Wybór Ukrainy, jako miejsca rowerowych wojaży, był dla mnie oczywisty: ludzie przyjaźnie nastawieni do przybyszów z Polski, blisko, tanio, egzotycznie, że nie wspomnę o takich rarytasach jak kwas chlebowy, chałwa ze słonecznika czy pirożki, których próżno szukać w naszych fastfudach i spożywczakach. Jako miłośnik jazdy po dzikich bezdrożach z małym plecakiem, śpiworem, kawałkiem folii i paroma niezbędnymi akcesoriami, musiałem przeprosić się z bagażnikiem i sakwami. Powodem tego był nie tyle dystans i czas spędzony poza domem, co konieczność zapewnienia "luksusów" (namiot, kosmetyczka wielkości arbuza, dużo bluzeczek, etc.) mojej współtowarzyszce podróży, która notabene wcześniej, na swoim "komunijnym" rowerze, zapuszczała się najwyżej do sąsiedniego sioła. Niezbyt skrupulatny plan naszej wyprawy brzmiał mniej więcej tak: zaczynamy od Chyrowa, położonego kilkanaście kilometrów od polskiej granicy, i górami kierujemy się na wschód aż do Czarnohory, gdzie "obracamy się na pięcie" i wracamy wzdłuż rumuńskiej, a później węgierskiej granicy, i przez Słowację do Polski.
Poniżej możecie zobaczyć dodatkowe zdjęcia do artykułu z październikowego numeru bikeBoard'u 8/2004

Dodano: 2004-08-31

Autor: Tekst i zdjęcia: Tomasz Dębiec

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Rowery wszechgórskie

Duże koło dla juniora

Maratony MTB Ultra