Wrażenie jakie na nas zrobiła Sycylia w pełni sezonu nie pozwoliło nam na długo odkładać marzeń o dokładnym poznaniu Sardynii i Korsyki- dwóch pozostałych z dużych wysp Morza Śródziemnego. Wiosenne zdjęcia z tych miejsc porównywane z sierpniowa sycylijską półpustynną nie pozostawiły nam złudzeń, którą porę roku wybrać jako czas wyjazdu. Po rozwiązaniu nienajprostszych problemów logistycznych, w oparach wulkanicznego pyłu wylecieliśmy do Pizy by tam rozpocząć naszą wyprawę na Korsykę.

Korsyka
Cap Corse
Po smutnym, deszczowym przywitaniu na lotnisku w Pizie i porcie w Livorno z wielka ulgą powitaliśmy przebłyski słońca nad korsykańską Bastią. Miasto to, drugie co do wielkości na Korsyce, dało nam od razu poglądowy obraz na francuską wyspę: niezbyt bogate, pełne sypiących się kamienic, urokliwych, stromych uliczek, przepięknie ulokowane u podnóży gór. Przemierzając wschodni brzeg widowiskowego półwyspu Cap Corse, który ma jedynie 14km długości, a góry sięgają aż 1300m, mieliśmy idealne warunki do jazdy- ok. 20*C i słońce. Łagodne podjazdy i leniwe zjazdy do kolejnych zatoczek rozbudziły nasze nadzieje i znacznie spowolniły jazdę: jeszcze nigdy tak często nie stawaliśmy by zrobić zdjęcie. Po drodze co kilka kilometrów mijaliśmy kolejne jakby uśpione, kamienne wioski, prawie wolne od turystów. Niestety nie obyło się bez rozczarowań, gdyż okazało się, że wbrew krążącej powszechnie opinii na temat niezależności Korsyki i znajomość języka corsu, nie do końca odpowiada to rzeczywistości. Dlatego musieliśmy zrezygnować z prób porozumiewania się po włosku na rzecz francuskiego, który nie jest dla nas bagietką z dżemem.
Jeden z najlepszych noclegów na wyprawie spotkał nas już pierwszego dnia: tuż poniżej drogi przy zejściu do morza znaleźliśmy opuszczone miejsce. Co więcej okazało się, że przez przybrzeżne skały przepływa najkrótszy, ok. trzymetrowy, strumień świata :) co pozwoliło nam na nieograniczony dostęp do słodkiej wody. Szum fal klika metrów od namiotu- to była dobra kołysanka po 24h podróży.
Typowa korsykańska ok. 400 metrowa przełęcz czekała na nas kolejnego dnia na północnym krańcu Cap Corse. Piękne widoki na obie strony półwyspu zachęcały do dalszej jazdy, tym bardziej, że od zachodniej strony Cap Corse jest dużo bardziej strome. Widoki były fantastyczne, a droga ciągle wspinała się na 100-200m w górę by później zjeżdżać na poziom morza przy ujściu jakiejś rzeczki. Ruch samochodowy praktycznie nie istniał, pomijając autobusy niemieckich emerytów. Po drodze mijaliśmy mnóstwo pięknych skalistych zatoczek, trochę kamienistych plaż, a wszędzie było pusto i cicho. Na koniec dnia zjechaliśmy do zatłoczonego i typowo turystycznego St. Florent, który nijak nie pasował do wcześniejszych Korsykańskich obrazków, na szczęście było to zarazem początek drogi do wnętrza wyspy i jej najpiękniejszych zakątków.

Dodano: 2011-04-04

Autor: Tekst i zdjęcia: Maciek Kot i Magda Musiałek

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Santa Cruz High Tower LT

Canyon Neuron AL 8.0

Rockrider XC100s

Fuji Supreme 1.1

Merida Scultura 5000

Bloki szosowe vs MTB