Określę ten dzień w kilku słowach: najbardziej niebezpieczna droga świata. La Cumbre, droga z La Paz, stolicy Boliwii, do Coroico. Najbardziej ekstremalny dzień w Ameryce Południowej. Mekka rowerowych szaleńców. Ponad 3 tyś. różnicy wzniesień. Ponad 64 km do pokonania w ciągu kilku przepełnionych adrenaliną godzin szalonego downhillu.
Wiązałem z tą drogą wielkie nadzieje. Obawiałem się, że po tylu miesiącach podróży po kontynencie południowoamerykańskim wydam ponownie pieniądze na kolejny przereklamowany bubel. Nic bardziej mylnego. To co zobaczyłem i przeżyłem tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto dla tych kilku godzin ,,rowerowej ekstazy” postawić na szali swoje życie.
Całą trasę można podzielić na dwie części. Pierwsze kilometry pokonuje się sunąc w dół nową, asfaltową szosą. Odbywa się na niej normalny ruch drogowy. To właśnie tutaj można rozwinąć najwyższą prędkość jazdy. Rząd Boliwii zdecydował się na wybudowanie nowej, dłuższej aczkolwiek znacznie bezpieczniejszej drogi gdyż według oficjalnych statystyk przejazd tą trasą kosztował rocznie od 200 do 300 istnień ludzkich. Nic więc dziwnego, że w 1995 roku Międzyamerykański Bank Rozwoju określił tę trasę mianem "najniebezpieczniejszej drogi świata". Wybudowana w latach 30-tych ubiegłego stulecia przez paragwajskich więźniów wojennych droga była miejscami na tyle wąska, że niemożliwe było wyminięcie się dwóch nadjeżdżających z przeciwnych kierunków pojazdów przez co nierzadko spadały one w głąb sięgających kilkudziesięciu metrów urwisk.
Druga część to właściwa ,,Camino de la muerte” o nawierzchni szutrowej, oficjalnie już wyłączona z ruchu aczkolwiek wciąż sporadycznie spotyka się na niej sunące powoli auta co czyni zjazd jeszcze bardziej ekscytującym. To właśnie ta część ,,drogi śmierci” na zawsze pozostanie magnesem przyciągającym rowerowych zapaleńców z każdego kierunku świata. Jak przebiega sam zjazd?
Miejscami było gorąco. Tarcze też się rozgrzały choć skutecznie chłodziła je mżawka czasami przechodząca w deszcz lub woda z wodospadów pod którymi przejeżdża się w trakcie czterogodzinnego downhillu. Jazda zaraz na krawędzi. Lepiej wyłączyć zdrowy rozsądek. Inaczej nici z przyjemności. Łatwo tutaj stracić życie. Świadczy o tym las krzyży przy drodze. Zatrzymujemy się przy jednym z nich. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że wyryto na nim nazwiska ponad stu osób!
Było szybko, mokro, czasami sucho, czasami bardzo ślisko, czasami słonecznie, czasami deszczowo, czasami zimno, czasami gorąco. Po drodze można nawet wpaść na stado świń. Widoki porażają, także grozą. Przewodnik mówi, że do tej pory widzi duchy ludzi, którzy tu zginęli. Czasami do niego mówią. Tak było i dziś. Usłyszał głos, odwrócił się ale nikogo nie było. Może nawiedził go duch izraelskiego chłopaka, ostatniej ofiary La Cumbre? Spadł z klifu przy wodospadach. Mokro tam i ślisko. Brawura, brak doświadczenia, pech? Kto wie. Trzeba tam zaufać swojej maszynie. Jakakolwiek usterka w trakcie szybkiej jazdy może dla Ciebie oznaczać lot prosto do nieba lub piekła. Leżące na dole ciężarówki pobudzają wyobraźnię. Ale: nie ma ryzyka, nie ma zabawy!

Dodano: 2009-03-15

Autor: Tekst i zdjęcia: Jacek Stec

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Eagle???

Merida Big.Nine 6000 i Big.Nine 800

Kross Level 13.0

Kolarz - cukrzyk

Karpaty w trzech aktach