Gdzieś w Polsce, każdego dnia pada stwierdzenie: – Że co? Ja nie dam rady? No to patrz! I się dzieje. Podobnie było, gdy padło pytanie czy da się pokonać trasę Kraków – Częstochowa na rowerze w dwa dni? Zdania były podzielone. Czy da się to zrobić bez przygotowania? – Nie ma opcji! – No to patrz!

Paradoksalnie, jedyny chętny na taki wyczyn, poza mną, od dwóch lat nie jeździł na rowerze. Wpisywała to się co prawda w logikę tego projektu, więc nikt nie potraktował tego w kategorii problemu. Znaleźliśmy sponsora, który udostępnił nowiutki rower testowy i przygotował sprzęt do drogi. W zamian zyskaliśmy oficjalną nazwę dla naszego planu PiR Sport Challenge: Szlak Jurajski w 2 dni.

Wybiła godzina 12:00, minęliśmy Ojców jadąc malowniczą doliną Prądnika. Dla tych widoków, zamieniliśmy szlak rowerowy na pieszy. Ja o tym wiedziałem, Pająk nie, dlatego z niekrytą satysfakcją założyłem się z nim, że ścieżka, którą uparł się jechać, to mimo wszystko szlak pieszy. Stromy błotnisty podjazd nie pozwolił pozostać w siodełkach. Koniec końcem, rowery trzeba było wnosić po błocie. Na szczycie było znacznie lepiej. Do czasu, gdy wjechaliśmy w las. Sielanka się skończyła.

Gdy w zimie ustawiałem motyw z serialu Żar Tropików jako budzik wierzyłem, że słoneczne rytmy będą dodawać energii. Tego dnia słyszałem go dokładnie o 4:50 i nie wiem co spowodowało ten zbieg okoliczności, ale równo o 12:17 lunęło jak z cebra, a w kieszeni kurtki zagrał Anyway The Wind Blows. Walka z jedną wielką błotnistą kałużą ciągnącą się w stronę zamku w Pieskowej Skale skazana była na porażkę. Cofnąłem się w czasie o jakieś dwadzieścia lat, gdy postanowiłem spacerować w deszczu grzęznąc w błocie po kostki. Z moją masą, przegrałem z fizyką. Pająk na 29-calowych kołach powoli się oddalał, aż zniknął w leśnej mgle.

Zamek w Pieskowej Skale okazał się jednym z ostatnich punktów widokowych. Tam skrzyżowaliśmy szlaki z ekipą z Warszawy jadącą w stronę Lipska i wspólnie wyśmialiśmy ochroniarza, który kazał nam zostawić rowery na stojaku przed dziedzińcem. Mieliśmy chwilę na posiłek i okazało się, że strategia spędzenia całego dnia na Powerade'ach i Snickersach to bardzo głupi pomysł. Ani zastrzyku energii, ani lepszego nawodnienia. Na szczęście Pająk podzielił się makaronem.

Kolejne kilometry były kwintesencją przyjemności z jazdy. Ślisko i mokro, w górę i w dół. Brak doświadczenia w jeździe z pedałami SPD sprawiała, że uczyłem się wszystkiego od nowa. Przejazd przez kałuże z buksującym tylnym kołem, czy zjazd z góry w pozycji, z jaką żużlowcy wchodzą w zakręt. Sto procent adrenaliny, dwie zdrowaśki i kolejny raz bezpiecznie na dole. I tak w kółko.

Na pięćdziesiątym kilometrze zatrzymaliśmy się przed Zamkiem Rabsztyn, gdzie po raz trzeci zmieniłem skarpetki, które zamakały po kilku sekundach w przemoczonych butach. Tyle właśnie realnej wartości z mądrości speców od survivalu. Czas leciał, a kilometrów zostało sporo, dlatego ruszyliśmy. Mapa nie wskazywała nic, co warto po drodze zobaczyć, dlatego celem samym w sobie była już ciepła kąpiel i nocleg w Podzamczu. Póki co robiło się cholernie zimno, a przemoczone ubrania pogarszały jakość doznań.

Jechaliśmy kolejną godzinę, może dłużej. Oszacowaliśmy, nie patrząc na mapę, że do końca dnia zostało nam jakieś 10 kilometrów. Wywołało to niemały entuzjazm. Od razu lżej się jechało. Coś podobnego czuje człowiek, który na pustyni zobaczy oazę. Niestety, czasem okazuje się, że to fatamorgana. Minęliśmy znak wskazujący czerwony szlak z napisem Podzamcze 24. Powiedziałem, o tym co zobaczyłem Pająkowi. – Nie możliwe – powiedział. Możliwe! Okazało się potem.

Zaczęła się walka z własną słabością, gdzieś na poziomie głowy. Bo nogi już dawno odpuszczały w tych warunkach. Gdy zjeżdżaliśmy do Pilicy stromym ulicznym zjazdem, licznik pokazał 56 km/h. Pęd powietrza prawie zamroził mi płuca, ale za to jak szybko zleciał kolejny kilometr. Do celu pozostało jedenaście. Nie było w nich nic epickiego, ani widowiskowego. Wymęczyliśmy je, niczym anorektyczka porcję XL. Na koniec pierwszego dnia mieliśmy przejechane 87 kilometrów.

Na miejscu noclegu dowiedzieliśmy się o ekipie, która dzień wcześniej próbowała zrobić podobny wyczyn, startując Częstochowy. Pokonała ich pogoda i busem wrócili do domu. Widząc jak wygląda szlak, nie zdziwiła nas ta decyzja. My również mieliśmy wątpliwości, z którymi postanowiliśmy poczekać do rana. Mięśnie bolały. Noc przyniosła niewielką regeneracją. Zawsze coś. Porównaliśmy pogodę za oknem, prognozę pogody i szlak na mapie. W tych warunkach, oznaczało to prawie sto kilometrów w deszczu, głównie po piachu i błocie. Uznaliśmy wyższość matki natury. Zamiast tego wybraliśmy 40-to kilometrowy odcinek do Dąbrowy Górniczej. Pokonaliśmy go ze średnią prędkością ponad 22 km/h. Tak na pocieszenie.

Pozostał niedosyt. Ambicja i brawura musiały z bólem ustąpić pola rozsądkowi. Jura Krakowsko-Częstochowska pokazała, że w takich warunkach jest piekielnie trudnym obszarem do jazdy, a jurajski szlak rowerowy niemożliwy do pokonania bez odpowiedniego przygotowania i treningu. Ostatnie zdanie, jakie wypada powiedzieć w tym temacie pochodzi z filmowego klasyka: I'll be back!

Dodano: 2013-06-19

Autor: Tekst i zdjęcia: Łukasz Piekarz

Tagi: wakacje na rowerze

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Niejasna przyszłość roweru

Nowy wymiar treningu

Moc „ludzi z żelaza”

Młodzi gniewni polskiego XC… rok później