Kiedy sierpniowym popołudniem przyjaciel zadzwonił do mnie z prośbą o pomoc w przygotowaniu sprzętu na wyprawę do Tybetu, bez specjalnych emocji zabrałem się do pracy. Dwumiesięczna córka, napięty budżet i dopiero rozkręcający się sklep rowerowy oznaczały chwilowe uziemienie. Tymczasem w domu żona spojrzała na mnie ze zdziwieniem i zapytała - A ty co? Nie jedziesz?! Dwa tygodnie później dziewczyny eksplorowały już wyspy Pacyfiku, a nasz targany turbulencjami samolot lądował na Dachu Świata. Uziemienie i budżet diabli wzięli…

Pomimo wczesnej pory, ulice Lhasy tętniły gwarem. U wrót świątyni Jokhang kłębił się tłum pielgrzymów przybyłych z wszystkich zakątków kraju, przy gęsto ustawionych straganach sprzedawcy owoców, kolorowych tkanin i półszlachetnych kamieni zachwalali swój towar, a gromadki rozbawionych dzieciaków buszowały po podwórkach. Tylko czerwona flaga powiewająca na szczycie pałacu Potala przypominała, że sytuacja w kraju daleka jest od normalności. W wyniku trwającej od ponad pięćdziesięciu lat okupacji, znaczna część kulturowego dziedzictwa Tybetu uległa zniszczeniu, a sposób życia jego mieszkańców zmienił się bezpowrotnie. Zbliżające się igrzyska olimpijskie nadały kolonizacji nowego tempa. Wiodąca z Lhasy do Katmandu słynna Droga Przyjaźni wkrótce miała być w całości utwardzona. Na domiar złego, do czasu ukończenia prac najciekawszy, południowy fragment trasy został całkowicie zamknięty dla turystów. Wiadomość tę przyjęliśmy z niezachwianym spokojem, uznając, że sposób na chińskich służbistów na pewno się znajdzie, a przynajmniej ruch samochodowy będzie niewielki. Istotnie, wspinaczka na przełęcz Kampa upłynąć miała w niemal zupełnej samotności.

Czasami dech zapierało w piersiach...
I to nie tylko z powodu pięknych i rozległych widoczków. Jak się okazało, dotarcie na rowerze tam, gdzie ciśnienie spada poniżej 462 mm Hg to nie przelewki. Mozolnie pokonując kilkukilometrową różnicę poziomów zastanawiałem się, po jakie licho zdecydowałem się jechać na bike’u zbudowanym dwa lata wcześniej do walki z australijską pustynią*. Monstrualnych rozmiarów opony czyniły go królem bezdroży, jednak powyżej czterech tysięcy metrów każdy gram masy rotowanej zdawał się ważyć tonę. Zawroty głowy, nudności i permanentne uczucie niedotlenienia kazały z kolei zwątpić w skuteczność zaledwie trzydniowej aklimatyzacji. Wszystko to przestało mieć jednak znaczenie, kiedy po czterech godzinach pedałowania stanąłem wreszcie na wierzchołku. Przede mną roztaczał widok na gigantyczne jezioro Yamdrok. Daleko na horyzoncie w jego szmaragdowej tafli przeglądały się obsypane śniegiem górskie szczyty. Sumy szczęścia dopełniała trawersująca zbocze wąska ścieżka, która przy odrobinie szczęścia mogła stanowić alternatywę dla głównej drogi. Jako że nawet najdokładniejsze mapy Tybetu mają charakter raczej poglądowy, był tylko jeden sposób na potwierdzenie naszych przypuszczeń. Późnym wieczorem resztkami sił dowlekliśmy się z powrotem do szosy, tylko po to, by stanąć przed blokującym przejazd szlabanem. Strzegący go Tybetańczycy okazali się nad wyraz mili. Udzielono nam nie tylko zgody na przejazd, ale i gościny w mroźną noc. Dowiedzieliśmy się także, że prawdziwą przeszkodą będzie oddalony o kilkanaście kilometrów chiński punkt kontrolny. Realnie oceniając nasze mizerne zdolności negocjacyjne, na kilka godzin przed świtem prześlizgnęliśmy się obok posterunku i nie niepokojeni przez kogokolwiek kontynuowaliśmy jazdę w kierunku przełęczy Karo. Chociaż w drodze na szczyt wysokościomierz lekko przekroczył magiczną granicę 5000 metrów, czułem, że rozpaczliwa adaptacja organizmu do nowych warunków zaczyna wreszcie przynosić pozytywne efekty. Niestety, nie wszyscy mieli tyle szczęścia. O świcie jeden ze współtowarzyszy zaczął uskarżać się na osłabienie i silny ból głowy. Kilka godzin później stan chorego dramatycznie się pogorszył. Na pokładzie terenowego Landcruisera przetransportowaliśmy go do szpitala w mieście Gyantse. Miejscowy lekarz, nie wyjmując papierosa z ust, stwierdził udar spowodowany zatorem krwi w mózgu. Po burzliwej dyskusji (i wręczeniu odpowiedniej łapówki) sanitariusze zgodzili się zabrać Rogera do Lhasy, skąd kilka dni później mogła nastąpić lotnicza ewakuacja do specjalistycznego szpitala w Hongkongu. Upewniwszy się, że przyjaciel znalazł się pod właściwą opieką, zdecydowaliśmy się kontynuować wyprawę.

Dodano: 2012-03-05

Autor: Tekst i zdjęcia: Jakub Postrzygacz

Tagi: wyprawa rowerowa

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Eagle???

Merida Big.Nine 6000 i Big.Nine 800

Kross Level 13.0

Kolarz - cukrzyk

Karpaty w trzech aktach