Wyciągam z regału mocno sfatygowaną i oklejoną taśmą mapę – znak, że często z niej korzystamy. Nic dziwnego bo dotyczy Roztocza, na które, choć dość odległe od miejsca naszego zamieszkania, bardzo chętnie i regularnie zaglądamy. Wątków i atrakcji, o które można by się znienacka potknąć i zadziwić, nigdy tutaj nie brakuje, dlatego trudno się nim znudzić. Inspiracją do kolejnego wypadu na wchód jest pas radzieckich fortyfikacji granicznych - fragment tzw. linii Mołotowa.

Zawsze, gdy tu przyjeżdżam dopada mnie uczucie lekkiej melancholii. Tęsknota za czymś co minęło, a czego ślady widać na każdym kroku. Osobliwy, zdziczały charakter tej krainy ukształtowały tragiczne dzieje. Miejsce tętniące niegdyś życiem zamieniło się w jedno z najrzadziej zamieszkanych w kraju. Obecnie średnia gęstość zaludnienia waha się tutaj od 10 do 20 osób na kilometr kwadratowy. To mniej niż w Bieszczadach, a średnia krajowa to dla porównania 122 osoby/km². Dla poszukujących ciszy i spokoju oraz dziewiczych szlaków, gdzie nikt nie odcisnął śladu opon to niewątpliwie wielka zaleta.

Dez-orientacja w terenie
Trzeba jednak wiedzieć, że przed wybuchem II Wojny Światowej mieszkali tu obok siebie w zgodzie Polacy, Ukraińcy, Żydzi oraz Niemcy. Lecz żarna okrutnej historii mielące z nieubłaganą siłą odcisnęły swoje tragiczne piętno. Ziemia nasiąkła krwią, pozostały gorzkie blizny. Tam, gdzie ludzie nie potrafili żyć w zgodzie, tryumf odniosła przyroda. Odszukiwanie śladów opuszczonych wsi, z których w latach 1944-1947 usunięto ludność ukraińską, zarośniętych lasem cmentarzy, cerkwi i krzyży, a przede wszystkim potężnych bunkrów wspomnianej linii umocnień stanowi temat kolejnej naszej przygody na dwóch kółkach. Obszar zainteresowań - wspomniane bunkry i inne fortyfikacje mieszczą się w granicach jednego z trzech mezoregionów Roztocza, zwanym Roztoczem Rawskim, Wschodnim bądź też Południowym. Najciekawszy, bo przepełniony wszelkimi atrakcjami, nie tylko tymi historycznymi, wydaje się fragment między miastami Lubaczów – Horyniec Zdrój – Lubycza Królewska – Narol, który w znacznej mierze pokrywa się z granicami Południworoztoczańskiego Parku Krajobrazowego. Od wschodu teren potencjalnej eksploracji ogranicza granica państwa, chociaż jak wiadomo wyżyna ciągnie się dalej, aż po Lwów. Wątpię jednak, czy w trakcie trzydniowej wycieczki z siodełka zdążymy poznać choćby ten stosunkowo niewielki fragment po stronie polskiej. Z doświadczenia wiem, że podczas wcześniejszych wypadów po roztoczańskich wertepach, gdzie asfalt to raczej rzadkie zjawisko, a ukształtowanie terenu odznacza się sporym zafalowaniem wznosząc się w niektórych miejscach niemal na 400 m n.p.m., nie należy wcale do łatwych. Szerzej interesującą nas krainę opisywałem w artykule Od Kraśnika po Lwów... zamieszonym w nr 10/2010 bB.
Aby nie tracić cennego czasu, wyruszamy zaraz w piątek po pracy, by nocą dotrzeć do wschodnich rubieży i tam przenocować. W ten sposób mamy szansę zaatakować szlak jednośladami już rano następnego dnia. Tymczasem przygoda zaczyna się zanim jeszcze docieramy do celu. Gdzieś za Lubaczowem zasysa nas czarna dziura. Droga po kilku kilometrach urywa się w szczerym polu, a dookoła tylko ciemna jak smoła noc. Gdzie my jesteśmy? Mieliśmy dojechać do Horyńca Zdroju, a tkwimy na jakimś końcu świata! Zaprowadziła nas tam całkiem porządna i szeroka asfaltowa droga, na której końcu znajduje się szeroki asfaltowy plac. Niebieskie koguty i wizyta patrolu straży granicznej uświadomiły nam sytuację. Omyłkowo, zamiast do Horyńca, skręciliśmy na przygotowywane do otwarcia, nowo budowane przejście graniczne z Ukrainą. Zaczyna się całkiem wesoło! Dobrze chociaż, że nie próbowaliśmy przedzierać się dalej, bo sprawa skończyłaby się w... areszcie? Takie uroki Roztocza Wschodniego, które, abstrahując już od naszej przygody podczas podróży autem, nie należy do łatwych w nawigowaniu. Eksplorację tego terenu utrudnia brak wyraźnych punktów orientacyjnych, liczne naturalne przeszkody terenowe jak jary, bagniska, gęsta roślinność, wzgórza oraz odległość od siedzib ludzkich. Przygotujcie się dobrze zabierając odpowiednie mapy, kompas lub GPS, no i oczywiście odpowiedni zapas napojów oraz pożywienia. Są miejsca, gdzie nieprędko spotkacie spożywczak.

W kręgu tajemnic porosłych bluszczem
Startujemy ze stacji PKP w Horyńcu. Zaraz po minięciu sanatorium niebieskie oznaczenia szlaku (pieszego) nurkują na lewo w las zmuszając podążającego za nimi cyklistę do intensywnego operowania manetkami przełożeń. Ścieżka jest wąska, chłoszcze chwastami po łydkach i rzuca kłody pod koła (tu i tam leżą przewrócone pnie). Sprawia wrażenie jakbyśmy nagle znaleźli się daleko, daleko od cywilizacji, a przecież dopiero co wyjechaliśmy z całkiem gwarnego miasteczka. Szlaki Roztocza Rawskiego nie należą bowiem do zbyt uczęszczanych. Polno-leśnymi duktami staramy się dotrzeć w rejon Nowego Brusna, gdzie znajduje się najbliższe duże zgrupowanie bunkrów stanowiących jedynie niewielki wycinek ogromnego systemu fortyfikacji. Linia Mołotowa, tak ją dziś potocznie nazywamy, powstała po napaści na Polskę w 1939 r. gdy Hitler i Stalin podzielili zagarnięty łup (efekt Paktu Ribbentrop-Mołotow).
Sowieci obawiając się ewentualnej agresji III Rzeszy szybko przystąpili do umacniania nowej granicy. Powstało w sumie trzynaście rejonów umocnionych rozciągniętych wzdłuż całych rubieży między Niemcami i ZSRR - od Bałtyku aż po Rumunię. Do dziś zachowało się mnóstwo żelbetowych obiektów, rowów przeciwczołgowych, okopów itp. Prawie wszędzie są one pozbawione ochrony, niezagospodarowane, tylko w niewielu przypadkach oznaczone na mapach i zinwentaryzowane. Dlatego pół wieku od swojego powstania wciąż pełne są zagadek i tajemnic. Umocnienia z lat 1939-41 stanowią jeden z najmniej zbadanych śladów II wojny światowej. My chcemy poznać tylko niewielki wycinek tego ogromnego przedsięwzięcia, czyli Rawsko-Ruski Rejon Umocniony. Pośród malowniczych wzgórz, w romantycznej roztoczańskiej scenerii, ukrytych w zaroślach tkwi kilkadziesiąt potężnych obiektów. W sumie na całym tym odcinku (Uhnów - Horyniec) skończono budowę ponad 120 bunkrów. Ich tropienie i przeczesywanie dostarcza sporych emocji, zwłaszcza że wiele przez lata obrosło gąszczem roślinności i trudno je zlokalizować. Do niektórych drogi bronią zwoje klujących krzewów jeżyn. Prawie jakbyśmy się przedzierali przez kolczaste zasieki. Dostęp do części z nich pasjonaci militariów oznaczyli poprzez umieszczenie strzałek, lecz inne trudno jest zlokalizować nawet zaprawionym w bojach znawcom tematu. Mimo że posiadamy mapę z naniesionymi bunkrami, nie do wszystkich obiektów udaje się nam dotrzeć. A jednak warto się potrudzić, to świetna zabawa. Radzieckie schrony bojowe były jak na ówczesne lata majstersztykiem architektury fortecznej i do dziś budzą podziw. Bez latarki tam nie zaglądajcie, bo wiele z nich to konstrukcje wielopoziomowe, posiadające nawet własne studnie i różne zakamarki.

Dodano: 2012-10-11

Autor: Tekst i zdjęcia: Dominika Skonieczna, Daniel Klawczyński

Tagi: Roztocze

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

ROWEROWE PREZENTY

CO ZAKŁADAĆ ZIMĄ?

Kaski 2018

Cannondale Jekyll 3
Trek Roscoe 9
Giant Anthem Advanced 29er 1