Jesteśmy w Cisnej w Bieszczadach. Auta śmigają koło nas prawie jak na autostradzie… Nie, nie jest to czarna wizja przyszłości tylko rzeczywistość długiego majowego weekendu. Aż trudno uwierzyć, że kilka godzin później i kilkanaście kilometrów dalej na jednym z najpiękniejszych szlaków w Bieszczadach nie spotkamy żywej duszy. Na dodatek jest to szlak, który daje nam możliwość wjechania prawie na 1200 m n.p.m. Wyżej, ze względu na ograniczenia parku narodowego, w Bieszczadach się nie da.


Z Cisnej ruszamy asfaltem w kierunku Roztok Górnych. Po drodze mijamy charakterystyczne dla Bieszczad dymiące retorty, w których wypala się węgiel drzewny. Podobno za starych dobrych czasów była to niesamowicie intratna robota. Węglarze po wypłacie nieraz ruszali w imprezowy tour po Polsce tracąc bajońskie sumy, po to żeby wrócić po kilku dniach do surowego życia na wypale. Przykładem fantazji, z jaką wydawali pieniądze, było wynajmowanie dwóch taksówek, w jednej jechał pasażer, a w drugiej jego kapelusz.

Między Liszną a Roztokami Górnymi ni stąd ni zowąd wyboista droga zmienia nawierzchnię na idealnie gładki asfalt, który łagodnie prowadzi nas aż do głównego grzbietu. Na przełęczy nad Roztokami funkcjonuje przejście graniczne małego ruchu turystycznego. Wycieczka do naszych południowych sąsiadów tą drogą to również bardzo interesująca opcja. Cała dolina po słowackiej stronie grzbietu jest niesamowicie cicha i malownicza. Miejscowa ludność została przesiedlona stamtąd kilkadziesiąt lat temu ze względu na duży zbiornik wody pitnej jaki powstał poniżej.
My kierujemy się jednak na wschód. Właściwie od teraz, kiedy wjeżdżamy na graniczny szlak, który biegnie tutaj głównym grzbietem karpackim, zaczyna się nasza wycieczka. Przed nami kilkanaście kilometrów fantastycznej ścieżki, wąskiej i krętej. Póki co jest ostro pod górę. Z przełęczy na szczyt Okrąglika mamy do pokonania równe 300 metrów w pionie. Trasa w większości jest do pokonania „w siodle”, ale są strome fragmenty, gdzie rower trzeba zarzucić na grzbiet i uderzyć „z buta”.

Docieramy na Okrąglik jakieś pół godziny przed zmierzchem. Ostatnie promienie słońca podkreślają czerwień buków, które w wyższych partiach gór nie zdążyły jeszcze wypuścić liści. W dolinach dla kontrastu mamy żywą zieleń. Żeby podziwiać to wspaniałe widowisko nie mamy za wiele czasu, bo postanowiliśmy zanocować na oddalonej o kilka kilometrów Płaszy. Mimo że cała planowana trasa ma około czterdziestu kilometrów, czyli w tych warunkach w sam raz na jednodniową, sytą wyrypę postanowiliśmy podzielić ją tak, żeby zorganizować sobie nocleg w możliwie najatrakcyjniejszym miejscu.
Dla kogoś, kto miał okazję odwiedzić ten szlak, nie zdziwi nasz wybór. Płasza wznosi się na wysokość 1162 m n.p.m., a jej płaski wierzchołek pokrywa mała połonina. Dla formalności dodam, że widoki, jakie się stamtąd roztaczają, są naprawdę przednie. Na dodatek niedaleko od szczytu, od strony zachodniej znajduje się źródełko, gdzie wygodnie można zaczerpnąć wody. Panoramę ze szczytu Płaszy zobaczyliśmy jednak dopiero następnego ranka, bo obóz rozbijaliśmy już przy blasku księżyca. Żeby zminimalizować bagaż, zamiast całego namiotu, zabraliśmy jedynie tropik i maszty. Jak na złość, noc była wyjątkowo zimna. Temperatura spadła kilka kresek poniżej zera, a nad ranem poprószył śnieg.

Dodano: 2011-05-31

Autor: Tekst i zdjęcia: Tomasz Dębiec

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Sprzęt 2019

Przedwyścigowe dylematy sprzętowe

Singletrails Lechnica

Malta – Krawędzią klifu