Można się w niej zakochać albo znienawidzić. Innych opcji nie ma. Aby w niej przeżyć, trzeba mieć w sobie coś z niedźwiedzia - grube futro i twardy charakter. Przyda się też mocna głowa… bo podstawowe lekarstwo na tej szerokości geograficznej ma moc 40%. Ludzkie serca są tu jednak gorące i serdeczne, jakby na przekór surowej, bezlitosnej naturze. Północne krańce Syberii, Arktyka - czytaliście kiedyś o czymś takim w bB?!

Jesienna wycieczka za miasto
Siedząc wygodnie przed ekranem monitora oglądam nagranie z „wycieczki” rowerowej po rzece Noriłka. Płyta przebyła drogę ponad 6 tys. kilometrów, a wysłana została z miasta Norylsk, nieopodal którego powstał ten film. Nagranie mojego rosyjskiego kolegi pochodzi z połowy października, kiedy to w Polsce cieszymy się z najbardziej malowniczej i optymalnej do wycieczek rowerowych pory roku. Trwa złota polska jesień... Lecz na filmie nie ma tę-czy kolorów, tych wszystkich żółci, czerwieni, brązów. Widzę jedynie śnieżny krajobraz wyglądający jak lustrzane odbicie szarego, spowitego chmurami nieba. Jednolicie monotonny i nudny aż do bólu. Tylko dwa czarne punkciki kontrastują ze śniegiem niczym węgielki na twarzy bałwana. Punkciki poruszają się, żyją… jadą na rowerach! Dwóch w żaden sposób nie pasujących do tej scenerii rowerzystów przemierzało wzdłuż powierzchnię zamarzniętej rzeki. Szerszej niż nasza Wisła w swym dolnym biegu. Krótki dzień szybko się skończył i desperaci rozstawili namiot w tundrze u brzegu Noriłki. Widać jak w obfitych wyziewach pary przygotowują kolację. Nad głowami biwakujących rowerzystów widać polarną zorzę. Rankiem wszystko to, co pozostało poza śpiworem jest jak ze szkła: odzież, jedzenie, amortyzatory... Nie zamarzła tylko ta woda, którą włożyli do śpiwora. Ale to nie jakaś tam ekstremalna eskapada, a zaledwie weekendowa, jesienna wycieczka za miasto. Po rzece, bo szlaków rowerowych tam nie znajdziecie, a rzeki zimą stają się drogami, po których śmiało jeździć mogą nawet ciężarówki.

Romantika siewiera
Kilka lat temu, podczas rowerowych wojaży po Rosji otrzymałem od pewnego człowieka informacje, że w dalekich arktycznych rejonach tego kraju są fanatycy, którzy nie zrażeni klimatem zamiast płóz używają dwóch kółek, organizują nawet swój wiełoklub (klub rowerowy). Po powrocie zacząłem węszyć. Intrygowało mnie jak można być tak zdesperowanym, aby uprawiać kolarstwo w najsurowszych północnych zakątkach ziemi. Złapałem trop a informacja okazała się prawdziwa. Internet zbliża ludzi, pomógł mi nawiązać kontakt z Gerą (od rosyjskiego imienia German), który to właśnie zarażony rowerową pasją od swojego ojca próbuje popularyzować dwa kółka prawie trzysta kilometrów za kółkiem podbiegunowym!
Norylsk to dziwaczne miejsce. Dookoła rozpościera się świat arktycznej przyrody. Spośród innych dużych miast rosyjskiej dalekiej północy wyróżnia się przede wszystkim najwyższym stopniem odizolowania od reszty kraju i świata. Nie prowadzi tu żadna droga czy linia kolejowa, łącząca tę metropolię z resztą kraju. Przez większą część roku można dotrzeć tu jedynie samolotem, a latem także statkiem rzecznym do pobliskiej Dudinki. To jakby państwo w państwie (kontrola była bardziej szczegółowa niż przy przekraczaniu granicy państwowej). Pewnie dlatego słyszy się o nim niewiele. Ludzi przyciąga tu kasa, jaką można zarobić pracując w trudnych arktycznych warunkach. Inni pojawiają się tu uwiedzeni jak sami mawiają - romantikoj siewierara**. Podziałała i na mnie, bo wcześniej dwa razy udało mi się podróżować rowerem za kołem podbiegunowym - ale nigdy zimą. Kiedy wizja wyjazdu do podnóży półwyspu Tajmyr zaczynała nabierać realnych kształtów, na przeszkodzie stawały kolejne trudności. Jedną z nich, zasługującą na podkreślenie, był fakt, że miasto Norylsk jest „zamknięte” dla obcokrajowców - żeby się tam dostać trzeba posiadać specjalne zezwolenie. A pozwolenie w końcu załatwił mi na miejscu kolega z Rosji.

Piekielny mróz
Pas lotniska wyłonił się z wszechogarniającej bieli, gdy samolot lecący z Petersburga szykował się do lądowania. Kapitan oznajmił, że temperatura na zewnątrz wynosi -17o C. Po kontroli milicyjnej w porcie lotniczym wpadłem w szpony komitetu powitalnego, czyli Germana Borodina wraz z rodziną. Towarzyszył im także odbiorca ramy Giant, którą tachałem z Polski. Szalał z radości, kiedy ją ujrzał. Hałdy śniegu dookoła i szczypiący wszechobecny mróz sprawiały, że czułem jakbym wylądował na obcej planecie. Gdy wyruszałem z Polski była połowa kwietnia i o śniegu już nikt nie pamiętał, ba pojawiły się wyraźne zwiastuny nadchodzącej wiosny. Gdy poczułem Norylsk na własnej skórze w głowie zakołatały skojarzenia z obrazami piekła przedstawionymi w „Boskiej Komedii”.

Dla dokładnego rzeczy wyjaśnienia
Powiem: na suche przyszliśmy ugory.
Gdzie żadne ziele nie puści korzenia

Dante Alighieri

Obserwując rzeczywistość zza okien autobusu wiozącego nas z portu lotniczego próbowałem zrozumieć, jak w ogóle można tu żyć. Kto wpadł na pomysł, aby w Arktyce wybudować miasto? Kim są jego zaciekli mieszkańcy, jak radzą sobie z tak kosmicznie trudnymi warunkami? Bywa, że ulicami Norylska chadza tylko śnieżna zadymka. Ale życie jest uparte, i dla bogactw zgromadzonych po ziemią zniesie największe niewygody. Gdy mróz jest nie do zniesienia, życie chowa się przed studzącym krew potężnym mrozem wewnątrz budynków i pod ziemią. Gdy znaleźliśmy się w mieszkaniu Gery, chłopaki zabrali się do montowania roweru na bazie przywiezionej przeze mnie ramy, - a ja powoli odlatywałem - w ciepłym mieszkaniu poczułem piętno trudów podróży i sześciogodzinną różnicę w czasie. Test bika odbył się podobno jeszcze tego samego dnia.

Dodano: 2007-10-31

Autor: Daniel Klawczyński

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Internet trenażerów

Szosowe opony na zimę

Polskie etapówki

Azory