Jedenaście dni, ponad 1200 km. Czterech osiemnastolatków, cztery rowery, jeden namiot i jeden wspólny, od dawna planowany cel – „Morze Węgierskie”, jezioro Balaton.

W sierpniu roku 2008, wracając na rowerach z Brennej i mając już za sobą kilka podobnych wycieczek wpadliśmy na pomysł, żeby pojechać gdzieś dalej. Początkowo myśleliśmy o wybrzeżu Bałtyku, jednak ostatecznie padło na Balaton. Parę miesięcy czekania, aż nadszedł upragniony dzień – 11 sierpnia 2009.
Planowo trasa z Chorzowa przez Budapeszt do miejscowości Siofok nad południowym brzegiem Balatonu miała liczyć poniżej 600 km, zatem zdecydowaliśmy się pokonać ją w 6 dni.

Już pierwszego dnia pogoda zdawała się robić wszystko, by zniweczyć nasze plany – lało prawie cały dzień. Nie dojechaliśmy jeszcze na miejsce spotkania, a już każdy z nas mógł wykręcać z wody wszystko, co miał na sobie. Zamokły nam ubrania, śpiwory i namiot, a co gorsze, wodę szybko wchłonęły także „wodoodporne” sakwy, których nie zabezpieczyliśmy przed deszczem błędnie zakładając, że aura musi dopisać. Mimo złych warunków udało się jednak przejechać niecałe 100 km i dotrzeć do Cieszyna. Ponieważ nie mieliśmy czeskiej waluty, zdecydowaliśmy się na nocleg jeszcze po polskiej stronie w schronisku młodzieżowym. Po rozwieszeniu rzeczy na wszystkich łóżkach w 12-osobowym pokoju, w którym na szczęście byliśmy sami, wybraliśmy się na wieczorny spacer po mieście.

Następnego dnia także było zimno, ale chociaż nie padało. Plan był taki – przejechać czeski odcinek drogą krajową nr 11 i dotrzeć do granicy ze Słowacją, do miejscowości Czadca, następnie dojechać do Żyliny, by za nią znaleźć nocleg.
Czeska „jedenastka” okazała się ruchliwą drogą, po której porusza się dużo ciężarówek, które nieco przeszkadzały. Ale i tak nie zdołały zepsuć nam nastrojów – są przecież wakacje, wyrwaliśmy się z domu, jedziemy przed siebie i może nawet dojedziemy – czym więc się martwić?
W hipermarkecie w Czadcy zrobiliśmy zakupy na cały dzień. Do Żyliny, gdzie zrobiliśmy dłuższy postój, dotarliśmy około godziny 17:00. Przyszedł czas na polskie konserwy i słowackie pieczywo. Za miastem droga nr 64 zrobiła się bardziej przyjazna (przynajmniej tak nam się wtedy wydawało). Im robiło się później, tym jechało się nam lepiej. Robiliśmy coraz mniej postojów. Około godziny 20:30, gdy znaleźliśmy się za miejscowością Rajec, 400 m od drogi zobaczyliśmy bardzo ładną polankę. Zdecydowaliśmy się tam rozbić.

Wieczorem w ruch poszła polowa kuchenka gazowa i polski ryż z sosem z torebki. Odkryliśmy, że jedzenie bardzo nam smakuje, mimo swojego prymitywnego charakteru. Rowery spięliśmy ze sobą blokadami i przypięliśmy sznurkiem do… nogi Bartka. Ten prosty system miałby go obudzić w razie gdyby kogoś zainteresował nasz sprzęt. Nastawiliśmy budziki na 8:00 i z dobrymi nastrojami poszliśmy spać. Tego dnia zrobiliśmy 103 km

Trzeciego dnia nie obudził nas dźwięk budzika, lecz krople wody spadające na nasz namiot. Obfity deszcz opóźnił nasz wyjazd aż do godziny 11:00. Zwinęliśmy mokry namiot i wyruszyliśmy w kierunku Prievidzy „przyjazną” drogą 64. Jak się szybko okazało, droga nie była ruchliwa, ale… na długości kilku kilometrów wiodła stromo pod górę, z nachyleniem dochodzącym do 17%! Nie byliśmy przygotowani na takie niespodzianki. Ani psychicznie, ani technicznie – obładowane rowery, które w dodatku nie należą do najlżejszych. Wbrew kolarskim zasadom robiliśmy postoje w połowie podjazdów. Podczas jednego z nich, nasze mokre rowerowe ubrania zaczęły parować! Zmęczenie było potworne, przeklinaliśmy tę drogę, za każdym zakrętem utwierdzając się w przekonaniu, że ona nigdy się nie skończy. Prawda na szczęście okazała się inna i wkrótce dane nam było cieszyć się ze zdobycia „szczytu”. Jak mówi mapa, wyjechaliśmy na prawie 1000 m n.p.m. Ta sama mapa sytuuje Żylinę na wysokości 350 m, czyli... całkiem solidna górka! Cały wysiłek z nawiązką zrekompensował nam zjazd. Udało się pobić rekord prędkości na rowerze – 75 km/h! Niebywała prędkość jak na amatorów, niebywałe wrażenie, ale też niebywałe niebezpieczeństwo. Zanim dotarliśmy do Prievidzy, nasze humory znacznie się poprawiły, a co najważniejsze, powróciła chęć do jazdy. Kierowaliśmy się na Zlate Moravce, by tam znaleźć nocleg. Kolejne kilometry mijały spokojnie, bez większych podjazdów. Pojawiły się za to duże problemy ze spaniem. Robiło się ciemno, a my byliśmy w środku miasta. Szybko opuściliśmy Zlate Moravce, by znaleźć jakiś nocleg w okolicach wsi Cierne Klacany. Pytaliśmy ludzi o pola namiotowe, ale albo nas nie rozumieli, albo nic nie wiedzieli. Zdesperowani wjechaliśmy w jedną z polnych dróżek i przy akompaniamencie świerszczy rozbiliśmy się na polu uprawnym. Na szczęście nic tam nie rosło, być może było po żniwach. Mieliśmy spore wątpliwości, gdyż w odległości dosłownie paru metrów od naszego namiotu, kilkakrotnie przejeżdżał samochód, ale chyba nas nie zauważył. Rowery zapięliśmy podobnym systemem jak za Rajcem. Tyle, że 113 km dalej.


Strict Standards: Only variables should be passed by reference in /home/bikeboard/domains/bikeboard.pl/public_html/smarty/plugins/function.x_paginator.php on line 35

Dodano: 2011-03-11

Autor: Tekst i zdjęcia: Bartosz Badura, Aleksander Jelonek, Bartosz Mucharski, Kamil Barte

Tagi: wakacje na rowerze, Węgry

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • lekkie koła do maratonu
  • Road Tour 2019
  • Andy - Apu Wamani
  • testujemy: Fulle XC, Ghost Kato 3.9 AL, KTM X-Strada 20, Trek Madone SLR 9 Disc eTap,Merida Silex 200, Scott Ransom 920