Kiedy byłem jeszcze dzieckiem, przeczytałem książkę o niezwykłej krainie pełnej bajkowych krajobrazów, krainie wulkanów i lodowców, porywistych wiatrów i bezkresnych przestrzeni. Była to książka o dzikiej przyrodzie, ale i o ludziach, którzy musieli się z nią zmagać, o bohaterskich czynach wikingów i o przygodach trolli, zamieszkujących niedostępne, dzikie chaszcze i odosobnione, górskie doliny. Była to książka o Islandii.

Zimne, pozbawione drzew krajobrazy i otwarte przestrzenie. Groźna, zupełnie nieokiełznana natura pociągała mnie od zawsze. Ale wiele lat upłynęło, zanim mogłem zrealizować dziecięce marzenia. Byłem jednak cierpliwy. Nauczyłem się spokoju ducha wpatrując się w fotografie i czytając słowa spisane przez tych, którzy byli na Islandii przede mną. Mój czas przyszedł w 2002 roku. Latem.
Na wyspę doleciałem z Glasgow, po przepedałowaniu Belgii, Anglii i połowy Szkocji. Kiedy wyszedłem z lotniska w Keflaviku, wiał porywisty wiatr, padał deszcz, a termometr wskazywał ledwie dziewięć stopni powyżej zera. Ale zła pogoda nie miała wtedy dla mnie żadnego znaczenia; sama świadomość, że oto rozpoczęła się moja wymarzona podróż rozgrzewała od środka i wynagradzała wszelkie trudy. Dookoła roztaczał się krajobraz iście księżycowy: żadnych drzew, krzewów nawet, tylko zastygła lawa i para wodna wydobywająca się z obszarów goetermalnych w Blaa Lonio.
Skierowałem się natychmiast na wschód, Reykjavik pominąłem, albo raczej zostawiłem go sobie na deser, na sam koniec wyprawy. Teraz czekała mnie ciężka, 1500-kilometrowa przeprawa przez świat pozornie ubogi, a w rzeczywistości niebywale zróżnicowany.
Islandię można zwiedzić jadąc główną drogą, poprowadzoną dookoła wyspy, przebiegającą obok wielu niezmiernie interesujących, niemal magicznych miejsc. Tylko, że pomija się wtedy mnóstwo innych przepięknych zakątków, do których nie zawsze da się dotrzeć na rowerze...

Będąc pierwszy raz na wyspie czułem taki niedosyt i pragnienie zobaczenia tych innych miejsc, że odwiedziłem Islandię jeszcze dwukrotnie. Ale o tym przy innej okazji.
Na południu wyspy droga na odcinku kilkuset kilometrów prowadzi wzdłuż wybrzeża po dość płaskim terenie, co pozwala na pokonanie dziennie wielu kilometrów właściwie bez wielkiego wysiłku. Oczywiście na całej wyspie problem stanowią wiatry i często zdarza się, że nawet na płaskim odcinku ciężko rozwinąć prędkość ponad 10 km/h. Za miejscowością Hella warto odbić od głównej drogi i skierować się do doliny Porsmork. Po kilku kilometrach szutrów zaczynają się kamienie i droga upodabnia się do wysokogórskiego szlaku. Rozpoczynając jazdę nawet
nie przypuszczałem, ile wysiłku będzie mnie kosztować pokonanie marnych 30 km. Wielokrotnie przekraczałem płynące wartkim nurtem strumienie, aż w końcu dotarłem do rzeki na tyle szerokiej i groźnej, że nie dało się jej sforsować wpław. Czekał mnie długi spacer do mostu po olbrzymich głazach, który nawet bez roweru nie byłby łatwy.

Dodano: 2006-06-05

Autor: Tekst i zdjęcia: Piotr Strzeżysz,opracował: Piotr Jaworski

Tagi: Islandia

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Rowery wszechgórskie

Duże koło dla juniora

Maratony MTB Ultra