Kończymy pierwszy etap projektu 4 krańce Europy, wracamy do domu i zbieramy siły na dalsze podróże.

3.10.2011 r Tyniecka Grupa Rowerowa zasiadła na najsłynniejszym krześle na wyspie Gavdos, a tym samym zdobyła pierwszy z 4 krańców Europy!

Koło bezsprzecznie jest jednym z największych wynalazków człowieka, w tym roku ponownie przekonałem się o tym i to podwójnie. Jadąc na kole, a nawet dwóch, w rozmiarze 26 cali, zrobiłem koło w rozmiarze niemal 2 tysięcy kilometrów. Start był jednocześnie metą, pomiędzy którymi było osiemnaście dni fantastycznego rowerowania. Większość ludzi ciekawych jest świata, niemal każdy chce gdzieś pojechać, coś zobaczyć - nie tylko w telewizji, przeżyć coś innego, doświadczyć wrażeń niedostępnych na co dzień.

Kolejna porcja wieści z trasy Tynieckiej Grupy Rowerowej, tym razem z greckiej stolicy.

W zasadzie tytuł nie oddaje całej prawdy, gdyż tylko połowa naszej ponad tysiąckilometrowej podróży wiodła po Kresach Wschodnich. Celowo lub przez przypadek ocieraliśmy się o ślady jej świetności. Odwiedziliśmy najbardziej znane akcenty polskości na zachodniej Ukrainie - dwory, pałace i cmentarze, zajrzeliśmy także do miejsc zapomnianych, lecz wciąż budzących podziw.

Zobaczcie gdzie teraz jest TGR.

Coraz bliżej celu...

Czyli dalsze zmagania rowerowe Tynieckiej Grupy.

Przeczytajcie opis kolejnych zmagań TGR.

Tyniecka Grupa Rowerowa jedzie dalej.

Z szeroko otwartymi oczami, AT (Andrew Taylor) z trudem łapie powietrze. - Uuuu... Ale ostre! Dopiero co zanurzył kawałek kiełbaski curry w kropelce ostrego sosu „The source - a 7,1 mln scoville” - najostrzejszego jaki kiedykolwiek istniał na świecie ekstraktu z papryki.

Spod klasztoru oo. Benedyktynów w Tyńcu wyruszyło wczoraj 6 śmiałków marzących o zdobyciu na dwóch kółkach „4 krańców Europy”. Pierwszym skrajem Starego Kontynentu, który chcą osiągnąć jest wyspa Gavdos w Grecji. Czeka ich pokonanie blisko 3600 km drogi!

Do tego wyjazdu cała grupa Zdrowy-Rower przygotowywała się od roku, tym razem będziemy pedałowali i pomagali jednocześnie. To będzie charytatywny wyjazd z Pruszkowa (obok Warszawy) do Aten kolebki cywilizacji europejskiej.

Nasza wyprawa zaczęła się 9 sierpnia, na rowerach jechało sześciu studentów Politechniki Koszalińskiej i dwóch z Politechniki Poznańskiej. Tego dnia, uroczyście pożegnani przez rektora Politechniki, rodziców i dziennikarzy, ruszyliśmy w nieznane. Nikt z nas jeszcze nie uczestniczył w tak długiej wyprawie rowerowej. Ja z Bartoszem, co prawda, pojechaliśmy do Bogatyni, żeby się sprawdzić, ale jak tu porównywać 500km do 5 tysięcy.

Białe noce i estońska "Noc Świętojańska" zadecydowały o wyborze terminu wyjazdu. Na przełomie czerwca i lipca słońce ukrywa się za horyzontem zaledwie na kilka godzin - absolutna ciemność wcale nie zapada. Przesilenie letnie jest wyjątkowo radosnym świętem dla ludzi mieszkających na północy kontynentu - w Estonii nazywa się Jaanituli.

Chorwacja? Bo można dojechać samochodem i nawet szok wywołany zatankowaniem do pełna za blisko cztery stówy równoważony był informacją o koszcie biletów lotniczych dokądkolwiek dla całej mojej rodziny, o opłacie za sprzęt sportowy (rowery) nawet nie wspomnę.

Livigno łączy różnorakie trasy w jednej unikalnej scenerii. Od lekkich i łatwych naturalnych ścieżek z niesamowitymi panoramami, po technicznie przerażające trasy rodem z rowerowej pornografii. Taka kombinacja zdecydowała o tym, że jest punktem docelowym dla kolarzy górskich bez względu na specjalizację. Zarówno zażarci krosiarze, ja i fani FR i zjazdowcy znajdą tu coś dla siebie.

W rozmowach z organizatorami imprez można dostrzec zawahanie, czy formuła zawodów, o jakich wiemy od lat, nie zużyła się. Ubiegłoroczny spadek frekwencji na maratonach można oczywiście tłumaczyć całym pasmem nieszczęść, jakie spadły na Polskę. Ale fakt pozostaje faktem, ludzi wystartowało mniej i mniej osobostartów zanotowaliśmy. Kompletnie nie pokrywa się to z subiektywnym odczuciem, że widać więcej aut z rowerami na dachach, więcej ludzi wyjeżdża na majówki, a ścieżki, na których kiedyś byłem sam, potem z kilkoma kolegami, dziś są regularnie pocięte śladami opon, a wokół miast wszędzie powstają hopki i bandy. No, nie jest tak?

Adama i Ewę z Raju wygonili przez jedno głupie jabłko. Ja myślę, że to był tylko pretekst, a oni musieli sobie już wcześniej zdrowo nagrabić. My przecież też zrywaliśmy jabłka. Mało tego, opychaliśmy się jeszcze bez pytania śliwkami. I co? My do Raju trafiliśmy. Właściwie to był przypadek, ale też żadna siła nam w tym nie przeszkodziła. A teraz po kolei.

Aby przeżyć przygodę wcale nie trzeba wyjeżdżać na koniec świata. Trasa wyprawy Piotra i Pawła wiodła przez nieodległe i pozornie dobrze znane kraje europejskie a mimo to dostarczyła mnóstwa wrażeń, które długo pozostaną w ich pamięci. Wszystko dlatego , że świat z rowerowego siodełka wygląda zdecydowanie inaczej.

W niesamowitych okolicznościach przyrody, wyjętych jakby żywcem z planu "Władcy Pierścieni", spotkały się trzy pokolenia bikerów. Steve Peat, Hans Rey i wschodząca gwiazda Danny MacAskill na jednej, szkockiej arenie. Połączyli swe siły by na nowo odkryć kilka perełek Szkocji, a zwłaszcza wyspy Skye. Jak się przekonacie w całkiem oryginalnym stylu.

Wrażenie jakie na nas zrobiła Sycylia w pełni sezonu nie pozwoliło nam na długo odkładać marzeń o dokładnym poznaniu Sardynii i Korsyki- dwóch pozostałych z dużych wysp Morza Śródziemnego. Wiosenne zdjęcia z tych miejsc porównywane z sierpniowa sycylijską półpustynną nie pozostawiły nam złudzeń, którą porę roku wybrać jako czas wyjazdu. Po rozwiązaniu nienajprostszych problemów logistycznych, w oparach wulkanicznego pyłu wylecieliśmy do Pizy by tam rozpocząć naszą wyprawę na Korsykę.

Każdy z nas ma w sobie duszę wędrowca, podróżnika szukającego swojego miejsca na Ziemi. Jesteśmy ciekawi tego co nas otacza, świat jest pełen tajemnic, dlatego jesteśmy zainteresowani przyrodą, tym co jest niezależne od nas a jednoczenie bliskie. Wszystko to daje nam motywacje do odkrywania tego piękna i różnorodności w innych, odległych zakątkach świata.

Starożytni Rzymianie byli zdumieni, gdy w 218 r. p.n.e. ujrzeli Hannibala, który na słoniach pokonał górskie przedmurze Italii. Dziś mało kto pamięta, że jeszcze w latach 80. XX wieku równie nieprawdopodobną, co wyczyn kartagińskiego wodza, wydawała się wizja rowerowego transalpu. Prekursorem był Andi Heckmair. Potem spróbowali inni. Sen przemieniał się w jawę. W miarę błyskawicznej ewolucji górala pokonanie najpotężniejszych gór Europy stawało się coraz łatwiejsze. Wciąż jest to jednak nie lada wyczyn zahaczający o wyżyny kolarstwa górskiego, o czym przekonaliśmy się w zeszłym roku na własnej skórze.

Jedenaście dni, ponad 1200 km. Czterech osiemnastolatków, cztery rowery, jeden namiot i jeden wspólny, od dawna planowany cel – „Morze Węgierskie”, jezioro Balaton.

Na pograniczu Albanii i Czarnogóry wznoszą się potężne, często przekraczające 2 tys. m n.p.m. masywy Gór Dynarskich. Aż trudno uwierzyć, że da się eksplorować te surowe zakątki za pomocą roweru. Umożliwiają to wysokogórskie trasy offroad, z których skwapliwie korzystaliśmy. Jeśli dodać do tego niepowtarzalną mieszankę kultur - śródziemnomorskiej, orientalnej i słowiańskiej, to już wiadomo, dokąd jechać na wakacje.

Islandia - najbardziej północne z północnych państw Starego Kontynentu. Na mapie rysuje się jako dość pofałdowana wyspa, na której dominują dwa kolory - pomarańczowy i biały. Dopiero gdzieś na obrzeżach dostrzec można cienkie skrawki zieleni. Częściej tu zimno i mokro niż pogodnie. To również jeden z najpóźniej zaludnionych obszarów Europy. Trzeba mieć nieco wysublimowany gust, żeby ją polubić. Jednak miejsce to kryje jakąś moc - siłę, która skutecznie przyciąga ludzi z różnych zakątków. A jeśli ktoś choć raz ulegnie pokusie i zaryzykuje, islandzkie oblicze zauroczy go swoją drugą, zachwycającą stroną.

Podobnie jak słynna pieśń, trasa, którą chcemy tu zaprezentować, swój początek bierze we Francji (u samych stóp wieży Eiffla zresztą), by wreszcie zaprowadzić nas na Wschód. Z tym, że nie do Moskwy, a do czeskiej Pragi. W teorii wszystko zapowiada się bardzo ciekawie. Twórcy projektu wymieniają wiele atutów i tak świetnie rokującej ścieżki... Czy te hasła znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości?

Wyjrzyj za okno. Leje, Teraz termometr - zero. Zegarek, 17 i zbliża się zmrok. I znowu będzie zimno przez pół roku i błotne lawiny nie pozwolą na górskie eksploracje. Czy to koniec sezonu? Nie!!! Odstaw te antydepresanty! Są lepsze i zdrowsze sposoby, żeby oszukać tę wredną Królową Śniegu. Nie spodziewajcie rozwiązania łatwego ani przesadnie taniego. Wyjście z tej podłej sytuacji jest jednak na wyciągnięcie ręki. Więc może to dopiero początek najdłuższego sezonu rowerowego w Twoim życiu?

W nocy z 20 na 21 grudnia w Świnoujściu odbyło się uroczyste zdemontowanie siatki, która przez długie dziesięciolecia przegradzała plażę w miejscu polsko-niemieckiej granicy. Nawet po wejściu Polski do Unii przekroczenie granicy w tym miejscu, choć fizycznie zupełnie wykonalne, formalno-prawnie było zabronione. Ruszając przyszłym razem nad morze nawet się nie spostrzeżemy, a już będziemy po sąsiedniej stronie. Rowerkiem po plaży będzie można przelecieć na niemiecki Uznam... Ale nie tylko.


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Eagle???

Merida Big.Nine 6000 i Big.Nine 800

Kross Level 13.0

Kolarz - cukrzyk

Karpaty w trzech aktach