Od wieków trudno dostępne góry Pamiru, nazywane niegdyś Duchem Świata, rozpalały wyobraźnię ludzi. Trakt Pamirski w Tadżykistanie i Kirgistanie do dziś stanowi drugą najwyżej położoną drogę na świecie. Trud jazdy na wysokości ponad 4500 m n.p.m. zostaje wynagrodzony bajecznymi widokami ośnieżonych siedmiotysięczników Pamiru i Hindukuszu, majestatycznie górujących nad rozległą wysokogórską pustynią.

Rzeka Pandż swoim wartkim strumieniem oddziela Tadżykistan od wąskiego odcinka Afganistanu zwanego Korytarzem Wachańskim. Niegdyś wiodła tamtędy jedna z odnóg słynnego jedwabnego szlaku. W XIX wieku Pamir był strategicznym regionem „wielkiej gry”, czyli walki dwóch potężnych mocarstw – rosyjskiego i brytyjskiego – o wpływy w Azji Centralnej. Drogę zbudowali Sowieci w latach 30. ubiegłego stulecia, jednak nieremontowana od kilku dekad nawierzchnia popadła w ruinę, stanowiąc dziś wyzwanie dla poruszających się po niej pojazdów. Destrukcji dopełniły osuwiska ziemi i kamienne lawiny.

Jazdę rozpoczęliśmy z miasteczka Chorog na wysokości około 2100 m n.p.m. Przez wiele dni pięliśmy się dość łagodnym, lecz nieprzerwanym podjazdem w górę rzeki Pandż. Wiatr był momentami dość mocny, jednak wiał nam przyjemnie w plecy. Sierpniowy skwar dawał się we znaki. Wytchnienie od suchej, kamienistej doliny znajdowaliśmy w cieniu strzelistych topól i szumiących wierzb otaczających wioski. Zamieszkują je Pamirczycy, w tej części zwani Wachami. Nie lubią, gdy nazywa się ich Tadżykami. Różnią się od nich nie tylko przyjętymi zwyczajami. Są wyznawcami niszowego odłamu szyickiego islamu – ismailizmu, a społeczności w poszczególnych dolinach posługują się zupełnie innymi językami. Ich odrębność jest całkiem zrozumiała. Pamir znajduje się w autonomicznym obszarze Górskiego Badachszanu, który zajmuje niemal połowę powierzchni Tadżykistanu, lecz jest zamieszkały przez zaledwie 3% ludności kraju. Skupiska ludzkie rozsiane są na ogromnej przestrzeni, a ludzie bardzo życzliwi i niezwykle gościnni. Ochoczo zapraszają na herbatę, pogawędkę, a w razie potrzeby chętnie ugoszczą na noc, zgodnie z wyznawaną przez muzułmanów zasadą „gość to prezent od Boga”.

Pewnego dnia, gdy Bergur zaległ pół żywy z rozstrojem żołądka, przechadzałam się po Iszkaszim i… omal nie wyszłam za mąż! Mój niedoszły małżonek był pogodnym jegomościem w sile wieku, z uśmiechem pełnym złotych zębów, co zapewne zwiastowało dostatnie życie. Był on jednym z rozradowanych weselników, którzy nieoczekiwanie wciągnęli mnie na pamirski ślub. Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica! Stacjonowałem za młodu pod Poznaniem. Chodź świętować z nami! – nalegał inny biesiadnik.


Twarz panny młodej skryta była za czerwono-złotym welonem i nie sposób było odgadnąć, czy jest zadowolona z zamążpójścia. W Tadżykistanie wciąż powszechną praktyką są małżeństwa aranżowane. Zdarza się, że młodzi poznają się krótko przed ślubem, a kobieta pod presją społeczną często nie może odrzucić kandydata. Młodzi małżonkowie, Parwin i Farida, siedzieli pod baldachimem niczym posągi, bacznie obserwując wesołe pląsy gości. W tej kulturze demonstrowanie uczuć przez młodą parę byłoby nie do przyjęcia.

Dolina Pandżu niewątpliwie ma swój urok, jednak zmęczeni gwarnymi wioskami z utęsknieniem wyczekiwaliśmy bezkresnego, wyżynnego pustkowia. W Langar, ostatniej wachańskiej mieścinie, zrobiliśmy zapasy makaronu, kaszy manny i krówek na kolejnych kilkaset kilometrów odludnej krainy.


(...)

Cały tekst znajdziecie w bikeBoard 1/2019. Możesz też kupić e-wydanie.

Dodano: 2019-01-15

Autor: Zdjęcia: Magdalena Mokrzan i Bergur Benediktsson

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.