Nigdy nie czułem się szosowcem. Moje rowerowanie od samych początków ewoluowało od polnych dróg przez leśne dukty i ścieżki, aż w końcu po najcięższe znane mi szlaki Beskidów. Z każdej przejażdżki, począwszy od czasów „pelikana” wracałem z oczami pełnymi kurzu, rękami „usmarowanymi” od rozciągniętego łańcucha notorycznie spadającego na dziurach, ale z płucami pełnymi czystego powietrza, żołądkiem uraczonym dzikimi ostrężynami i nowymi krajobrazami w pamięci.
Z obręczy pierwszego górala opony mtb zrzucałem jedynie do kosza, gdy już za sprawą najmniejszych igieł ściółki leśnej musiałem sięgać po zapasową dętkę. Coś takiego jak jazda szosą było ostatecznością. Także, wraz z nadejściem nowego milenium, w początkach mojej fascynacji maratonem, zarówno ja jak i wielu znajomych nie myśleliśmy o czymś takim jak trening szosowy. Starty były okazją do wyrwania w nowe, nieznane tereny toteż „treningi” głównie polegały na wyjeździe w GÓRY. Przyjemność z jazdy była odwrotnie proporcjonalna do ilości dystansu pokonanej czarną nawierzchnią w towarzystwie „blachosmrodów”. Formę zdobywaliśmy w sposób zupełnie nieświadomy dzięki dostatkowi kilometrów i odpowiedniej ilości metrów deniwelacji pokonanych terenem, bez planu, ładu i składu. Każdy taki wyjazd, szczególnie w okresie letnim kończył się regeneracją przed TV i oglądaniem notabene… jakże by mogło być inaczej: Wielkiej PĘTLI, Giro i Vuelty!! Panoramy rozpościerające się z przecudnych przełęczy rozpalały wyobraźnię, a rywalizacja na kluczowych, górskich etapach w niczym nie ustępowała fabule dobrego thrillera. Górskie pejzaże budziły respekt, 7 kilogramowe rowery wywoływały pożądanie, a widok zawodników pędzących w śniegu, deszczu czy mgle z najwyższych przełęczy mroził krew w żyłach i wywoływał swoisty podziw. Z ostatnim etapem fascynacja szosą przemijała do następnego roku. Nadeszły jednak czasy, gdy ekipa chętna na górski „hardcorek” kruszyła się niczym kostka cukru w palcach, a z tkwiącego gdzieś w głębi ziarnka „rywalizacja” wykiełkowała „ambicja” coraz głębiej zapuszczająca swe korzenie w podświadomości. Gdy ilość wyścigów w kalendarzu robiła się coraz gęstsza, szkody sprzętowe unieruchamiały rower na kilka dni to podświadomie pojednałem się z szosą. Drugi rower zmieniał oblicze od kompletnej partyzantki po coraz lżejszy i bardziej sprzyjający twardej nawierzchni. Apetyt rósł w miarę jedzenia (jeżdżenia), a wyniki wraz nim. Doceniłem możliwość jazdy w „czystych” warunkach, a przy tym odkryłem mało ruchliwe, nieznane drogi w okolicy oferujące z racji ukształtowania doskonałe warunki treningowe oraz widokowe. Nim się spostrzegłem 3/4 rocznego przebiegu stanowiły już jazdy szosowe, a teren zacząłem widywać jedynie podczas zawodów i sporadycznych, turystycznych wyjazdów.

Dodano: 2009-11-19

Autor: Tekst: Jarek Hałas, Miłosz Zieliński, zdjęcia: Jacek Kohut

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Santa Cruz High Tower LT

Canyon Neuron AL 8.0

Rockrider XC100s

Fuji Supreme 1.1

Merida Scultura 5000

Bloki szosowe vs MTB