Legenda głosi, że wulkan Iztaccíhuatl (nie martwcie się, ja też nie potrafię tego wymówić), to indiańska księżniczka, która zmarła z tęsknoty za swoim ukochanym Popocatepetl (który też zamienił się w wulkan).

Racja, mało oryginalna legenda, ale faktem jest, że wulkan obszedł się z nami niczym rasowa księżniczka. Najpierw kusił, a później stroił fochy. Już pierwszy jej widok tuż po przyjeździe był rozczarowujący. Była wystrojona w śnieżno-białą sukienkę, a powinna być goła - znaczy bez sukienki. Tego roku w porze suchej w Meksyku nieźle napadało - zdarza się to podobno raz na 5 lat. Nie pozostało nam nic innego, jak poczekać aż słońce skłoni księżniczkę do strip teasu. Czasu nie marnowaliśmy.W ramach treningu zaliczyliśmy nieco łatwiejszą panienkę - wulkan zwany La Malinche (4462 m n.p.m.). Zresztą, wbrew swojej dość marnej reputacji, ona również nie miała zamiaru pozbywać się śnieżnej bielizny. Zaliczyliśmy też parę „pewniaków”, czyli trasek downhillowych, na które zabrali nas nasi meksykańscy kompani. Poprzeczka zawieszona była dość wysoko - tak między 2500 a 3500 m n.p.m. Zanim zdążyliśmy się zaaklimatyzować, byliśmy kompletnie wykończeni i postanowiliśmy ratować się ucieczką nad Pacyfi k. Tam podczas radykalnego plażowania, które trwało 1,5 dnia, udało nam się odzyskać trochę sił. Z akcentem na trochę, bo podróż autobusem to 16 godzin w jedną stronę. Z surfi ngowego raju wracaliśmy z nadzieją na zdobycie rowerowego nieba.

Czas był już najwyższy na rozpoczęcie randki z księżniczką Iztaccíhuatl (5230 m n.p.m.). (...)

Po pełen tekst artykułu zapraszamy do papierowego wydania bikeBoard 4/2011 (gdzie kupić). Poniżej natomiast zamieszczamy garść przydatnych porad "jak wybrać się na rower do Meksyku" okraszonych porcją niepublikowanych w wydaniu papierowym zdjęć.

Pomysł zmierzenia się z meksykańskimi wulkanami zrodził się kilka lat temu jako tańszy substytut wyprawy do Peru. A to dlatego, że loty do Meksyku bywają nawet o połowę tańsze, niż do Ameryki Południowej. Jednak tani bilet to nie wszystko, podstawową motywacją dla naszych podróży są oczywiście góry. Wystarczy rzut oka na mapę, żeby zauważyć, że w bezpośrednim sąsiedztwie stolicy, Mexico City, stoją sobie dwa pięciotysięczne wulkany: Popocatepetl i Iztaccíhuatl. Pierwszy z nich jest obecnie wyłączony z zabawy ze względu na jego aktywność objawiającą się toksycznymi wyziewami. Drugi zakwalifikowaliśmy jako nasze nowe freeride’owe wyzwanie. W okolicy znajduje się jeszcze kilka innych wulkanów, które można wykorzystać do aklimatyzacji na dużych wysokościach. My w tym celu wspięliśmy się na La Malinche. Najwyższym wulkanem i zarazem szczytem Meksyku jest Orizaba. Istotne jest, że cały płaskowyż otaczający wulkany oraz wszystkie miasta na nim leżące są już na wysokości 2200 m. Na bazę wypadową wybraliśmy miasto Puebla położone ok. 120 km na wschód od Mexico City. Z niego łatwo się dostać pod największe wulkany. Nie jest też takim molochem, jak stolica.

Koszty przelotu
W tym roku Lufthansa zrobiła promocję znacznie poniżej 2000 zł, ale my skorzystaliśmy z British Airways ze względu na niskie stawki za transport roweru (niecałe 400 zł dopłaty).

W jakiej porze roku tam pojechać?
Od kwietnia do września jest pora deszczowa. Przewodniki zazwyczaj polecają wybrać się w listopadzie bądź grudniu, dlatego przypuszczam, że to szczyt sezonu turystycznego. My wybraliśmy marzec ze względu na koniec pory suchej. Liczyliśmy, że w górach będzie najmniej śniegu. Niestety w tym roku El Nino spowodował, że cały luty lało i tyle śniegu już dawno nie spadło na wulkany. Z jednej strony niestopiony śnieg pokrzyżował nasze plany, ale z drugiej jedyny deszcz dopadł nas dopiero na lotnisku tuż przed wylotem. Z racji na sporą wysokość wahania temperatury między dniem a nocą są dość znaczne (30-10 st.C).

Dodano: 2012-02-01

Autor: Tekst i zdjęcia:Klaudiusz Duda,Wojciech Łuczak-www.g3riders.com,Opracowanie:

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Santa Cruz High Tower LT

Canyon Neuron AL 8.0

Rockrider XC100s

Fuji Supreme 1.1

Merida Scultura 5000

Bloki szosowe vs MTB