Po raz pierwszy zetknąłem się z nimi jakieś czternaście lat temu. Położone na krańcach Polski, owiane mrocznymi mitami i legendami, przyciągały jak magnes, rozpalały wyobraźnię… Otaczał i chyba w pewnym stopniu nadal otacza je nimb tajemniczości. Choć najdziksze polskie góry przestały być już całkiem dzikie, nadal mają w sobie to coś, co odróżnia je od innych zakątków w kraju. Dlatego zawsze warto tu przyjechać.
Nie mieliśmy wówczas bladego pojęcia co to znaczy jeździć rowerem po górach. To była nasza pierwsza górska wyprawa na dwóch kołach! Najpierw prawie doba w pociągu - tak, tyle czasu jechało się wtedy z naszego miasteczka na Pomorzu do Zagórza w Bieszczadach. Zresztą dziś chyba niewiele się w tym względzie zmieniło. Ale gdy już człowiek przetrwał tę gehennę (czyt. cała droga w korytarzu, w ścisku, rowery upchnięte w łazience) czekała nie byle jaka nagroda. To było jak lądowanie na innej planecie, jak… pierwszy raz!
Pokochać glinę
Po długim czasie nieobecności znów wracamy tu z rowerami. Pomyślałem, że ciekawie będzie pojechać śladami tej pierwszej wyprawy sprzed czternastu lat, by przekonać się, na ile się w Bieszczadach zmieniło. Czy nadal warto polecać miejsca, które wtedy wywarły na nas tak silne wrażenie? Podobnie jak wówczas, startujemy w Zagórzu. Jeśli ktoś ma do dyspozycji auto, sugeruję jednak od razu skierować się nieco bardziej w głąb bieszczadzkiego worka i dopiero tam szukać atrakcji. Prawdziwe smaczki zaczynają się bowiem gdzieś tak od wysokości północnych krańców Jeziora Solińskiego. W naszym wypadku, jako że kierujemy się bardziej na południowy zachód, dopiero od Komańczy. Właśnie w pobliżu tej miejscowości zatrzymujemy się na biwak. Zmęczenie długą podróżą daje się we znaki, a plany są ambitne, szybko więc lądujemy w śpiworach. Noc jest gwieździsta, lodowata, pełna dzikich odgłosów. Spośród nich rozpoznaję ryczenie byków - trwa rykowisko jeleni. Ale to dziwne sapanie, które wyrywa nas w środku nocy ze snu? Coś przylazło pod namiot i wyraźnie dyszy… Brrr! Straszno. Zaczyna się tak, jak na Bieszczady przystało.
Spotkania z dzikimi zwierzętami nie należą tu do rzadkości i trzeba być na tę okoliczność przygotowanym. Gdy w czasie porannego zdobywania Jeziorek Duszatyńskich natrafiamy na świeży odcisk niedźwiedziej łapy zaczynam nabierać należytej pokory. Z tym panem wolałbym się nie spotkać „face to face”. Ale z drugiej strony ta ewentualność trochę mnie kręci, nadaje przygodzie odpowiedniej pikanterii i smaku. Kolejnym typowo bieszczadzkim symptomem jest fakt, że rower już po pierwszych metrach podjazdu waży prawie 10 kg więcej. A będzie jeszcze gorzej. Niestety, nawet po długim okresie suszy nie trudno tu o odcinki, w których wszystko co cięższe od chrząszcza niemiłosiernie grzęźnie w glinie. To według mnie największa zmora cyklistów w tych górach. Nie dość, że się człowiek nieźle utytła, to jeszcze namęczy przy tym co niemiara. Glina działa tak skutecznie, że po jakimś czasie praktycznie uniemożliwia jazdę. Osadza się m.in. na widełkach blokując koła, potem atakuje inne podzespoły roweru, aż do unieruchomienia włącznie. Bardziej pospolite błoto, które znamy z innych stron, to przy tym ledwie błahostka. Najgorzej jest po obfitych opadach deszczu (odradzam wówczas leśne, nieutwardzone trasy), a przez cały rok tam, gdzie odbywa się zrywka drewna. Wówczas w lepkiej mazi tonie wszystko - ludzie, konie, maszyny. Trochę siarczystych narzekań na pewno rozniesie się wówczas po lesie. No cóż, mają Bieszczady swoje kaprysy, na szczęście można znaleźć tu drogi i ścieżki wolne od lepkich łap gliny. Tak czy inaczej, żądni dalszych przygód, nie poddajemy się. Jeżeli jest to konieczne, podprowadzamy nasze metalowe rumaki, a czasami (o zgrozo!) nawet sprowadzamy. Ale to tylko w szczególnych wypadkach na wyjątkowo śliskich i stromych fragmentach. Pod tym względem nic się w tej części Karpat nie zmieniło.

Dodano: 2009-12-31

Autor: Tekst i zdjęcia: Daniel Klawczyński

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Santa Cruz High Tower LT

Canyon Neuron AL 8.0

Rockrider XC100s

Fuji Supreme 1.1

Merida Scultura 5000

Bloki szosowe vs MTB