. Wyjeżdżając odwiedziłem jeszcze wystawę browarnictwa, ale po niecałej godzinie zawiedziony pomknąłem dalej. Jeszcze Łańcut z jego przepiękną synagogą (pałac widziałem wcześniej) i wieczorem docieram do Rzeszowa.


Trasa kolejnego dnia jest najtrudniejsza na całym szlaku, a liczne pagórki pozwalają „poczuć bluesa”. Początek dnia zapamiętam jednak jako przejazd fatalnie oznaczonym odcinkiem Rzeszów - Dynów. Mimo pięknego krajobrazu i poczucia kolarskiego spełnienia deszcz, błoto i konieczność poszukiwania szlaku sprawiły, że na nocleg dotarłem z ulgą.


Przedostatni dzień wyprawy to trochę pagórków, przepiękna cerkiew w Piątkowej, zjazd z trasy do zamku w Dubiecku i nocleg z weselną wyżerką. Ostatni etap zaplanowałem jako bardzo lekki. Spacer po malowniczym Przemyślu poprzedziłem odwiedzeniem monumentalnego i wspaniale odrestaurowanego zamku w Krasiczynie.


A potem już tylko stukot pociągu i tęskne spojrzenie w tył. Do przyszłego roku!

Dodano: 2018-01-31

Autor: Tekst i zdjęcia: Adam Słupski

Tagi: green velo

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Nowości 2019

Raport z Pucharu Świata XC

Specialized Stumpjumper Expert 29
NS Bikes Snabb 29 Plus 2
Marin Rift Zone 1 29
Trek Full Stache 8
Cannondale Synapse Carbon Disc Red eTap