Namuxolo, parę minut po piątej, z wolna zapada zmierzch. Zakładam na mapnik kolejna pięćdziesiątkę, trzecia już dzisiaj a szesnasta od wtorku. Samotny na szutrówce zawieszonej miedzy niebem a ziemia, z kurtyna ośnieżonych szczytów w tle, jestem szczęśliwy. Tak na oko to juz trzeci raz od wtorku, a dzisiaj jest sobota. We wtorek to by kawałek ścieżki w tunelu zieleni wzdłuż brzegu Potężnej Umkomaas - sama przyjemność, potem szutrówka wspinająca się do Hela Hela gdzie mogłem wykazać się kondycja. W środę było to zbocze pokryte morzem płowych traw opadające łagodnie z przeleczy w kierunku szlaku do Ntsikeni, jechaliśmy na przełaj zostawiaja dziewiczy ślad. W czwartek znów kawałek stromej szutrówki w kierunku Masakala gdzie be problemu znalazłem się na czele peletonu - duzo powiedziane, Czterech Muszkieterów. W piątek było tylko osiem godzin, co samo w sobie jest powodem do radości. W sobotę... Tak, sobota będzie mi się śniła po nocach. W Namuxolo zapada zmierzch, na horyzoncie widać czerwone światła masztu w Vuvu. Godzina, dwie do Vuvu, w sumie to dzisiaj trzynaście. Szutrówka, wijąca się po zboczu w górę i w dół - nie ma sprawy. No chyba ze woda w strumieniach zacznie zamarzać. Tak jak dzisiaj rano. Taaak...No to tyle tego szczęścia. A miedzy szczęściem krew, pot i łzy - jak się to mówi po angielsku. Czasem wyciskane wiatrem, czasem szczęścia, a czasem nie.

Sobota, 10: 38, nad zielony horyzontem falujących wzgórz pojawia się błękitna linia oceanu, ku której pedałowałem przez ostatnie dziewięć dni. Nie całkiem wierząc ze ja w końcu zobaczę. Ale jest. Jeszcze ze dwie godziny i będzie plaża, Zona, dzieci i linia mety. A potem oddam się obżarstwu, lenistwu, pracy i generalnie innym niezdrowym zajęciom, których odmawiałem sobie przez ostanie pół roku. I nie będę już jadł witamin i innych nie przyjemnych acz zdrowych i koniecznych substancji. I żadnego spania o dziewiątej wieczorem. No rower jak najbardziej - łagodne spacery z dziećmi o zachodzie słońca, i może od czasu do czasu jakiś półmaraton z żoną. Taaak... Tra ta ta taa. Obiecanki cacanki. Mija tydzień, potem drugi. Jakoś te niezdrowe przyjemności mi nie wchodzą. Pół roku treningu i dziewięć dni w siodle pozostawia ślady na psychice, choć nie tylko. T-shirt z maratonu tez się był opatrzyl. Praca wydaje się jakoś tak nie potrzebnie skomplikowana. No i waga, ja tu się opycham a tu panie kilogramy lecą w dol. To nie tłuszcz, to zanikające mięsnie. Normalne życie i świadomość z wolna opadających (odpadających) skrzydeł, które niepostrzeżenie pojawiły się u ramion podczas Dziewięciu Dni zaczyna uwierać. Wniosek jest oczywisty. Z podświadomości wypełzają strzępy obrazów i zasłyszanych rozmów układające sie wolno acz nieubłaganie w mozaikę Szlaku Wolności. Nie tej od faszystów, komunistów czy rasistów... A może właśnie tej, osobistej, i od wszystkiego.

Przeglądam stosowna stronę w Internecie. Zeznania poprzednich uczestników są, jakby to powiedzieć, lekko horrorystyczne. Z zacięciem masochistycznym. No, ale przecież jestem w formie, Dziewięć Dni to w końcu cos. Dzwonie do biura trasy. Jak najbardziej, sa miejsca. Tak, oczywiście można zawsze wybrać opcje turystyczna a nie techniczna. Dni robią się coraz krótsze, liście opały z drzew, i kiedy słonce wstaje nieco przed siódma topi szron na płowych trawnikach. Chciałbym a boje się. W nocy śnią mi się zgubione mapy, błędne opisy, jeźdźcy zagubienie w lasach, złamane ramy i zamarznięte przerzutki. Rano, w pracy ciało tylko pozoruje obecność. Duch nadal przemierza bezdroża, do pierwszej kawy. Szary, pochmurny poranek, szron na trawnikach nie topnieje. Jak zwykle spóźniłem się z dziećmi do szkoły. W drodze do pracy mijam grupę okutanych po uszy rowerzystów: ogrodnicy, murarze - klasa robotnicza na rowerach z muzeum albo supermarketu. Nic im tam mróz. A ja, proszę, sportowiec, pięknoduch delikatny. Zawstydzenie z wolna przemienia się w odwagę ostatecznej decyzji. Uiszczam niezbędną sumę i jestem czterdziesty drugi na liście Ride to Rhodes. Ride - to w słowniku jazda lub przejażdżka, choć w tym przypadku wyrypa była by pewnie lepszym określeniem. Czterdziesty drugi, trzy tygodnie do startu, a miejsc jest sześćdziesiąt parę. Nie to, co Dziewięć Dni i czterystu z góra zawodnikow. Taak.. Niezbyt popularny. Nawet nie taki długi: sześć dni i tylko 500 km.

Dodano: 2011-09-08

Autor: Tekst i zdjęcia: Paweł Wuzyk

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Santa Cruz High Tower LT

Canyon Neuron AL 8.0

Rockrider XC100s

Fuji Supreme 1.1

Merida Scultura 5000

Bloki szosowe vs MTB