860 km szlaków, 30 tras i Ernest Hemingway
Obiecałem, że napiszę i oto jest. Ale nie dla kogoś tam - dla siebie. Dlaczego? Ponieważ pisanie o jeździe na rowerze pozwala na nowo przeżyć te same przygody, pogadać z tymi samymi ludźmi, złapać gumę, dachować czy wychylić kufelek piwa po całym dniu. Jest prawie takie jak oglądanie zdjęć, choć nie pobudza tak bardzo wyobraźni jak te małe symbole zwane literami stawiane obok siebie. A jeśli się te dwa media połączy?
W zeszłym roku pisałem o Słowenii. Relacja na stronach www bikeBoardu w dziale turystyka pt. Odkrijte neodkritih. Teraz celem naszej podróży była Austria. Dlaczego Austria? Ponieważ prędzej czy później i tak byśmy tam pojechali. To jedno z miejsc - a będzie ich jeszcze wiele. Jedynym ograniczeniem była nasza wyobraźnia, która tym razem skierowała nas do Montafon i głównego miasta tej części Austrii a mianowicie Schruns.
Powitała nas noc, austriacka noc. Pachniała górami, deszczem ale przede wszystkim przygodą dnia kolejnego.

Schruns to małe miasteczko, leżące nad rzeką Litz, w którym urodzili się Anita Wachter i Rainer Salzgeber oraz mieszkał Ernest Hemingway, kiedy przyjeżdżał na narty w Alpy. Schruns znajduje się w najbardziej wysuniętej na zachód alpejskiej części Austrii w dolinie Montafon. Według najnowszych danych ma 3663 mieszkańców. Położenie 690 nad poziomem morza sprawia, że te okolice są szczególnie popularne wśród fanów narciarstwa w zimie i jazdy na rowerze, wędrówek oraz wspinaczek górskich kiedy biała pokrywa śniegu robi miejsce zielonym trawiastym dywanom. Obecnie Schruns znane jest również z corocznego Montafon Moutainbike Marathon odbywającego się w lipcu, którego najbardziej ekstremalna trasa ma 120 km i 4200 przewyższeń (uff - na samą myśl)

Każdy dzień to nowe wyzwanie, nowa przygoda. Trzydzieści tras otaczających Schruns to crème de la crème oczekiwań każdego mountain bikera pod każdym względem - wytrzymałościowym, technicznym, turystycznym i widokowym.

Kristberg - rozpoznanie i kufelek czegoś lokalnego
Day One - zaplanowany lekki rozruch a zarazem pierwsze spotkanie z Alpami - 1335 m przewyższeń, 44 km. Właścicielka pensjonatu, w którym się zatrzymaliśmy, po zerknięciu na mapę wyprawy, każda trasa ma osobną, kolorową mapę, radzi żeby jechać w przeciwnym kierunku. Dlaczego? You will see. Po około 25 km podjazdu, głównie szutrówkami dojeżdżamy na Kristberg, około 1400 m n.p.m. Trzeba uczćić ten pierwszy pot wylany w tej części Alp. Jak na życzenie pojawia się lokalny Gasthaus. Kolejne 20 km to zjazd ale głownie asfaltem - podjazd od tej strony w temperaturze ok. 30 stopni byłby niewątpliwie inny.

Alpejskie krowy i takie tam
Day Two - trasa zaplanowana już dzień wcześniej - Sonnenkopf - 60 km.
Wyruszamy ze Schruns w kierunku Silbertal. Początkowy asfalt zmienia się w wygodną drogę szutrową. Widoki niesamowite po prawej jak i po lewej. Ale widoki to taki pewnik w tym miejscu jak dźwięk dzwonków noszonych przez alpejskie krowy, których wszędzie tu pełno. Czasami wchodzą na szlak uniemożliwiając przejazd. Po drodze mijamy ludzi mknących na rowerach ale jeszcze więcej piechurów. Wszyscy nas pozdrawiają - Grüß Gott. Na samym szczycie - prawie 1900 m n.p.m. - znajdujemy coś na wzór gospody, bardzo prymitywnej, nasz SANEPID zamknął by to miejsce bez chwili wahania. Na zewnątrz proste drewniane ławy, pełne ludzi zajadających się lokalnymi specjałem - serem popijanym mlekiem. Nie skusimy się, mamy jeszcze do przejechania drugą część trasy. Nieco powyżej miejsc przez które przejeżdżamy widać śnieg. Ale atrakcje tej temperatury dopiero przed nami.

1000 metrów normy i singletraile
Day Three - Frau pyta czy plan wyprawy się nie zmienił. Nie - trasa numer 17 - typowa widokówka. Ale czy aby na pewno...? Nikt nie sprawdził skąd zaczynamy. Tym razem zaczynamy z miejscowości Bartholomäberg tuż obok Schruns kierunek Sonnenbalkon des Montafons. O tym, że to 1000 m w górę od miejsca z którego zaczynamy nikt nie wie ale przekonają się. Dojeżdżamy do Alpe Latons - prawdziwe Alpe Balkon około 1800 m n.p.m.. Teraz w dół przefajnym technicznym singletrackiem, choć tu mówią singletrailem, w kierunku Falla. Jest gdzie jechać, kamienie, korzenie i cały czas w dół. Kilka razy zsiadamy nie da rady jechać, przynajmniej na naszych bikach. Zaprzyjaźniony po drodze Niemiec na fullu i daje radę tam gdzie my nie. Spotykamy się kilka razy jeszcze, wspólna fota i dalej w dół. Wodę można nabrać w krystalicznie czystych potokach a tu i ówdzie można podjeść alpejskich poziomek czy borówek. Poranne 1000 m do góry tylko śmiga w uszach. How was it? Pyta nasza gospodyni po naszym powrocie do domu. No cóż - była jazda, rzec by można. Zmieniamy kilka słów na temat następnego dnia. Frau radzi by najpierw zadzwonić i upewnić się czy trasa jest przejezdna. Parę dni temu padał śnieg i może się okazać, że trzeba będzie pokręcić w niższych partiach gór. A może lepiej nie dzwonić ...

A świstaki nam z ręki jadły
Day Four - ma numer 13, około 2300 m n.p.m., 65 km i kolor czarny pomieszany z niebieskim, po raz pierwszy. Ciekawe dlaczego? Tak do końca nikt nie wie co to wszystko oznacza. Wszyscy wstają wcześnie i zabierają się do przygotowania śniadania jakby czując, że się przyda. Artek rules - jak zwykle. Wyjeżdżamy wcześniej niż zwykle i jedziemy do St Gallenkirch, Pertenen i dalej do Ganifer. Jest prawie płasko a nasz szlak biegnie wzdłuż głównej drogi w tym samym kierunku. Jesteśmy w bezpiecznej odległości od spalin, rozgrzanego asfaltu i hałasu. Jak to ktoś super pomyślał. Od Ganifer zaczynamy podjazd szutrówką i dalej singletarckiem - jakiś 900 m na odcinku 10 km. A kiedyś ktoś mnie zapytał po co mi tyle przerzutek w rowerze :-) Linia lasu już dawno za nami. Kosodrzewina, trawa i nagie skały. Oprócz piechurów i innych bikerów mamy nowych towarzyszy - świstaki. Albo zaglądają ze swoich nerek albo bezczelnie przebiegają obok nas. "A świstaki to nam z ręki jadły" - będzie co wspominać. Podjeżdżamy pod Heilbronner Hūtte, nie podjeżdżamy - prowadzimy. Wokół nas pełno śniegu. Rzut oka na licznik - 2344 m n.p.m.. Przed nami już tylko powrót a podobno powroty są najpiękniejsze. No ale nie ten. Nasz szlak zmienia się w wodno-błotnisto-śnieżną ścieżkę o coraz większym nachyleniu. Na mapie nasza trasa w tym miejscu oznaczona jest jako singletrack no i jest tutaj jego definicją. Nie jedziemy tylko prowadzimy ponieważ nachylenie jest zbyt duże ale droga naszpikowna kamieniami w każdym możliwym rozmiarze. Mijamy tragarzy nosiących rowery do góry. Kiedy tylko to możliwe zjeżdżamy. Rzut oka na mapę - teraz nasz trasa ma kolor niebieski co oznacza, że rowery trzeba nieść. Przez pewien odcinek jedziemy ale następne kilka kilometrów rowery w dłoń, choć bardziej na szyję i naprzód. Pokonujemy torfowisko, potoki i coraz większe skały. Nie możemy odpoczywać zbyt długo bo nie wiemy gdzie jesteśmy ani ile to jeszcze potrwa. Po głowie zaczynają chodzić różne myśli. Musimy iść naprzód. Na horyzoncie wyłania się zarys chaty pasterskiej. Po chwili dostrzegamy alpejskie krowy i początek szlaku. W końcu. Teraz mkniemy już tylko w dół przez najbliższe 20 km. Mijamy Silbertal i inne miejsca, które brzmią wręcz rodzinnie. W końcu Schruns.

Inna perspektywa
Day Five - bez rowerów - oddajemy się pieszej wędrówce po okolicy tak jak tysiące ludzi przyjeżdżających tu wakacje. Wszystko wyglądają zupełnie inaczej z perspektywy piechura.


Dlaczego
Góry wokół Schruns przeciągają o każdej porze dnia. O poranku są jak alpejskie śniadanie, które kusi tuż po przebudzenie kolorem, zapachem i teksturą. W południe to mozaika skąpanych w słońcu i zacienionych przestrzeni. Wieczorem z kolei to uczta świateł zapalnych w domach, zachodzącego słońca i widocznych w oddali majestatycznych kształtów. To miejsce dla siedmio i siedemdziesięciolatków. To miejsce to niezobowiązująca definicja kolarstwa MTB, w którym każdy zaspokoi swoje potrzeby. Profesjonaliści znajdą trasy maratonów, które dostarczają wyzwań z najwyższej półki jak M3 Montafon Moutain Bike Marathon. Ci mniej wytrawni zabawią się na szlakach dostosowanych do ich możliwości a rodziny znajdą tu czas aby spędzić czas razem o przy tej okazji przekręcić parę kilometrów. Jednocześnie wszyscy będą oczarowani malowniczością tego zakątka, gościnnością ludzi i jakością a jednocześnie prostotą pewnych rozwiązań. 860 km szlaków dla bikerów, 30 tras oznaczonych kolorem szarym, czerwonym lub czarnym w zależności od stopnia trudności, darmowe mapy i materiały, tracki GPS, wyprawy z wykwalifikowanymi przewodnikami, śnieg alpejskie krowy, zielone łąki i wiele innych to w przybliżeniu krajobraz Schruns i okolicy. Prawdziwa przygoda.

Dodano: 2014-01-07

Autor: Tekst i zdjęcia: Robert Oliwa

Tagi: wakacje na rowerze, turystyczny

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Internet trenażerów

Szosowe opony na zimę

Polskie etapówki

Azory