Egzotyka o jakiej nie mówią w zachodnich magazynach rowerowych leży tuż za naszą wschodnią granicą. Ukraina na rowerze to prawdziwa ekspedycja.

Mama Forresta Gumpa mawiała, że życie jest jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiadomo, na jaką się trafi. Do słownika złotych myśli dopisaliśmy w majowym numerze bB kolejną: HISZPANIA JEST JAK POMARAŃCZA. Na zewnątrz skórka: pachnąca i piękna - kusi, przyciąga wzrok i potrafi zatrzymać. Ale tylko do chwili, w której posmakuje się środka. My posmakowaliśmy? I zapraszamy Was do Hiszpanii prawdziwej. Gorącej, suchej, pięknej i cichej. Hiszpanii Don Kichota i Maurów.

Planując wyprawy rowerowe wyobraźnia sięga daleko, automatycznie przeskakując najbliższe okolice. No bo i cóż można w nich znaleźć ciekawego? Czy aby na pewno? Czechach, naszych południowych sąsiadach. Małym ale niezwykłym kraju. Zerknijcie na zdjęcia, a ze zdumienia otworzycie szerzej oczy. Ileż to jeszcze, tuż za płotem, miejsc do zobaczenia i dróg do przejechania!

To niewiarygodne, jakie rzeczy czekają dosłownie na wyciągnięcie ręki. Oczywiście na ludzi, którzy nie boją się popuścić wodzy wyobraźni. Tytułowe trzy przesiadki to nie żadna metafora. To czysty, potwierdzony empirycznie fakt. Wystarczyło tylko trochę poszperać w Internecie, książkach i - znaleźć się w Kirgizji. Kraju geograficznie niezbyt odległym ale zarazem tak egzotycznym jak te leżące na drugiej półkuli.

Temat otwierający kwietniowy numer bikeBoardu to Polskie Parki Narodowe. Niewielkie skrawki kraju, starannie wybrane ze względu na niezwykły krajobraz, tętniący życiem świat zwierzęcy i często unikatowe siedliska roślinności. Skrawki Polski nieomal nieskażone ludzką ręką i podlegające ścisłej ochronie. Chodzi o to, aby zachować je w stanie nienaruszonym i dla nas, i dla przyszłych pokoleń.

Kiedyś mieszkał tam najprawdziwszy na świecie smok. Tam, czyli nad pięknym górskim jeziorem. Był to niezwykle sympatyczny smok – nikomu nie wadził, więc wszyscy go lubili, nawet imię nadali – Kicek. Ale jak to w życiu bywa, miłe złego początki… Poczciwe smoczysko w końcu przegięło pałkę.

Od naszych czytelników otrzymaliśmy opis wyprawy jaką odbyli w lecie 2005 roku. Cele jakie sobie postawili były dość wyśrubowane, ale udało się. Zwiedzili sporo zabytków i pokonali kilka morderczych alpejskich podjazdów.

Są takie miejsca na Ziemi, gdzie każda spotkana dusza jest przyjazna. Gdzie dobre słowo znaczy więcej niż pieniądz, a natura rządzi się swoimi odwiecznymi prawami. I czasem nawet da się tam pojeździć rowerem.

...to chyba najlepsze określenie dla tego kawałka naszych Karpat. Góry są tu niższe, a doliny szersze niż choćby w sąsiednich Bieszczadach czy Beskidzie Sądeckim. Ale to wcale nie znaczy, że jest mniej ciekawie i przygodowo.

Jeszcze nigdy w życiu tak nie jeździłem!!! Ale wiedziałem, że tak będzie. Obiecałem ją sobie dawno temu. Byłem w Raju na rowerze i na piechotę nie raz. Znam tam wszystkie ścieżki na pamięć. A kilka z nich dosłownie śniło mi się po nocach. Ja sobie tę jazdę po prostu wymarzyłem. No i spełniło się.

Czterodniowa wycieczka przez Sudety Plan wyprawy był prosty. Przejechać jak największy kawał Sudetów, zaliczając po drodze: Śnieżnik, Góry Orlickie i Broumovské Stěny. Tak naprawdę moją wyobraźnię najbardziej rozpalało jedno zdjęcie. Głęboka dolina ograniczona pionową bazaltową ścianą. Wzdłuż samej krawędzi ścieżka...

Czterodniowa wycieczka przez Sudety Plan wyprawy był prosty. Przejechać jak największy kawał Sudetów, zaliczając po drodze: Śnieżnik, Góry Orlickie i Broumovské Stěny. Tak naprawdę moją wyobraźnię najbardziej rozpalało jedno zdjęcie. Głęboka dolina ograniczona pionową bazaltową ścianą. Wzdłuż samej krawędzi ścieżka...

Czterodniowa wycieczka przez Sudety Plan wyprawy był prosty. Przejechać jak największy kawał Sudetów, zaliczając po drodze: Śnieżnik, Góry Orlickie i Broumovské Stěny. Tak naprawdę moją wyobraźnię najbardziej rozpalało jedno zdjęcie. Głęboka dolina ograniczona pionową bazaltową ścianą. Wzdłuż samej krawędzi ścieżka...

To się stało latem zeszłego roku. Borys nas zdradził - kupił szosówkę i zdjął daszek z kasku. Zgroza! Ku mojemu przerażeniu Jacek i Kisiel wkrótce dołączyli do schizmy. Zaczęło się niewinnie - czasem poranne przejażdżki na szosie, "gadki-szmatki", że to w sumie też fajne jeżdżenie, chociaż można rozróżniać grubość farby do malowania pasów na jezdni i takie tam. Lawina też czasem zaczyna się od małego kamyczka. A pożar od iskierki.

Po raz pierwszy zobaczyliśmy Mongolię rok wcześniej. Step, płaska monotonna przestrzeń, której urok szybko się nudzi. Tak wyobrażaliśmy sobie cały ten kraj. Zapomnieliśmy, że poza płaskowyżami są tu jeszcze pokaźne góry. I to, jak się okazało, masywy niezwykle piękne, bardzo oryginalne, w europejskim pejzażu niespotykane...

Po raz pierwszy zobaczyliśmy Mongolię rok wcześniej. Step, płaska monotonna przestrzeń, której urok szybko się nudzi. Tak wyobrażaliśmy sobie cały ten kraj. Zapomnieliśmy, że poza płaskowyżami są tu jeszcze pokaźne góry. I to, jak się okazało, masywy niezwykle piękne, bardzo oryginalne, w europejskim pejzażu niespotykane...

Wybór Ukrainy, jako miejsca rowerowych wojaży, był dla mnie oczywisty: ludzie przyjaźnie nastawieni do przybyszów z Polski, blisko, tanio, egzotycznie, że nie wspomnę o takich rarytasach jak kwas chlebowy, chałwa ze słonecznika czy pirożki, których próżno szukać w naszych fastfudach i spożywczakach. Jako miłośnik jazdy po dzikich bezdrożach z małym plecakiem, śpiworem, kawałkiem folii i paroma niezbędnymi akcesoriami, musiałem przeprosić się z bagażnikiem i sakwami.

Siedząc kiedyś okrakiem na Kopcu Kościuszki w Krakowie, wyobraziłem sobie, jak zjeżdżam jej długim grzbietem. Z Krakowa Babią Górę widać fantastycznie. Calutką. Zadeptany przez turystów Diablak - jej najwyższy wierzchołek - i Małą Babią, mniejszą siostrę tuż obok.

Choć podobno bramą do Bieszczadów jest Lesko, dla nas wjeżdża się tam przez Komańczę. To zupełnie logiczne bo Komańcza leży na granicy Beskidu Niskiego i Bieszczadów. Komańcza nie urzeka - ot wieś z "indiańskimi korzeniami". Do granicy musieliśmy się przedzierać trochę na skróty przez niekoszone od dziesięcioleci łąki, a trochę unijnym asfaltem. Po dotarciu do granicy zmiana nastroju była radykalna. Podjazd na Siwakowską Dolną nie jest problemem pod warunkiem, że można uporać się z błotem.

Do facetów bardziej może przemówiłoby stwierdzenie: "małe, ale figlarne". Tyle, że ono nie odda w pełni wszystkich niespodzianek, którymi ten "kieszonkowy" kawałek polskiej ziemi może nas zaskoczyć. Pod gęstą jodłowo-bukową kopułą czekają na nierozważnych podróżników wielkie jak telewizory kamienie. Ich krawędzie tną opony jak niewybredny dowcip.

Co nas najbardziej pociąga w dalekich wyprawach? Oczywiście nie ma na te pytanie jednoznacznej odpowiedzi, bo i nie ma dwóch takich samych podróży. W dodatku każdy z nas poszukuje w nich rzeczy, które go najbardziej fascynują i te najlepiej zapamiętuje. Spytajcie dwóch ludzi o tę samą ścieżkę. Usłyszycie dwie zupełnie inne opowieści. Popatrzcie na zdjęcia, które robili w tym samym miejscu. Będą podobne, ale nie jednakowe. Na fotografiach przecież staramy się oddać rzeczy naszym zdaniem najciekawsze.

Co nas najbardziej pociąga w dalekich wyprawach? Oczywiście nie ma na te pytanie jednoznacznej odpowiedzi, bo i nie ma dwóch takich samych podróży. W dodatku każdy z nas poszukuje w nich rzeczy, które go najbardziej fascynują i te najlepiej zapamiętuje. Spytajcie dwóch ludzi o tę samą ścieżkę. Usłyszycie dwie zupełnie inne opowieści. Popatrzcie na zdjęcia, które robili w tym samym miejscu. Będą podobne, ale nie jednakowe. Na fotografiach przecież staramy się oddać rzeczy naszym zdaniem najciekawsze.

Znów dopadła mnie nostalgia. Taka mieszanka wspomnień i pragnień. Strasznie natrętna. Jak odpędzona mucha, która zatacza pętelkę wokół głowy i siada z powrotem na czole. Kłopot w tym, że ja nawet nie próbuję z nią walczyć. Często przybiera bowiem postać kusząco uśmiechniętej, mocno opalonej i skąpo odzianej dziewczyny. Skąd mi się to wzięło? Kilka lat temu przejechaliśmy z przyjaciółmi na rowerach polskie wybrzeże. I teraz, kiedy bliskość wakacji sprawia, że krew zaczyna szybciej krążyć, wspomnienie tych kilku dni powraca jak bumerang. One są dla mnie synonimem upalnego lata. Wolności pachnącej słonym wiatrem i smażoną rybą. Dotyku gorącego piasku i chłodnej bałtyckiej wody. Smaku piwa, widoku bez końca, no i tych skąpych... dziewczyn. To była piękna wyprawa.

Znów dopadła mnie nostalgia. Taka mieszanka wspomnień i pragnień. Strasznie natrętna. Jak odpędzona mucha, która zatacza pętelkę wokół głowy i siada z powrotem na czole. Kłopot w tym, że ja nawet nie próbuję z nią walczyć. Często przybiera bowiem postać kusząco uśmiechniętej, mocno opalonej i skąpo odzianej dziewczyny. Skąd mi się to wzięło? Kilka lat temu przejechaliśmy z przyjaciółmi na rowerach polskie wybrzeże. I teraz, kiedy bliskość wakacji sprawia, że krew zaczyna szybciej krążyć, wspomnienie tych kilku dni powraca jak bumerang. One są dla mnie synonimem upalnego lata. Wolności pachnącej słonym wiatrem i smażoną rybą. Dotyku gorącego piasku i chłodnej bałtyckiej wody. Smaku piwa, widoku bez końca, no i tych skąpych... dziewczyn. To była piękna wyprawa.

Znów dopadła mnie nostalgia. Taka mieszanka wspomnień i pragnień. Strasznie natrętna. Jak odpędzona mucha, która zatacza pętelkę wokół głowy i siada z powrotem na czole. Kłopot w tym, że ja nawet nie próbuję z nią walczyć. Często przybiera bowiem postać kusząco uśmiechniętej, mocno opalonej i skąpo odzianej dziewczyny. Skąd mi się to wzięło?

Beskid Niski jest w dalszym ciągu tak egzotyczny, jak te wszystkie nazwy - Chyrowa, Zdynia, Cergowa, Królik Polski, Komańcza. Niby gdzieś się o uszy obiły, niby ktoś słyszał, jak ktoś opowiadał, że ktoś był i mówił, że jest pusto i że jest klimat.

Jak długo może przeżyć biker, mający w kieszeni jedynie 40 euro? Tego lata grupa w składzie: Marius Hoppensack (20), Carlo Dieckmann (24), Marc Rüsing (22) i Jonas Berndt (16) miała się o tym przekonać. Wyposażeni w przewoźne rampy, rozklekotaną furgonetkę i … trzy torby butelek na sprzedaż wartych około 40 euro spróbowali w ciągu tygodnia przemierzyć niemcy.

Od relacji opisujących przejazd rowerem wzdłuż wybrzeża polskiego aż się roi. Zastanawia mnie tylko, skąd uczestnikom takich imprez wyskakują potem na licznikach dystanse rzędu 630-750 km?* Wiecie dlaczego? Bo nie znając dobrze tematu, omijają najciekawsze alternatywy przejazdu i te fragmenty, które z różnych względów wydają się nieprzejezdne. W rzeczywistości znacznie częściej możliwe jest poruszanie się w bezpośredniej bliskości morza. Nam stuknęły 462 km - od granicy do granicy.


Aktualny numer

Piszemy m.in.

ROWEROWE PREZENTY

CO ZAKŁADAĆ ZIMĄ?

Kaski 2018

Cannondale Jekyll 3
Trek Roscoe 9
Giant Anthem Advanced 29er 1