Sobota 4 Lipca 2015, godz. 6 lotnisko w Kutaisi. Dolecieliśmy. Po niespełna 3,5h lotu z Katowic udało nam się bezpiecznie wylądować .Przestawiamy zegarki do przodu o 2h i z tego miejsca zaczyna się nasza przygoda. Powolne wydawanie bagaży z minuty na minutę zaczęło nas uświadamiać oraz przyzwyczajać do tego, że w Gruzji pojęcie czasu ma nieco inny wymiar. Strefa GMT+2 od tamtego dnia oznacza dla nas Georgian Maybe Time. 15min spóźnienie jest niemal wskazane w tym kraju i chyba dużym nietaktem byłoby przyjść na umówione spotkanie punktualnie. Tak więc po 2h oczekiwania na transport do motelu wsiadamy na pokład marszrutki (tak w Gruzji nazywają się małe busy kursujące na często uczęszczanych trasach ). Kierowca zaraz po wyjściu z zakrętu zaczął gwałtownie przyspieszać, a nam wydawało się, że albo poodpadają nam koła albo tłoki z silnika wyjdą zaraz przez wydech…


To było nasze pierwsze doświadczenie z Gruzińskim stylem poruszania się pojazdami zmechanizowanymi, gdzie wyprzedzanie na 4-tego przy 120 km/m w mieście przy ograniczeniu 50km/h jest czymś zupełnie normalnym i nie należy się tym stresować. A więc po dojechaniu do motelu pora na wypakowanie naszych kartonów i składanie rowerów. Jako, że ćwiczyliśmy to niejednokrotnie- dość szybko sobie z tym poradziliśmy i praktycznie po 1,5h mogliśmy wyruszyć z całym ekwipunkiem zapakowanym w sakwach. Waga roweru z sakwami namiotem i tym całym majdanem wynosiła ok 30-32kg. Jako, że prognozy pogodowe na najbliższe dni zapowiadały, że w rejonie Svanetia, który zaplanowaliśmy przejechać jako pierwszy bardziej przydałyby się nam pontony niż rowery, postanowiliśmy teleportować się do oddalonego o 250km Tbilisi.


Po 3 zawałach serca, 85 odmówionych po drodze paciorkach ok godz. 22 docieramy na pokładzie marszrutki do Tbilisi – stolicy kraju. Teoretycznie stolica powinna być wizytówką kraju i jeśli taką wersję przyjąć za prawdziwą to uznałbym Gruzję za kraj wielu kontrastów, w którym bezustannie trąbiące samochody przeplatają się z wszech obecną biedą i bogactwem jednocześnie. Nasze założenie było takie aby zjeżdżać głównie małe wioski i rejony górskie stąd też po przespanej nocy od rana pedałowaliśmy już do oddalonego o 170km Kazbegi ( jedynego w Gruzji przejścia granicznego z Rosją) gdzie na szczycie góry na wysokości ok 2300m n.p.m. znajduje się starożytny kościół Gergeti Triniti Church). Ta noc szczególnie zapadła nam w pamięci. Jako że dotarliśmy na miejsce dopiero o godz. 22:30 było już kompletnie ciemno. Dodatkowy brak widoczności potęgowała mgła gęstości śmietanki do kawy. Rozłożyliśmy więc w namioty i położyliśmy się spać.


Ok godz. 3 nad ranem obudził nas dziwny dźwięk obijających się rowerów. Zaniepokojeni razem z kolegą natychmiast opuściliśmy namiot aby zorientować się co się dzieje i ku naszemu zdziwieniu okazało się że zostaliśmy otoczeni przez stado dzikich koni. Było ich ok 20. Początkowo zbytnio się tym nie przejęliśmy ale gdy po powrocie do namiotu zaczęły nam chodzić po rowerach i kopać kopytami w namiot poczuliśmy się trochę zagrożeni ;-) Tym razem zmuszeni byliśmy wyjść naprzeciw przysłowia „ Z koniem kopać się nie będę ”, chwycić co było pod ręką i je przepłoszyć gdyż istniało spore ryzyko że następnym razem przegalopują po namiotach, w których spaliśmy. Nad ranem zastała nas burza z piorunami więc musieliśmy szybko złożyć namioty i ruszać dalej w trasę. Tym razem kierowaliśmy się dalej na wschód do przepięknej krainy – Omalo mijając po drodze przepiękne górskie jezioro Ananouri. Jest to dostępny jedynie przez 3 miesiące w roku, położony za przełęczą Abano (2936 m.n.p.m) teren Tuszetii . Do Omalo prowadzi tylko jedna droga w znacznej części wykuta w górskich zboczach. Co jakiś czas napotykaliśmy na pamiątkowe tabliczki, poświęcone ludziom, których pochłonęły góry. Mimo, że znajdowaliśmy się na prawie 3 tyś. metrów, miejscami miało się wrażenie, że trasa jest równie trudna jak w Himalajach.


Po przekroczeniu bramy Tuszetii (przełęczy Abano), odnieśliśmy wrażenie cofnięcie się w czasie, krajobraz wyglądał, jakby nie zmienił się co najmniej od kliku tyś. lat, zielone wzgórza, ośnieżone szczyty, rwące górskie potoki, szybujące orły, czy dzikie konie. Tuszetia z racji swojego trudnodostępnego położenia jeszcze przez długi czas nie zostanie zniszczona przez człowieka, jest to region Gruzji, do którego pragnie się wracać. Po wyczerpujących podjazdach i zjazdach postanowiliśmy spędzić noc w Omalo, w miejscowym „guest housie”. Nocą mieliśmy przyjemność obserwować niespotykaną ilość gwiazd na niebie oraz drogę mleczną, ponieważ niebo w tym regionie nie jest zanieczyszczone przez światło. Rano po śniadaniu składającym się z czaczapuri oraz bakłażanów, odbyliśmy szybkim zwiedzaniu Omalo i wyruszyliśmy w drogę, bowiem czekała nas ciężka podróż powrotna z tej magicznej krainy. Podróż do Omalo, była naszym rekordem wyprawy, ponieważ w 52 godziny przejechaliśmy 137 km po górach, pokonując ponad 4500 metrów przewyższenia. Co ciekawe ludzie, których spotykaliśmy na trasie, to w większości Polacy – naród stale poszukujący przygód.


Po wyjechaniu z gór Kaukazu, w pobliskiej wiosce, mieliśmy kolejna niezapomnianą przygodę, ponieważ na noc przyjęła nas Gruzińska rodzina, która z okazji naszego przybycia zorganizowała Suprę – Gruzińską ucztę. Supra, dała nam równie mocno w kość, co góry Kaukazu, następnego dnia zmuszeni byliśmy podróżować Marszrutką, bowiem nikt nie był w stanie sprawnie pedałować...Oczywiście ze względu na bardzo górzysty teren;-) Po zwiedzaniu Kazbegi i Omalo, przejechaliśmy Marszrutkami ponad 400 km., ze wschodu Gruzji na zachód, aby rozpocząć podróż do kolejnego urokliwego miejsca w zachodniej cześć Kaukazu – Uszguli, wioski leżącej u stóp góry Szchary (5068 m n.p.m.). Podróż do tego miejsca najczęściej zaczyna się w stolicy regionu Svaneti– Mesti. Miasta, które zachwyca swym urokiem nawet najbardziej wybrednych trekerów ;-) Już sama podróż do tego miejsca przyprawia o dreszcze, gdy na wąskiej drodze niezabezpieczonej żadnymi barierkami, metr od przepaści mijają się dwie ciężarówki, którym mijankę urozmaicają spadające z góry kamienie tłukąc przednie szyby na potęgę. Takich zakrętów po drodze jest naprawdę sporo więc aviomarin będzie tutaj zbawienny niczym szklanki wody na pustyni. Po dotarciu na miejsce byliśmy naprawdę miło zaskoczeni ogólną kondycją miasta. Standardem i czystością zdawało się przypominać zachodnioeuropejskie górskie miejscowości, lecz w naszym odczuciu klimat jest tutaj znacznie przyjemniejszy mimo coraz większej popularności i narastającej komercjalizacji miasta. Po szybkim posiłku zapakowaliśmy nasze opuchnięte pośladki na siodełka i zaczęliśmy pedałować w kierunku oddalonego o 45km Uszguli. Szybko zapadający zmrok zmusił nas do zatrzymania się po 30km podjazdu w małej wioski o tajemniczej nazwie Veninischi . Był to jeden z najmilej przez nas wspominanych wieczorów gdyż tą noc spędziliśmy u przemiłych choć lekko „uczaczowanych” 70 procentową czaczą Gruzinów, którzy przywitali nas dosłownie mlekiem i miodem. Była to rodzina spędzająca wakacje w Svaneti, a na co dzień mieszkająca w Tbilisi. Z pośród ok 8 osób zamieszkujących tą gościnną mieszczącą się na zboczu góry chatkę jedynie 12 letnia Elene mówiła w języku angielskim i służyła za tłumacza co z resztą bardzo dobrze jej wychodziło. Spędziliśmy razem cały wieczór podziwiając domowy proces wytwarzania serów i innych przysmaków, którymi gospodarze co chwilę nas częstowali.


Rano, po równie smacznym co kolacja śniadaniu musieliśmy ruszać w dalszą podróż do Uszguli. Choć od celu dzieliło nas zaledwie kilkanaście kilometrów, trzeba było trochę popedałować pod górkę gdzie z każdym kilometrem sakwy zdawały się przybierać na masie wraz z wysokością…. Po drodze oczywiście napotkaliśmy kilku Polaków maszerujących do Mestii co już nas w ogóle nie dziwiło choć każde usłyszane polskie słowo sprawiało, że na naszych twarzach automatycznie pojawiał się uśmiech. Trasa choć nie najłatwiejsza minęła dość szybko. Mieliśmy więc sporo czasu by na spokojnie podziwiać jeden z najstarszych rejonów Gruzji w którym klimat jest naprawdę wyjątkowy. Wieczór minął w towarzystwie lokalnych trunków, które znacznie pomagały nam zrozumieć gruziński klimat i ustalić plan na kolejne dni.


Poranek w Uszguli przywitał nas bezchmurnym niebem i wyłaniającym się z nad śnieżnobiałych szczytów słońcem.

Był to bez wątpienia dzień, w którym pogoda była dla nas najbardziej sprzyjająca. Idealna temperatura i bardzo dobra widoczność sprawiała, że wszystkie trudy dotychczasowej podróży odeszły w niepamięć . Po kilku godzinach dotarliśmy do najwyższej w tym rejonie przełęczy Zagaro (2623 m.n.p.m) gdzie której mieliśmy doskonały punkt obserwacyjny na otaczające nas góry, których widok zapierał dech w piersiach. Z przełęczy czekał nas bardzo dłuuuugi i wyboisty zjazd w kierunku Kutaisi. Po pierwszych 50km , gdy nasze wszystkie stawy nadawały się do renowacji więc postanowiliśmy zatrzymać się w pierwszej cywilizowanej wiosce aby spędzić tam noc. Zatrzymaliśmy się w gest housie należącym do właścicielki sklepu, która zaraz po przyjęciu nas do siebie zarekwirowała nasze sfatygowane podróżą ciuchy w celu ich uprania.. tak, my też byliśmy zaskoczeni że ktoś może czerpać przyjemność z takiej formy pomocy ale tacy właśnie są Gruzini. Podczas pobytu gest housie zaprzyjaźniliśmy się z psem właścicielki, który ponoć kilka dni wcześniej przybył z gór Kaukazu. Pies ten zasługuje na obszerniejszy opis w tej relacji gdyż nikt z nas nie widział tak ogromnego poświęcenia jakim okazał się wykazać ów pies.


Kolejnego dnia po spakowaniu upranych i pachnących świeżością na kilometr ciuchów, ruszyliśmy w trasę. Cel: Kanion Martvilii oddalony o 90km. Wiedzieliśmy, że zarówno Gruzini jak ich zwierzęta ze smutkiem żegnają swoich gości nie mniej jednak nie spodziewaliśmy się, że pies właścicielki zapragnie odprowadzić nas przez…40km. Po przebiegnięciu, których wcale nie miał mniejszej ochoty za nami biec, lecz w trosce o jego zdrowie i życie musieliśmy go „zawrócić” ponieważ budził ogromną ciekawość napotkanych po drodze owczarków Kaukaskich, które chciały go najzwyczajniej w świecie pożreć. Rozstanie nie było decyzją naj łatwiejszą lecz konieczną. Po niezliczonch podjazdach i zjazdach dotarliśmy do miejscowości Martvilli, gdzie spotkaliśmy się po raz kolejny z niesamowitą gościnnością i dobroczynnością Gruzinów – lecz tym razem ze strony stróżów prawa. W ogóle policja Gruzińska wydaje się być najbardziej szanowną jednostką w kraju i chyba faktycznie taką jest. Wiąże się to z rewolucją przeprowadzoną kilka lat temu w jej strukturach. Od tamtej pory pojęcie skorumpowany policjant odszedł w zapomnienie i naprawdę lepiej nie próbować czegokolwiek załatwić w ten sposób, a z resztą nie sądzę by w ogóle była taka potrzeba. Jeśli naprawdę czegoś potrzebujemy lub mamy problem to spokojnie można się z tym udać na policję i jestem przekonany, że zawsze pomogą ;-)
My na przykład nie byliśmy w stanie udźwignąć arbuzów oraz wina do wieczornego świętowania.. nie było więc problemu aby ekwipunek wrzucić na policyjnego pick up’a i być odeskortowanym na sygnale do obozowiska przy kanionie gdzie jeden z policjantów do rana pilnował aby nikomu nie przyszło do głowy nam przeszkadzać. Nie jesteśmy z pokolenia JP lecz trudno mi sobie wyobrazić podobną sytuację w Polsce z udziałem polskich stróżów prawa.


Ranem udaliśmy się na test wytrzymałości i nośności pontonów pływających po kanionie, bo jak można nazwać pływanie w 7 osób w 3 osobowym pontonie? Na szczęście głębokość kanionu nie przekraczała 1,5m więc nie groziło nam zatonięcie rodem z Titanica stąd też zdecydowaliśmy się podjąć ryzyko.


Podsumowując zgodnie stwierdzamy, że Gruzja jest krajem do którego warto wracać. Słynna gruzińska gościnność faktycznie daje o sobie znać lecz raczej na terenach górskich małych wiosek niż w dużych miastach typu Tbilisi i człowiek może się tu czuć naprawdę bezpiecznie. Szczególnie polecamy ją ludziom, którzy cenią sobie piękne surowe widoki gór oraz bliskość przyrody, zwierząt itp. Godna polecenia jest także dość specyficzna aczkolwiek bardzo smaczna kuchnia gruzińska, której mieliśmy przyjemność kosztować kilka razy dziennie ;-) Na pewno pomocna okaże się znajomość języka rosyjskiego gdyż da się zaobserwować obecność wpływów radzieckich choć Gruzja supportowana przez USA z każdym dniem stara się od nich odciąć…


PODSUMOWANIE TRASY:
670km na rowerze;
12 000 m przewyższenia
Odwiedzone rejony: Svanetia, Tuszetia, Kachetia, Adżaria

Czas: 13 dni
145 kg wspomnień na głowę ;-)

PO RAZ KOLEJNY DZIĘKUJEMY FIRMIE KELLYS Z OŁAWY ZA UDOSTĘPNIENIE ROWERÓW NA CZAS WYPRAWY! SPISAŁY SIĘ NAKOMICIE!

Dodano: 2016-01-19

Autor: Tekst: Mateusz Kotwicki

Tagi: wakacje na rowerze, gruzja

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Niejasna przyszłość roweru

Nowy wymiar treningu

Moc „ludzi z żelaza”

Młodzi gniewni polskiego XC… rok później