Jazda enduro to przede wszystkim wielka rowerowa przygoda i frajda w obcowaniu z górami. Są jednak tacy, którym do pełni szczęścia potrzebny jest dreszczyk emocji. Emocji wyzwalanych w czasie rywalizacji lub pokonywania kolejnych barier ludzkich możliwości. Limity te mogą mieć różnoraki charakter, o czym opowiadają dwie historie prezentowane na kolejnych stronach.

Breithorn, 3513 w pionie

Podobno w Alpach są 82 czterotysięczniki. Ale za szczyty przyjęło się uznawać te, które górują nad otoczeniem o ponad 100 m. Wśród 50 z nich szukałem góry, która umożliwiłaby zjazd o maksymalną ilość metrów w dół. Pewnego razu podczas robienia zdjęć asystent mojego fotografa podsunął mi pomysł Breithornu. Przyjrzeliśmy się zboczu i okazało się, że taki wyczyn jest rzeczywiście możliwy, chociaż wciąż potrzeba by kilku wskazówek na temat jazdy po lodowcu od doświadczonego alpinisty. Kwestie te objaśnił nam Olivier Duvanel, przewodnik tego projektu. Udział wzięli także: Floriane Boss (video), Antoine Denis (mechanik) oraz Patrice Schreyer (zdjęcia). Najważniejszym problemem był śnieg – przejazd po świeżym puchu nie wchodził w grę. Pokrywa powinna być twarda, nie pokryta lodem, aczkolwiek gładka. Kiedy dodamy do tego wymóg odpowiedniej pogody, było oczywiste, że wyznaczenie konkretnej daty nie będzie takie proste. Pierwsza próba zostaje ustalona na koniec maja i ostatecznie, po trzykrotnym przekładaniu, zjazd ma miejsce w środku lipca. O świcie wyruszamy kolejką osiągnąwszy czoło lodowca, resztę musimy pokonać własnymi siłami, uzbrojeni w raki i odpowiedni sprzęt.Wraz ze wzrostem wysokości, zbocze staje się zbyt strome, by można było pchać rower. Trzeba go nieść. Wspinaczka ważna jest z tego względu, by wykorzystać szansę znalezienia najlepszej trasy na zjazd. Z trzech możliwości wybieramy zjazd na wprost, gdyż pozwoli mi to zacząć z samego wierzchołka. Na szczycie odkrywamy z zaskoczeniem, że na tej wysokości, 4164 m n.p.m., jesteśmy całkowicie sami. Rozciągająca się wokół panorama robi na nas piorunujące wrażenie. Pora ubrać ochraniacze i kask. Długo oczekiwany moment nadszedł – zobaczymy, czy zjazd całym najbardziej stromym zboczem Breithornu jest rzeczywiście możliwy. Pierwszy etap grzbietowy idzie świetnie, muszę tylko uważać, by nie wychylić się za mocno w prawo i nie wpaść w dramatycznie głęboką przepaść – 1000 m w dół. Spotykamy wspinaczy, którzy wdrapali się na szczyt krótko po nas. Zanim zaatakuję najbardziej niebezpieczne przejście, Oliver daje mi ostatnie wytyczne i prosi, bym zaczekał, aż ulokuje się w odpowiednim miejscu do przejścia szczeliny brzeżnej. Zaczyna schodzić i wtedy orientuję się, że zejście jest bardzo strome, gdyż Oliver znika w sekundzie i potem już go nie widzę. Na szczęście Patrice i Floriane są tylko odrobinę niżej i wskazują mi linię, po której podążam dalej. Po pokonaniu kilkunastu metrów znów widzę przewodnika zaraz pode mną – to mnie pokrzepia. Warunki śnieżne są idealne, ja trzymam się linii i kontroluję prędkość. Mój puls uspokaja się i zaczynam cieszyć się tą chwilą. Minąwszy najbardziej stromą część, poluźniam klamki hamulcowe, a zakręty na lodowcu pokonuję szybko. Ekscytujące!


Jakie to emocje – znajdować się na wysokości 4000 m n.p.m. przecinając śnieg, który wydaje się wprost przygotowany specjalnie do tego celu. Thomas Frischknecht i Lukas Stöckli już kiedyś dokonali takiego downhillu, ale ubezpieczali się liną. Warunki są tak dobre, że zjeżdżam do tego samego płaskowyżu i docieram do Klein Matterhorn, gdzie czeka już część mojej rodziny. Przy spotkaniu uwalniają się emocje. Jestem szczęśliwy, że choć raz mogę się z nimi podzielić tym, co robię, nie jak dotąd poprzez zdjęcia czy nagrania video. W Trockener Steg, 400 m niżej, pokrywa śnieżna przysłania całe zbocze. To tam spotykam również Antoine’a Denisa, mojego mechanika, który pomaga mi zmienić koło. W rzeczy samej, dalsza jazda na kolcach byłaby nierozsądna, zwłaszcza gdy zostało jeszcze 2500 m w pionie do pokonania. Pogoda robi się przyjemniejsza i czas założyć coś bardziej letniego. Szybko slalom śnieżny zamienia się w slalom pomiędzy skalnymi blokami. I chociaż wciąż pojawiają się śnieżne pola do pokonania, teraz ścieżka jest wyraźnie widoczna, a zjazd daje jeszcze więcej frajdy. Dostrzegam pierwsze pastwiska i dolinę prowadzącą do Visp, finału dzisiejszego dnia. Muszę być szczególnie ostrożny, gdyż niektóre odcinki poniżej jeziora Black Lake są strome, skaliste i dosłownie na skraju klifu. Najwyższy poziom koncentracji jest wciąż wymagany. Z Täsch, na wysokości 1450 m, zbocze zmienia charakter, staje się chropowate, z pojedynczą ścieżką wzdłuż doliny, raz opadającą, to znów pnącą się pod górę. Największa wspinaczka czekała mnie zaraz przed Stalden – 200 m przewyższenia po śliskim zboczu. Było tak stromo, że musiałem zejść z siodełka i pokonać je pieszo! Ale był to jeden z nielicznych odcinków, które tego wymagały, podobnie jak droga przed Klein Matterhorn. Pokonawszy ostatni etap nadchodzi czas, by odnaleźć punkt spotkania z Patrice i Floriane, czekających przy wjeździe do Visp. Finito, prawie zrobione! Po kilku fotkach przychodzi czas, by dotrzeć do wysokości 651 m n.p.m., która oznacza koniec tego długiego zjazdu. Szampan już czeka i z wielką radością wstrząsam butelką, stojąc na środku przejścia dla pieszych i ciesząc się chwilą. Kilku przechodniów jest kompletnie zaskoczonych i pytają, co się dzieje. Najbardziej
zdumiewa ich, gdy opowiadam, skąd przyjechałem – ze szczytu Breithorn! W końcu to 3513 m wysokości, które właśnie pokonałem.

Tekst: Alban Aubert, zdjęcia: p@patriceschreyer.com Przetłumaczyła i opracowała: Dominika Klawczyńska


13 572 m w pionie

Dwóch szwajcarskich śmiałków, potrójny mistrz świata MTB Thomas Frischknecht oraz ekspert ds. turystyki Thomas Giger, podjęło próbę wyznaczenia granicy tego, czego można dokonać na rowerze górskim w ciągu jednego dnia. Pomyślnie! Swoim wyczynem ustanowili nowy nieoficjalny rekord świata - 14 różnych zboczy w ponad 13 godzin. Nikt dotąd nie przejechał tylu różnych zjazdów singletrackami jednej doby. Jednocześnie pokonali ponad 13,5 km w pionie, co również jest rekordowym wyczynem. Frischknecht i Giger wyruszyli jeszcze przed wschodem słońca ze szczytu Jakobshorn (2590 m n.p.m.), a w punkcie końcowym – Küblis – zjawili się zaraz po zapadnięciu zmroku. - Wciąż jestem mountain bikerem sercem i duszą. Dzisiejszy zjazd zapierał dech w piersiach, był super dawką znakomitej alpejskiej wędrówki rowerowej. To niezwykle szczególne uczucie dokonania czegoś, czego nikt dotąd nie próbował - tak swoje osiągnięcie komentował Thomas Frischknecht. Po chwili dodał, że to był najważniejszy moment dla niego jako rowerzysty MTB. „Bahnentour Davos Klosters” służyło jako „szkielet” wyznaczonej trasy, jako że miejsce to oferuje już 10 000 metrów w pionie zjazdów do pokonania w ciągu jednego dnia, robiąc dobry użytek z pociągu, gondoli czy wyciągów krzesełkowych. Podczas gdy i tak wielu śmiałkom nie udaje się ukończyć pełnej pętli, Thomas Giger, pomysłodawca centrum Bahnentour, doszedł do wniosku, że górna granica tego, ile można przejechać, jeszcze nie została osiągnięta. - Davos Klosters ma znacznie więcej zjazdów singletrackami niż to, co mogłem połączyć w projekcie Bahnentour. Wiedziałem, że mogę ustanowić nowy rekord świata właśnie tu i nie zajęło mi dużo czasu, by przekonać do tego przedsięwzięcia Thomasa Frischknechta - wyjaśnia Giger. W zasadzie bardziej mu zależało na doświadczeniu wyjątkowego uczucia dotarcia do granic tego, co możliwe. - Pierwszy zjazd o świcie oraz finałowy ze zbocza Weissfluh były tak imponujące, że będę ten dzień pamiętał do końca życia - dodaje. Podczas rekordowego zjazdu ani „Frischi”, ani Giger nie byli spowolnieni przez jakąkolwiek usterkę techniczną, co warte jest podkreślenia biorąc pod uwagę fakt, iż wybrana przez nich trasa jest wysoce wymagająca pod względem umiejętności i charakteru terenu (obaj śmiałkowie wybrali rowery Scotta z nowej linii Genius LT). Frischknecht oraz Giger rozpoczęli zjazd ze szczytu Jakobshorn, leżącego powyżej Davos i połączyli dodatkowe trzy zjazdy z trasą standardową. Jako że kolejki linowe i krzesełkowe przestają pracować późnym popołudniem, na ostatni szczyt, Wiessfluh, dostali się przy pomocy helikoptera. Po dojechaniu do Küblis osiągnęli 13 572 m w pionie oraz całkowity dystans 125 kilometrów. Prawie wszystkie podjazdy pokonali za pomocą kolejek obsługiwanych przez Davos Kloster, ale i tak 830 m musieli pokonać własnymi siłami.

Tekst: Thomas Giger, zdjęcia: Christian Egelmair. Przetłumaczyła i opracowała: Dominika Klawczyńska

Dodano: 2015-04-22
Tagi: enduro

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Santa Cruz High Tower LT

Canyon Neuron AL 8.0

Rockrider XC100s

Fuji Supreme 1.1

Merida Scultura 5000

Bloki szosowe vs MTB