Od relacji opisujących przejazd rowerem wzdłuż wybrzeża polskiego aż się roi. Zastanawia mnie tylko, skąd uczestnikom takich imprez wyskakują potem na licznikach dystanse rzędu 630-750 km?* Wiecie dlaczego? Bo nie znając dobrze tematu, omijają najciekawsze alternatywy przejazdu i te fragmenty, które z różnych względów wydają się nieprzejezdne. W rzeczywistości znacznie częściej możliwe jest poruszanie się w bezpośredniej bliskości morza. Nam stuknęły 462 km - od granicy do granicy.

Długość polskiego wybrzeża oficjalnie mierzona jest od wschodu w kierunku zachodnim. Podobnie jak ma to miejsce przy ważniejszych drogach, również i tu, na całej rozciągłości naszej granicy lądowej znajdują się słupki kilometrowe (z pominięciem Półwyspu Helskiego). Na Mierzei Wiślanej, cztery kilometry za ostatnią miejscowością (wieś Piaski), na niewielkim wydmowym wzniesieniu wetknięte w piasek stoi oznaczenie z tabliczką o numerze 000. Tam jednak nie dojedziemy, bo szlaban ustawiony został 400 m przed właściwą granicą...

W tempie bryzy
Początkowo korciło nas, aby w ten długi rowerowy rejs, zgodnie z pewną matematyczno-geografi czną prawidłowością, wyruszyć właśnie stamtąd. Względy praktyczne podyktowały jednak rozwiązanie zupełnie odwrotne. O wszystkim zdecydował przeważający nad Bałtykiem kierunek wiatrów. Ostatecznie żagle postawiliśmy na plaży między zachodnią częścią Świnoujścia a niemieckim Ahlbeckiem przy słupku kilometrażowym o wartości 428 130** dokładnie tam, gdzie przechodzi zachodnia granica państwa. Dopingowani przeczuciem, że na wschodzie musi być jakaś cywilizacja, ruszaliśmy ku słońcu i rozlicznym przygodom. Podstawowe założenia naszej eskapady: żadnego robienia kilometrów i bicia rekordów, zero napinania się z dziennymi dystansami! Jedyną naszą ambicją było unikanie zatłoczonych miejsc oraz takie wytyczanie trasy, by wyciskała z nadmorskiego pasa to, co tam najciekawsze. Zamiast gonić na złamanie karku objeżdżając co bardziej interesujące fragmenty po szosach, staraliśmy się wynajdywać terenowe alternatywy. Korciły nas wszelkie tajemne i znane chyba tylko miejscowym przesmyki, ścieżki i mierzeje.
Pod uwagę braliśmy nie tylko turystyczne atrakcje (zabytki, stare cmentarze, ruiny, ciekawostki przyrodnicze, widoczki itp.), ale także, jak to ma miejsce w trakcie górskich wędrowerówek - charakter samej drogi. Jeśli akurat wyjątkowo interesująco na danym odcinku zapowiadał się przejazd bezpośrednio plażą, to wybieraliśmy ten wariant. Ale bywało i tak, że odbijaliśmy nieco w głąb lądu pozostawiając na moment szum morza na rzecz czegoś nowego, innego... Kolejnym razem najciekawszą opcją wydawał się przejazd ścieżką po koronie klifu. Zresztą bliżej o tym wszystkim napiszę za chwilę. Muszę jednak podkreślić fakt, że nasze wybrzeże znam dość dobrze. W końcu stamtąd pochodzę i nieraz miałem okazję pokonywać tą trasę. Także zimą! Dlatego też jestem w stanie zaproponować znacznie więcej ciekawych opcji przejazdu wzdłuż wybrzeża niż przedstawiają w licznych relacjach przybysze z dalszych stron. A, byłbym zapomniał o najważniejszym. Zawsze, niezależnie od obranej trasy, starliśmy się odwiedzać latarnie morskie.
Po pełen tekst artykułu zapraszamy do papierowego wydania bikeBoard 7/2010 (gdzie kupić).
Poniżej natomiast zamieszczamy szereg szczegółowych informacji, dla których nie starczyło miejsca w wydaniu papierowym. Opatrzyliśmy je obszerną porcją dodatkowych zdjęć z tej wyprawy. Znajdziecie także odsyłacze do podobnych relacji, które ukazały się na łamach bB.

Dodano: 2010-07-26

Autor: Tekst i zdjęcia: Dominika Skonieczna, Daniel Klawczyński

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Internet trenażerów

Szosowe opony na zimę

Polskie etapówki

Azory