„Było ciepłe lato, choć…”, nie, zupełnie nie było tak, jak w pewnej znanej piosence o Agnieszce i wcale nie padało. Właściwie to było bardzo gorące lato i wcale nie padało. I to właśnie ta aura natchnęła nas pomysłem na przejażdżkę rowerową. Bo jeśli ciągle żar (zamiast wody) leje się z nieba to, o czym myśli przeciętny człowiek ? Tak. Oczywiście o wodzie. I za wodą postanowiliśmy podążać. Za dużą wodą…, czyli dążyć do morza. Tak powstał projekt „Może by nad MORZE…?”. Za cel główny obraliśmy Morze Adriatyckie w Chorwacji, zaś by droga nam się nie dłużyła, postanowiliśmy w każdym mijanym kraju odnaleźć jego ‘morze’. Bo nawet państwa, które nie posiadają dostępu do pełnoprawnego morza, mają wewnętrzne, śródlądowe, duże zbiorniki wodne, według definicji nazywane np.jeziorami, traktując je, jako swoje ‘morza’. I szlakiem tychże mórz postanowiliśmy wyruszyć.


Kraków pożegnał nas południowym upałem. Tak, naturalnie, mieliśmy zebrać się dużo wcześniej, już z samego ranka dopchać sakwy i ruszyć w trasę, ale…, ale u nas tak zawsze jest: plany, zwłaszcza i głównie te poranne plany ulegają samowolnemu rozluźnieniu i spowolnieniu. Dlatego też dopiero w drugiej połowie dnia zaczęliśmy nabijać pierwsze kilometry. Noc po pierwszym dniu jazdy spędziliśmy jeszcze na przestrzeniach naszego kraju, lokując się na miejscu biwakowym w Skawicy. Czekała na nas wielka wiata z szerokimi ławami do spania i niedogaszone ognisko, przy którym spędziliśmy pierwszy wieczór poza domem. Drugiego dnia, ciągle słonecznego, przekroczyliśmy granicę kraju w Chyżnem i wjechaliśmy na ziemie słowackie. U południowych sąsiadów naszym głównym celem była Liptowska Mara. To właśnie ten akwen, będąc dzięki swojej ogromnej objętości 360 milionów metrów sześciennych wody, największym sztucznym zbiornikiem wodnym (i zbiornikiem wodnym w ogóle) na Słowacji, jest najczęściej nazywany ‘słowackim morzem’. Zdobyliśmy pierwszy z celów - nasze pierwsze małe morze - trzeciego dnia przejażdżki. Piękno Liptowskiej Mary jest niepodważalne: strome zbocza górskie, schodzące prawie nad sam skraj wody, przejrzysta, choć o lekko słomianym zabarwieniu, woda oraz biała plaża z wielkich - tutaj zaskakująco obłych - kamieni przywoływała w wyobraźni najlepsze wzorce morskie: Morze Śródziemne i to, ku któremu się kierowaliśmy – Adriatyk. Daliśmy sobie kilka godzin na odpoczynek, rozkoszowanie się chwilami wolnymi od wtapiania się w rozmiękły od wysokiej temperatury asfalt, czas poświęcony na chłodzenie, moczenie i nawadnianie, a następnie ruszyliśmy dalej. Dalej na południe ku kolejnym ‘morzom’.


Trasa przez Słowację to ciągła walka z upałem, ciągłym wiatrem w twarz, podjazdami o nachyleniu kilkunastu stopni, wyciskającymi resztki potu z ciał i drogami w remoncie (lub też tuż przed remontem). Mieliśmy okazję podróżować po tarce pozostałej po zdartej nawierzchni, betonowej, spękanej autostradzie sprzed II wojny światowej, a także świeżo wylanym, przepięknym, niesamowicie lepiącym asfalcie o szerokości pasa startowego dla samolotów pasażerskich. Dużo różnych doświadczeń pozostało w nas z tych dni. I w przypadku tej ostatniej nawierzchni – na nas: tysiące małych, czarnych, grudkowatych piegów. Szóstego dnia pedałowania osiągnęliśmy Bratysławę. Zwiedziliśmy stare miasto, zachwyciliśmy się widokiem na miasto z tarasu przy zamku, zanurkowaliśmy w fontannie przed Pałacem Prezydenckim (przepraszamy tym samym Pana Prezydenta, ale kolejny dzień na piekącym, palącym słońcu i możliwość kolejnego udaru usprawiedliwiają nas i nasze niegodne postępowanie - zresztą, jeszcze niejednokrotnie nurkowaliśmy w różnych fontannach) i zjedliśmy kolorową pizzę urodzinową, ponieważ akurat tak się złożyło, że moje lata dopadły mnie nawet tutaj, choć miałem nadzieję, że udało mi się je zgubić na tych stromych, krętych słowackich dróżkach. Potem powoli pokręciliśmy w stronę granicy z Austrią.


Austria podarowała nam 2 dni wytchnienia od ciągłej skakanki góra – dół, a wielkie farmy wiatrowe zatrzymały na granicy nieprzychylne wiatry. Teraz mknęliśmy prostymi, gładkimi drogami, nie czując smagających po twarzach podmuchów. Jadąc w kierunku kolejnego punktu naszego morskiego projektu, Neusiedler See, czyli Jeziora Nezyderskiego, zagubiliśmy, kluczącą po okolicznych wsiach i miasteczkach, ścieżkę rowerową, która wyprowadziła nas w pole (a dokładniej: na pola) i tam porzuciła. Zmarnowaliśmy sporo czasu, nim odnaleźliśmy właściwy kierunek i dopiero w środku nocy trafiliśmy nad austriackie morze. Jest to bardzo ciekawy zbiornik wodny. Mimo że tylko w ¾ należy do Austrii – reszta leży na terenie Węgier, to i tak jest największym powierzchniowo akwenem tego kraju. Średnia jego głębokość wynosi niecały 1 metr, wody są lekko słone, a jego brzegi prawie w całości są porośnięte pasem trzciny pospolitej, którego szerokość osiąga miejscami 8 kilometrów (!). Jedyny odcinek brzegu wolny od niej, długości 2 kilometrów, leży w miejscowości Podersdorf, gdzie się udaliśmy. Długie, betonowe molo, z urokliwymi drewnianymi pomostami, odchodzącymi od niego oraz przepiękna, prawdziwie morska latarnia w barwach narodowych Austrii. W takim otoczeniu spędziliśmy nasz wypoczynkowy poranek nad austriackim morzem. Poranek, naturalnie, upalny…
A że droga do Wiednia nie przedstawiała się długą, zaplanowaliśmy wieczór spędzić w stolicy. Plan się powiódł. Objazd rowerami starego Wiednia, prawdziwie skrzącego bogactwem w promieniach zachodzącego powoli słońca i lody w Volksgarten (Ogrodzie Ludowym), jednym z najpiękniejszych parków w centrum stolicy, a będącym częścią cesarskiego Pałacu Hofburg, były zwieńczeniem tego dnia. W nocy udało się nam przedrzeć jeszcze przez kawałek Austrii, by już przed południem dnia następnego stanąć twardo wszystkimi czterema nogami i czterema kołami na ziemi węgierskiej.


Węgry, w tej fazie podróży, miały stanowić wyłącznie odcinek tranzytowy (wraz ze Słowenią), prowadzący nas ku Chorwacji i upragnionemu Morzu Adriatyckiemu. Ale warto wspomnieć, że to właśnie Węgry ofiarowały nam, jako pierwsze na trasie, cały dzień wiatru w plecy i to właśnie Węgry schłodziły, jako pierwsze nasze spieczone ciała przyjemnym, ciepłym, letnim deszczem, po którym, przed samym zachodem, jeszcze zdążyło na nas spojrzeć słońce. Może jest to lekko magiczne myślenie, ale czuć było, że wjechaliśmy na przyjazne ziemie, ziemie naszych Braci od szabli i szklanki.


W ciągu dwóch dni osiągnęliśmy granicę słoweńsko – chorwacką i od celu dzieliła nas już tylko szerokość jednego państwa. I to jakiego państwa… Chorwacji, gdzie ciągle świeci słońce i cały czas jest ciepło. Tak mówili… Niestety, to były tylko słowa. W rzeczywistości jak zachmurzyło się pierwszego wieczoru i zaczęło padać, to przez następne dni słońce przebiło się przez chmury kilka razy i w sumie kilkanaście godzin nie padało. Jazda składała się głównie z moknięcia i prób szybkiego podsuszenia się w różnych warunkach. Pod koniec etapu ‘przebijania się’ (żadne inne, lepiej oddające nasz wysiłek, słowo nie przychodzi mi do głowy) przez Chorwację mieliśmy już naprawdę niewiele rzeczy suchych, a zdecydowana większość nabierała powoli aromatu kiszonki. Chorwacja na zawsze już pozostanie w naszej pamięci, jako miejsce, gdzie słońca jest na lekarstwo, za to deszczu i wiatru – do woli. Do tego góry ciągnące się dziesiątkami kilometrów, pokryte gęstymi lasami, ale to tak gęstymi, że sama próba wejścia do tego lasu kończyła się, przynajmniej lekkimi, obrażeniami ciała. I to nawet wtedy, gdy ów las nie był zaminowany, a jeden dzień pedałowaliśmy przez taki właśnie region - pogranicze Chorwacji oraz Bośni i Hercegowiny, gdzie 20 lat temu toczyły się zażarte bratobójcze walki między narodami zamieszkującymi byłą Jugosławię, z poboczami dróg usianymi tablicami o zakazie wejścia gdziekolwiek z powodu obecności min.


Dopiero czwartego dnia niebo powoli stawało się coraz lżejsze, coraz jaśniejsze, a słońce docierało do nas z coraz większą śmiałością. Wypoczęci po nocy spędzonej na nieczynnym od lat przystanku autobusowym w zagubionej wśród gór wsi złożonej z 4 domów, gdzie schroniliśmy się, zaskoczeni przez kolejną nocną ulewą (chciałbym serdecznie podziękować chorwackiej Policji, która jechała do nas w samym środku nocy 20 kilometrów z najbliższego miasteczka, by dowiedzieć się, czy nic się nie stało, a następnie, po krótkiej wymianie zdań w życzliwiej atmosferze i życzeniach ‘dobrej nocy’ odjechać), ruszyliśmy w bój ostatni. Czuć było w powietrzu, że zbliżamy się do wybrzeża. I za którymś z kolei kilkukilometrowym podjazdem i kolejną tablicą, informującą o następnej zdobytej kilkusetmetrowej przełęczy, zobaczyliśmy błękit. Wielki błękit zupełnie czystego nieba odbity w krystalicznym błękicie morza. Albo na odwrót… Wspaniała chwila, będąca nagrodą za 12 dni walki na trasie. Jeszcze tylko kilkukilometrowy zjazd (zjazd, nareszcie zjazd!) i zameldowaliśmy się nad samym brzegiem. Do celu ostatecznego pozostało nam jeszcze kilka kilometrów, ponieważ wymyśliliśmy sobie, że ładnym domknięciem tego etapu wycieczki będzie dotarcie na Wyspę Krk. Z Krakowa na Krk, czyli Wyspę Kraków, bo też litery Krk są skrótowcem oznaczającym Kraków. Pokonaliśmy więc most łączący kontynent z wyspą i zaczęliśmy pokonywać z niemałym trudem kolejne wzniesienia, bo słońce zaczynało palić jak za pierwszych dni naszej jazdy. Bardzo miły moment spotkał nas, kiedy na głównym rondzie po wjeździe na Otok Krk zobaczyliśmy znajomą sylwetkę, przyjaźnie pozdrawiającą nas wyciągniętą ręką. Kiedy podjechaliśmy bliżej, upewniliśmy się w swoich przypuszczeniach: to był Sveti Ivan Pavel II, nasz Papież Polak. Byliśmy już pewni, że dotarliśmy do właściwego miejsca.


Byliśmy już zmęczeni skrajnymi zmianami aury, więc nie jechaliśmy zbyt daleko, lecz rozbiliśmy się w jednej z pierwszych miejscowości: Njivice. Było dopiero popołudnie i mieliśmy tego dnia kilka godzin dla siebie. Rozbiliśmy w ekspresowym tempie namiot na polu kempingowym i zeszliśmy szybko, choć dość chwiejnym krokiem, na plażę. 12 dni pedałowania dzień po dniu, 6 udarów słonecznych, 1298 kilometrów na liczniku, jedna porwana opona i jeden urwany wentyl… i nareszcie JEST! Morze Adriatyckie! Przynajmniej w ten wieczór Chorwacja zlitowała się na nami i zafundowała pogodę jakby żywcem wyjętą z najlepszych turystycznych folderów: błękitne niebo z delikatnymi chmurkami, białe, rozgrzane kamienie na plaży, krystalicznie czysta, ciepła, słona woda, skrząca się tysiącami słonecznych refleksów oraz setki jeżowców pokrywające dno już kilka metrów od brzegu. Choć nie jestem pewien, czy akurat te ostatnie znajdowały się w folderze reklamowych… Za to na pewno były w wodzie, czego dowodem są 3 kolce, do tej chwili tkwiące w palcu mojej prawej dłoni. Bo buty, słuchając dobrych porad i głosu rozsądku, mieliśmy na nogach, ale żeby przy nurkowaniu nie chwytać niczego w dłonie – ‘zapomniało się’…


Nadszedł kolejny poranek i należało zacząć myśleć o odwrocie. A właściwie to nawet nie myśleć, lecz już pedałować w drogę powrotną. Postanowiliśmy jednak zrobić sobie jeszcze jeden dzień mniej intensywnego wysiłku i pojechaliśmy na południe szosą nad samym brzegiem morza. Dzień niezapomnianych wrażeń, podczas którego czuliśmy się, jakbyśmy byli na zwykłym, krajoznawczym, turystycznym, wypoczynkowym urlopie nad Adriatykiem. Lecz już dnia następnego zaczęła powracać trochę mniej słoneczna i bardzo zielona, górska rzeczywistość. Na odcinku 10 kilometrów wdrapaliśmy się prawie na 1000 metrów wysokości, by później zacząć powoli tracić wysokość. Kierowaliśmy się na Park Narodowy Plitwickich Jezior. Zdjęcia, które obejrzeliśmy wcześniej w internecie, zaparły nam dech i zdecydowaliśmy się nadłożyć kilkadziesiąt kilometrów, żeby odwiedzić tę atrakcję wodną. I naprawdę warto. Jest to tak egzotyczny widok, że kiedy chodzi się wśród tych dziesiątków przelewających się w siebie i kaskadowo łączących się zbiorników, kiedy widzi się i słyszy setki malutkich, większych i ogromnych wodospadów, wpatruje w przejrzystą jak szkło, stalową wodę, to trudno uwierzyć, że ciągle znajdujemy się w Europie i to całkiem blisko Polski.


Po opuszczeniu Plitwickich Jezior obraliśmy kierunek na Węgry, gdzie czekało ostatnie morze naszego projektu. Przejechaliśmy jeszcze kawałek Chorwacji i zmieniliśmy kraj przez prawie opuszczone przejście graniczne Gola/Berzence. I znów poczuliśmy się bardzo blisko Domu. Może troszeczkę gorszej jakości nawierzchnia dróg, ale widoki wokół tak bardzo podobne do tych, spotykanych w większości regionów naszego kraju. Tak sielsko… Czas dany nam na tę przejażdżkę jednak nieubłagalnie dobiegał końca, więc mocniej nacisnęliśmy na pedały i już na drugi dzień około południa zatrzymaliśmy się nad brzegiem Balatonu.


Balaton – ‘węgierskie morze’. Ostatnie morze projektu i przedostatni punkt na trasie. Jeszcze 30 lat temu wakacje nad Balatonem były prawdziwym luksusem i przedmiotem pożądania. Turystów z Polski, Czechosłowacji, czy też Niemieckiej Republiki Demokratycznej przyciągała tu pewna, słoneczna pogoda i powiew ‘zachodniego’, lżejszego powietrza. W dzisiejszych czasach ‘węgierskie morze’ straciło, być może, ten blask luksusu, ale, z pewnością, nie straciło niepowtarzalnego uroku. Może nawet, dzięki wyciszeniu, zachowało go dla siebie i odwiedzających go większą ilość. Byliśmy tam na początku września i czuć było, że sezon letni został już zakończony, jednak cisza i spokój wcale nie kolidowały ze sporą ciągle liczbą turystów. Sam zbiornik, zwany również Jeziorem Błotnym (patrząc na kolor i stopień przejrzystości jego wód oraz dotykając stopami dna nie sposób nie zrozumieć dlaczego) zaoferował możliwość kąpieli w ciągle ciepłej wodzie, z czego skwapliwie skorzystaliśmy, ponieważ mieliśmy tego dnia już sporo kilometrów za sobą, zaś upał wzmagał się, jakby zapominając, że lato powoli dobiegało końca. 2 godziny spacerowania po Balatonie – trudno nazwać pływaniem osiągnięcie głębokości 70 centymetrów w odległości 200 metrów od brzegu – było doskonałym relaksem. Ruszyliśmy więc, by pokonać ostatni etap rowerowy tej przejażdżki. W tym miejscu chciałbym napisać o dziwnej przypadłości naszych Braci Węgrów. Widać u nich wyraźną fascynację koncepcją ścieżki rowerowej. Wszędzie, gdzie tyko się da, ale także gdzie za bardzo się nie da, powyznaczali pasy do jazdy jednośladami. Problem jest jednak w tym, że z wraz z nakazami jazdy po ścieżce (a jest jeszcze gorzej, gdy bez nich), ustawili znaki zakazu poruszania się rowerem po drodze. I to w setkach, tysiącach egzemplarzy. Co chwila i co kilkadziesiąt metrów. Naprawdę sporym problemem są większe miasta: o ile po takiej aglomeracji poruszanie się rowerem jeszcze jakoś wychodzi, to już wjechanie do niego (a tym bardziej wyjechanie) jest zagadką rodem z „Matrixa”. Wjeżdżając do miasta nagle napotykamy się na znaki zakazu jazdy rowerami. A ścieżki rowerowej brak. Szukamy innej drogi wjazdowej, a tam sytuacja wygląda analogicznie. Łamiemy więc zakaz, by w ogóle wjechać do miasta. Później odkryliśmy, dlaczego tak to wygląda: ścieżki rowerowe rozprowadzone są do granic terenu zamieszkanego i tam zakończone. Lub wyprowadzone na jezdnię. A tam tkwi znak zakazu jazdy rowerem… Nie jeden raz głowiliśmy się godzinę albo dwie, jak wyjechać z miasta, z którego wyjazd jest zakazany. I często zmuszeni byliśmy do łamania prawa. Najwyraźniej, takie odnoszę osobiste wrażenie, Węgrzy nie wzięli pod uwagę, że jakiś rowerzysta może chcieć wyjechać z miasta.


W Budapeszcie stawiliśmy się wieczorem 19 dnia naszej wycieczki, zrealizowawszy wszystkie założone cele główne i poboczne projektu „Może by nad MORZE…?” i mając nadzieję na podróż do Polski koleją żelazną następnego dnia. Ale okazało się, że nie każde nadzieje się ziszczają, nie każdy pociąg lubi rowery i że wcale to jeszcze nie był ostatni odcinek rowerowy i ostatnie państwo pod kołami naszych wiernych, stalowych rumaków. Następnego dnia jeszcze raz odwiedziliśmy na kilka godzin Bratysławę, tym razem pociągiem, potem przegalopowaliśmy koleją przez prawie całe Czechy, by o zmroku wylądować w czeskim Bohuminie pod polską granicą z jedyną opcją na najbliższą przyszłość: sadowimy się ponownie na siodłach i uderzamy do kraju, a dalej do domu o własnych siłach. Tak też zrobiliśmy. I byłoby całkiem przyjemnie, gdyby nie zaczęło padać. Jazda nocą nie jest jeszcze taka ciężka, szczególnie przez tak cywilizowany kraj jak Polska (spróbujcie tej sztuczki w chorwackich górach), ale jazda nocą w ciężkim deszczu ciężkimi rowerami to już inna para kaloszy.
Są jednak dobrzy ludzie na świecie i taka właśnie Dobra Istota wsiadła w środku nocy w samochód i ruszyła nam na spotkanie. I to jej zawdzięczamy, że dotarliśmy do domu żywi przed świtem, a nie przed zmierzchem kolejnego dnia już nie do końca żywi… Dziękujemy, Magdaleno!

Dodano: 2016-11-17

Autor: Tekst: Robert Gosiewski, zdjęcia: Robert Gosiewski i Ewelina Kapusta

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

ROWERY 2018

28 lat minęło – Yeti Ultimate

Odzież, akcesoria i dużo, dużo więcej!