Jesteś tutaj: Strona Główna > Turystyka > Świat > Europa > Słowacja: na... rejestruj zaloguj

zostań fanem

Słowacja: na zbójnickich ścieżkach

Mieli Anglicy swego Robin Hooda, mieliśmy i my naszego Janosika. No właśnie, czy rzeczywiście naszego? Legenda dobrego zbójnika, który łupił bogatych, a dawał biednym, tak się u nas zadomowiła, że jesteśmy skłonni bez wahania przyznać harnasiowi polskie obywatelstwo. Tymczasem w rzeczywistości miał on z Polską tyle wspólnego, że polskim panom kradł konie, a kupcom - towary.

Jak za dawnych czasów, także dzisiejsze pogranicze polsko-słowackie to prawdziwa mozaika narodów, kultur i języków. Trzeba tylko umiejętnie je wyszukiwać. Dlatego do odkrywania uroków tego regionu warto się dobrze przygotować. I nie chodzi mi bynajmniej o to, co spakujemy do sakw... To tylko połowa sukcesu, a my chcielibyśmy zdradzić Wam tę drugą, głębszą. Co powiecie na dziewięciodniową wycieczką śladami Janosika? Tego rodzaju „motyw przewodni” jest dobrym pretekstem, by - oprócz walorów krajobrazowych - zapoznać się także z dziedzictwem kulturowym i historycznym interesującego nas regionu. I tak oto roku Pańskiego 2009, we wrześniowy sobotni poranek wsiedliśmy na rowery w Nowym Targu i podążyliśmy na zachód, mając po lewej ręce wspaniałą panoramę Tatr, a przed sobą wyniosłą kopę Babiej Góry.

Orawa - kraina z pogranicza
Krótki fragment Podhala, który pokonujemy w drodze na Orawę, poza wspaniałymi krajobrazami jakoś nie rzuca na kolana. Niestety tutejsze wioski zatraciły niemal zupełnie to, co dawniej je wyróżniało. Tradycyjnych drewnianych chałup zostało niewiele, zastąpiły je nowe, porozrzucane bezładnie domy kryte zazwyczaj szpetną blachą. Szybko pozostawiamy to za plecami, wjeżdżając na maleńki kawałek Polski leżący, co ciekawe, w zlewisku Morza Czarnego. Wśród pól leniwie meandruje Czarna Orawa, od której nazwę wzięła historyczna kraina. Już na terytorium Słowacji rzeka przekształca się w Zalew Orawski, którego brzegi okazały się niestety zbyt błotniste, by rozstawić na nich namioty. Zawiedliśmy się też, bo liczyliśmy, że w zjednoczonej Europie nie będzie problemu ze znalezieniem ścieżki wzdłuż brzegu, dzięki której ominiemy ruchliwą szosę. Cóż, pozostało przedrzeć się przez pola i błota. Za to rano w nagrodę nasze namioty otuliła gęsta mgła, która na tysiącach pajęczyn pozostawiła drobne kropelki wody. W drodze do głównej atrakcji turystycznej słowackiej części regionu - Zamku Orawskiego, warto zatrzymać się na parę chwil w Twardoszynie.

Zapytajcie o drogę do drewnianego kościoła. Wraz z innymi sakralnymi budowlami tego typu zlokalizowanymi na terenie słowackich Karpat znalazł się on na liście dziedzictwa światowego UNESCO. Stoi pośrodku cmentarza, przykryty wielką pierzyną gontowego dachu. Po wejściu do środka zobaczymy rozgwieżdżone niebo wymalowane na stropie przez renesansowego artystę, a w głębi kościoła drewniane, malowane stalle i ołtarz. Do zamku jest stąd jeszcze godzina jazdy całkiem przyjemną, nie bardzo uczęszczaną drogą. Biegnie cały czas wzdłuż Orawy przez wioski z drewnianymi domami, w przeciwieństwie do tych po polskiej stronie, bardzo zwarte i jednolite w stylu, a przez to wyjątkowo malownicze. Za zakrętem znienacka ukazuje się zamek wznoszący się nad drogą na wysokiej skale. Z jej szczytu ponoć strącano kobiety podejrzewane o czary - jeśli któraś przeżyła upadek, był to najlepszy dowód na to, że wspierają ją czarne moce. Taką palono na stosie. Pytanie tylko, ilu z nich dane było przeżyć lot z wysokości ponad 100 m?... Oj, niełatwo było taki zamek zdobywać. Dowiadujemy się zresztą po chwili, że istotnie nikomu nigdy się to nie udało, a jeśli przechodził z rąk do rąk, to jedynie drogą pokojową.

Żołnierz i buntownik
Juraj Jánošík był Słowakiem. Urodził się jako poddany cesarza rzymsko-niemieckiego Leopolda I, tego samego, który pięć lat wcześniej po odsieczy Wiednia pokłonił się naszemu Janowi Sobieskiemu. Orawa, Janosikowa ojczyzna, była zamieszkana głównie przez ludność słowiańską, ale historycznie należała do Węgier i choć rządzona była z Wiednia, to przecież lokalni panowie
i urzędnicy byli Węgrami. Ani słowackim chłopom, ani węgierskim murgrabiom nie w smak była rosnąca władza habsburskiej stolicy. Wybuchał więc bunt za buntem. Sam Janosik nie z biedy podjął się zbójeckiego rzemiosła. Jego rodzina miała spore gospodarstwo w Terchowej niedaleko Żyliny, ale braci do podziału było trzech, a Juraj był z nich najmłodszy. Przyłączył się więc do rebelianckich oddziałów Franciszka Rakoczego, a gdy znudziła mu się wojskowa dyscyplina, poszukał sobie łatwiejszego, bo cudzego, chleba. Został zbójnikiem, a potem hersztem zbójeckiej bandy. Wędrował wraz ze swoją kompanią przez ziemie Orawy, Liptowa, Spisza, Podhala, zachodził nawet na Śląsk. Ponoć był zbójnikiem sprawiedliwym - miał jakoby łupić bogatych, a dawać biednym. W rzeczywistości łupił sprawiedliwie wszystkich, niezależnie od stanu, nacji i majątku. Grabił dla siebie i dla swoich, a jeśli rozdawał zagrabione dobra, to chyba tylko okolicznym dziewkom. Za to najbogatszych oszczędzał, zwykle dysponowali oni bowiem oddziałami, które potrafiły swego pana obronić przed napadem uzbrojonych w ciupagi chłopów. Zresztą z niektórymi możnymi harnaś pozostawał w dobrej komitywie, w zamian za część łupów pomagali mu, gdy wpadł w tarapaty. Mówi się, że miał nawet konszachty z czarnymi mocami. Od czarownic miał dostać ciupagę, koszulę i pas, dzięki którym biegał szybciej od jeleni, a kule się go nie imały. Ale przyszła kryska na Matyska. Zbójecki proceder nie trwał długo. Po niespełna dwóch latach Janosik wpadł w sidła sprawiedliwości. Ludność lokalna zmęczona grabieżami i rebeliami pragnęła przede wszystkim świętego spokoju, zaś miarkę wyrozumiałości władz przebrał napad na bezbronnego księdza. Ująć zbójnika nie było łatwo, trzeba było uciec się do przekupstwa. A wiadomo, że gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. A najlepiej - zazdrosną. Jakoż i znalazła się taka, która zdradziła żołnierzom miejsce pobytu Janosika i tajemnicę jego czarodziejskiej mocy. I tak pojmano harnasia...

2010-09-23 | bikeBoard

1 2 3 następna » 

Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy