To prawdziwy ocean zieleni - bezbrzeżny Pacyfik drzew, który poraża zarówno skalą, jak i głębią. Gdy tylko przekroczysz wrota lasu odczujesz, że to prawdziwa świątynia przyrody - raj dla zmęczonych tempem życia i szukających ukojenia. Wystarczy jeden głębszy mach i już odpływasz oszołomiony czystością powietrza nasyconego zapachem żywicy. A gdy już odzyskasz świadomość, zakosztuj kąpieli w jednym z licznych śródleśnych jezior. Przekonasz się, że są jeszcze naturalne zbiorniki, w których woda jest czystsza niż kryształ.
Bory Tucholskie - bo o nich mowa, istotnie są jednym z największych obszarów leśnych w Polsce. O turystycznej atrakcyjności tego terenu decyduje jednak nie tyle rekordowa lesistość, co raczej wyjątkowo korzystne połączenie tego pierwszego składnika - lasów (71%) oraz wody (13,1%). Bez cienia przesady można by nazwać tą krainę Pojezierzem Tucholskim. Właśnie obfitość wód: rzek, kanałów, jezior i stawów najbardziej nas zaskoczyła w trakcie przemierzania tych zielonych płuc Polski. Podejrzenie o ewentualną monotonię wynikającą z równinnego charakteru tych stron byłoby zupełnie bezzasadne. W tworzeniu rzeźby tego terenu maczał bowiem paluchy lodowiec, który jak zwykle popisał się fantazją. Za jego sprawą w wielu fragmentach Borów Tucholskich śmiga się niczym po falującym, wzburzonym morzu. Tutaj lepiej mieć pojazd o przeznaczeniu off-roadowym. Gdy trafi cie na ścieżki, o których opowiem za chwilę, zrozumiecie, że zaciszne bory to nie tylko mekka przyrodników, ale przede wszystkim idealny kierunek dla aktywnej turystyki.

Kawał trasy przez lasy
Przed wyjazdem na północ kraju nie omieszkałem poszperać w mapach. Okazało się, że w moich zasobach kartograficznych znajdują się aż trzy karty zatytułowane Bory Tucholskie. Tylko na jednej z nich udało się znaleźć dużą część interesującej mnie treści. Ale i tak nie wszystko. Dwie pozostałe opisują tylko środkowy fragment. Nie dziwię się jednak kartografom. Na mapach o skali 1:75 000 i większych nie da się po prostu ugryźć całości tematu. No chyba że ktoś lubi podróżować z arkuszem wielkości sporego dywanu. Trudno może w to uwierzyć, ale gdy spojrzycie na mapę w okolicy Świecia, Grudziądza czy Bydgoszczy, a potem przesuniecie wzrok ku północy aż pod Bytów, Kościerzynę czy nawet okolice Miastka na północnym-zachodzie - to wciąż będziecie widzieli te same Bory Tucholskie. Jeśli wycieczkę zaplanujemy ze startem w Bydgoszczy i metą w Bytowie, to czeka nas grubo ponad 150 km leśnych atrakcji. Po kilkukrotnej eksploracji tego terenu doszedłem do wniosku, że podróżowanie tu wzdłuż głównych szos czy nawet leśnych duktów umożliwiających szybkie przemieszczanie się nie ma kompletnie sensu. Z tej perspektywy można odnieść wrażenie, że w tutejszych lasach dominują długie, totalnie proste (stąd monotonne) dukty. Drogi gruntowe są często piaszczyste i szczególnie uciążliwe dla poruszających się rowerem. Co najgorsze, przemieszczając się w ten sposób nie zobaczymy większości fenomenalnych atrakcji, które zazwyczaj skrywają się gdzieś z dala od drogi. Właśnie trzymając się głównych ciągów komunikacyjnych zwiedzałem bory przed laty. Gdy przyjechałem tu w lipcu 2009 roku odkryłem zupełnie nową twarz tego regionu. Wystarczyło poświęcić nieco więcej czasu na wynajdywanie szlaków. Te dedykowane cyklistom okazują się zazwyczaj bardzo nudne i odnoszę nieodparte wrażenie, że wyznaczają je osoby, które o współczesnych trendach w kolarstwie mają niewiele pojęcia. Dlatego, jeśli tylko lubicie zapuścić koła tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, nie polegajcie na trasach rowerowych, ale raczej na własnej wyobraźni. Sugeruję posiłkowanie się szlakami pieszymi czy wręcz ścieżkami nieoznakowanymi. Najlepiej szukać ich wzdłuż cieków wodnych, na brzegach jezior, a także tam, gdzie wytyczono ścieżki dydaktyczne. I nie martwcie się, że spotkacie tłumy pieszych - to nie góry. Nie wiem kto i kiedy wydreptał te ślady, bo w trakcie całej naszej wycieczki (okres wakacyjny) ludzi spotykaliśmy sporadycznie. Doskonałym przykładem na to, w jak różny sposób można pokonać odcinek między dwoma miejscowościami jest trasa, którą opiszę w dalszej części tekstu.

Luksus za 2 zeta
Na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat bardzo zmienił się wizerunek Borów Tucholskich. Moda na zdrowy styl życia i aktywne spędzanie wolnego czasu sprawia, że turysta dociera tu coraz bardziej masowo. Na szczęście nie we wszystkie rejony... Gros osób przyzwyczajonych do wysokich standardów zatrzymuje się w nowo powstałych gospodarstwach agroturystycznych i świetnie wyposażonych ośrodkach oraz kempingach. Pobyt w takich miejscach do bólu przypomina to, co mamy na co dzień, czyli pełna lista wygód: dach nad głową, przeklęty telewizor, ciepłe i wygodne łóżeczko… Słowem - zero odmienności. W dzień oczywiście można popływać kajakiem czy wyskoczyć na rower, ale potem znów izolujemy się od przyrody w pozbawionym przestrzeni świecie czterech ścian. Istnieje jednak charakterystyczna dla tego terenu alternatywa, pozwalająca w pełni korzystać z dobrodziejstw tej ekologicznej enklawy. Zamiast spędzać czas według współczesnych standardów, niektórzy wybierają prawdziwą przygodę, która wymaga jednak pewnych wyrzeczeń. Nieliczni, ale za to prawdziwi turyści, od lat przyjeżdżają na „prymitywnie” urządzone pola namiotowe, zagubione w leśnej głuszy gdzieś w pobliżu jeziora. Nie ma tu elektryczności (i nikt jej tu wcale nie pragnie). Dzieci mogą przeżyć szok - życie bez komputera, internetu, gier... W nocy oświetlenie tylko naturalne, składające się z kilku milionów małych żaróweczek, ewentualnie z blasku ogniska. Na jednym z takich pól biwakowych postanowiliśmy się zatrzymać, doskonale odpowiadało ono zarówno naszym gustom, jak i portfelom. Okolica, sądząc z mapy, przedstawiała się nader kusząco, a ludzie, którzy koczowali na polu, budzili zaufanie i ciekawość. Infrastruktura nader skromna. Pośród dorodnych sosen stały namioty i przyczepy kempingowe, tu i ówdzie rozpięty był hamak. Pośrodku pola ręczna pompa, skąd czerpie się wodę. Nikt tu nie ma powodów, aby narzekać, że zabrakło ciepłej wody. Jedyna kąpiel, jakiej można zakosztować, to skok do jeziora. Luksusy te kosztują jedyne 2 zł od osoby na dobę! Miejsce wręcz idealne na bazę. Przez dwa-trzy dni można stąd realizować odkrywcze eskapady w tej części „wielkich lasów”. Wolimy takie rozwiązanie aniżeli przemieszczanie się na rowerach z całym dobytkiem. Jazda pustym rowerem przynosi więcej satysfakcji. Tym bardziej, że teren wcale nie jest łatwy.

Dodano: 2010-08-31

Autor: Tekst i zdjęcia: Dominika Skonieczna, Daniel Klawczyński

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Santa Cruz High Tower LT

Canyon Neuron AL 8.0

Rockrider XC100s

Fuji Supreme 1.1

Merida Scultura 5000

Bloki szosowe vs MTB