Adama i Ewę z Raju wygonili przez jedno głupie jabłko. Ja myślę, że to był tylko pretekst, a oni musieli sobie już wcześniej zdrowo nagrabić. My przecież też zrywaliśmy jabłka. Mało tego, opychaliśmy się jeszcze bez pytania śliwkami. I co? My do Raju trafiliśmy. Właściwie to był przypadek, ale też żadna siła nam w tym nie przeszkodziła. A teraz po kolei.

Był wrzesień. Spakowaliśmy plecaki, założyliśmy na nogi ciężkie buty do wędrówek i pojechaliśmy do Słowackiego Raju. Rowery zostały w domu, no bo w życiu potrzebna jest różnorodność. Pomysł zmiany raju powstał równie nagle, jak szlag, który nas trafił na widok gór zawalonych śniegiem. Słowacki Raj od Czeskiego dzieli noc jazdy pociągiem. Nie była to rajska podróż, ale to nas akurat nie zdziwiło. Za to szczęki nam poopadały, kiedy się okazało, że bramy Raju, tego Czeskiego, pilnuje Rumcajs. Jak Boga kocham! Myśmy po prostu wysiedli z pociągu w Jičinie - miasteczku żywcem wyjętym z bajki o rozbójniku. Coś pięknego! Starym zwyczajem wdepnęliśmy do księgarni (prosto z piwiarni), no i wtedy szlag mnie trafił po raz drugi, bo rowery zostały w domu!!! A pierwsza mapa jaka wpadła mi w ręce przedstawiała trasy rowerowe Czeskiego Raju. Rzut oka wystarczył: tak musi wyglądać prawdziwy Raj! Policzyłem szybko - do przejechania jest tutaj 595 kilometrów dziewięcioma oznaczonymi cyklotrasami o długości od 50 do prawie 100 kilometrów. Zdarza się oczywiście, że jakieś odcinki się pokrywają, ale jest ich stosunkowo niewiele. Ważniejsze jest to, że trasy poprowadzono przede wszystkim ścieżkami i szutrówkami. Rzadziej asfaltami, diabli wiedzą, której kolejności odśnieżania. Do obejrzenia jest po drodze 28 zamków, pałaców i ruin jednych i drugich. Mało tego, jeśli coś w rowerze zaszwankuje, to macie w okolicy 18 serwisów i sklepów rowerowych - czytałem z coraz większymi wypiekami na twarzy. Aż wreszcie znalazłem informację, o której marzyłem: w Czeskim Raju jest 6 wypożyczalni rowerów. A to oznaczało tylko jedno: cud! Cud, który wypadało przyjąć ze stoickim spokojem, wszak w raju cuda to chleb powszedni.

Fakt, rowery cudowne nie były, pogoda też raczej czyściec przypominała, bo - jak mawiają tubylcy - pryszczyło czasem, a i ciepłe polary się przydały. Ale te niedogodności pogłębiły tylko tajemniczą atmosferę miejsca żywcem wyjętego z objęć historii. Ten mój „pierwszy raz” w Czeskim Raju jest już tak bardzo odległy, że w pamięci zostały nie tyle szczegóły tras, co impresje. Czarne chmury wiszące nad starymi zamczyskami, szutrowe drogi ginące w welonie szarych mgieł i Czesi przemykający na rowerach zupełnie nie pasujących do charakteru nawierzchni… Albo „mazowieckie” wierzby stojące nad brzegiem małego jeziorka i zawieszona nad tym wszystkim skała, jaką możecie spotkać w Górach Stołowych. A dołem, po trawie pomyka gość na wózku ciągniętym przez psy husky. Miałem czasem wrażenie, że trafiłem w środek jakiejś zwariowanej bajki. Brakowało tylko, żebym spotkał gdzieś żywego Rumcajsa... A właśnie, gdzieś tutaj musi być jeszcze Żaholecki Las… Gapiłem się na mapę, jak na malowane wrota. Gdzieś tu musi być…

Znalazłem go w Jičinie, w środku miasta, tuż przed słynną bramą zapamiętaną z kreskówki o rozbójniku. Mały barak koloru szarego, kryty bodaj eternitem. W środku szare, wysokie ławy barowe, na których równym rzędem stały kufle pełne piwa. Piwo miało kolor złocisty - jedyny nie szary w tym miejscu akcent. A zadymiony Las Żaholec był do niemożliwości. Nie dymem z ognisk, nie chat smolarzy, tylko z cigaretów - jak je nazywają potomkowie szewca, który zszedł na zbójecką drogę, żeby podkradać bogactwa Jaśnie Panu i rozdawać je biednym. To też zresztą - jak się wkrótce okazało - była nielicha ściema. Bo Jaśnie Pan faktycznie mieszkał w Jičinie, ma tam w swoim pałacu swoje muzeum. A z eksponatów jasno wynika, że nikomu niczego nie zabierał. Ba, rozdawał wręcz! Pożyczał mieszczanom pieniądze, ale miast zwrotu domagał się jedynie tego, żeby budowali domy tak, jak mu się zamarzyło. Klasyczne, wspaniałe kamienice z podcieniami, na planie dużego prostokąta. Dzisiaj te kamieniczki tworzą cudowny Jičiński rynek. Kiedy ujrzałem go pierwszy raz, na samym środku stała dmuchana żyrafa, służąca dzieciakom za zjeżdżalnię. Bardziej bajkowo być nie mogło!


Strict Standards: Only variables should be passed by reference in /home/bikeboard/domains/bikeboard.pl/public_html/smarty/plugins/function.x_paginator.php on line 35

Dodano: 2011-05-11

Autor: Tekst: Piotr Jaworski, zdjęcia: bikeBoard, Agnieszka Pyka, Piotr Jaworski

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • lekkie koła do maratonu
  • Road Tour 2019
  • Andy - Apu Wamani
  • testujemy: Fulle XC, Ghost Kato 3.9 AL, KTM X-Strada 20, Trek Madone SLR 9 Disc eTap,Merida Silex 200, Scott Ransom 920