W pierwszej chwili miałem wrażenie, że przebieg tras kolorowych Marszrut jest chaotyczny. Niewiele zrozumiałem z przeglądania mapy. Ale siedząc na tarasie cukierni w Charzykowych, upapranym w świeżych jagodach palcem zacząłem wodzić po wypunktowanych wzdłuż dróg szlakach i coś zaczęło do mnie docierać.

Całą noc lało tak ostro, że mimo zmęczenia wielogodzinną podróżą spaliśmy jak kamienie. Ranek wstał jednak rześki, radosny i czysty. Jedziemy na śniadanie! Powiedziałem przeciągając się. Pierwsze były żywiczne wyziewy stosów drew ułożonych ze świeżo ściętej sośniny. Naprawdę czułem w ustach ich smak. Zapach był na tyle intensywny, że miejskie zmysły wszystko pomieszały, a doznania podkreśliła wilgoć po nocnej ulewie. Drugim kęsem były świeże nuty pokrzyw i turzyc. Ale kiedy kolejny raz krzyknęła „maliny!” stwierdziłem, że może lepiej się zatrzymajmy. Zwłaszcza, że obiecała „nazrywam ci”.

Przez dłuższy czas wspomnieniem tej jednej maliny, którą mi zerwała była cholerna pestka wciśnięta między zęby. Byle tylko do kolejnej wsi, bo tam na pewno będzie sklep. Cisnęliśmy całkiem bez refleksji omijając dostępne na wyciągnięcie ręki Jezioro nie dość, że Duże to jeszcze do tego Głuche. Głód przestał być natarczywy. Zaznaczone na mapie pogrubionym fontem nazwy, dumnie powiadamiały o kolejnych miejscowościach, ale ani Chociński Młyn, ani nawet bardzo obiecująca na mapie Kopernica nie mogła pochwalić się sklepem. Popijałem wodę z bidonu i coraz spokojniej zagłębialiśmy się w Bory i było to uczucie jak z reklamy serka dla aktywnych kobiet. Byłem głodny i radosny. Zresztą most na Brdzie w Babilonie, a w zasadzie prowadzące do niego zakosy, całkowicie uśpił moją czujność i bez konsultacji z mapą podążyłem czytelnie oznakowanym szlakiem Żółtej Marszruty, choć dosłownie o włos ominęliśmy zajazd zorganizowany w murach straży Granicznej z 1920 roku. Zmysły znieczulił gładziutki asfalt, który całkiem niespodziewanie przemienił się w drobny szuterek, a potem ubitą glinę. Nawierzchnia nadal była nośna i szybka.


Kolejne kilometry mijały i dopiero kiedy po drugiej stronie jeziora ujrzeliśmy zabudowania i mariny doszedłem do wniosku, że na pierwsze śniadanie to była runda dookoła jeziora. Charzykowskiego. I było to śniadanie na tyle smaczne, syte i dodatkowo dietetyczne, że trzy jagodzianki później byłem gotów ruszyć dalej na wschód.


BIKEPACKING

Jednak zanim przekonałem się jak postępować z Marszrutami, postanowiłem sprawdzić czarną, która jako jedyna, zgrabną pętlą obskakiwała zachodnie rubieże Zaborskiego Parku Krajobrazowego. Poprawiłem sakwy, sprawdziłem czy mamy rurki do namiotu i doszedłem do wniosku, że pojedziemy przeciw ruchowi wskazówek zegara. Do Chocińskiego Młyna dotarliśmy szlakiem Czerwonej Marszruty jadąc przez Małe Swornegacie. Timing był idealny, bo akurat przy wyjeździe z tej wypoczynkowej wioski pomiędzy Jeziorami Karsińskim a Charzykowskim natknęliśmy się na korek. Kilka aut stało w oczekiwaniu... no właśnie, na co? Po dojechaniu do szlabanu okazało się, że to jedna z atrakcji turystycznych czyli most zwodzony. Pan w odblaskowej kamizelce dokonywał rytuału otwarcia a potem zamknięcia i podróżujący turyści nabożnie spektakl śledzili, nakręcając filmiki i robiąc zdjęcia. Wyjątkiem były lokalne baby, które w przewieszonych przez kierownice wiadrach po farbie wiozły zebrane grzyby. Do Chocińskiego Mostu dotarliśmy korzystając z szutrowej ścieżki wiodącej kilkadziesiąt metrów od szosy. Była nośna i twarda, a jadące za drzewami auta wolne, więc momentami można się było poczuć jak w jądrze borów.


Celem był osiągalny tylko piaszczystą leśną drogą Niepszczołąg. Już sam fakt, że w 2008 roku mieszkały tu zaledwie cztery osoby skłaniał do odwiedzin. Już sobie wyobrażałem jak będzie wyglądało spotkanie. Ludzie borów i my – turyści. Wymienimy podarki, oni nam łapcie z łyka, my im paciorki i perkal. Kiedy moja kierowniczka rypnęła czwarty raz w piach i nie mogła się wykaraskać spod przygniatających ją sakw myślałem, że zaraz będę musiał dzwonić po taksówkę i jednak kupić to futro. Uratowała mnie Niepszczełągowianka z dwójką Niepszczołągowiątek. Kasia spod roweru serdecznie ją pozdrowiła i uśmiechając się stwierdziła, że wszystko jest cudownie. Ja udawałem że to prawda, a Niepszczołągowianka stwierdziła, że drogi tutaj piaszczyste, ale to jeszcze nic bo przy zabudowaniach uważać! Bo bo tam są psy, co gryzą. Schowałem perkal i paciorki i rozglądnąłem się za jakimś tęgim kijem. Kiedy dopchaliśmy wreszcie do Jonek dzień już naprawdę skłaniał się ku zachodowi. Przy rozległym gospodarstwie za sztachetami był sad. Ale gospodarstwo było mało turystyczne i tutejsi ludzie naprawdę bardzo ciężko pracowali. Zgromadzone w nowoczesnej oborze krowy też. Teraz darły mordy przed dojeniem, a okolicę zasnuwały metanem wydobywającym się im ze środka. No to może jednak prześpimy się na dzika? Zaproponowałem. W zasadzie mogłem zaproponować jej wszystko. Zgodziłaby się natychmiast, pod warunkiem żeby nie trzeba było dalej pchać. Za Dzięgielem znalazłem las na wzgórzu. Wdrapaliśmy się i rozbiliśmy obóz. Na kolację było lokalne piwo i kabanosy.

Było cudownie i romantycznie. Widok na pola i wijącą się strugę był tak upojny, że nawet nie rozmawialiśmy. Wylosowałem cieńszą słomkę i puchowy śpiworek 500 g był tylko dla mnie! Kasia musiała męczyć się w moim wyprawowo-alpinistycznym z komfortem cieplnym do – 25°C. Kolejny ranek upłynął nam na poszukiwaniu jagodzianek. Sklep w Zielonej Chocinie nierozważnie zlekceważyliśmy ze względu na mały wybór drożdżówek. Kolejny był ze dwadzieścia kilometrów dalej o czym przekonaliśmy się później. Ale tymczasem wjechaliśmy na mega asfalt i droga szła nam jak z płatka. Zwłaszcza że głupio jest siedzieć nad jeziorem na czczo. Popedałowaliśmy dalej.
RAJ
No więc, siedzimy przed sklepem. Jego kulturalna klientela z galanterią nas pozdrawia, my odwdzięczamy się uśmiechami i smalltalkiem. Klientela po wyjściu ze sklepu obala piwo za piwem choć dopiero dochodzi południe. Siedzimy i czuję się jak na planie filmów Cejrowskiego. Egzotyka jest tak silna i tak autentyczna jak może być autentyczny dawny PGR po przejściach, a ludzie tak prawdziwi i otwarci jak mogą być tylko żyjący poza Systemem. To wcale nie szkodzi, że pan Marek nie jest już trzeźwy od paru lat. Ale jest miły i jak mówi, wiąże jakoś koniec z końcem. Uprzejmie opowiada, że kiedyś też chętnie jeździł rowerem, ale sprzedał, bo zdrowie już nie to. Właścicielka, powiedzmy pani Wanda, jest przeuroczą staruszką, bystrą i zadowoloną z życia. Kiedy spoglądamy z pożądaniem na leżący na kontuarze jogurt i sok, mówi z czułością: to moje śniadanie, a sok jest męża, ale proszę, tu w lodówce mam takie same produkty. Więc siedzimy na ławce pod olbrzymią lipą, gapimy się na szyld, opychamy drożdżówą z samego tylko glutenu, kruszonka sypie mi się na nowe spodenki za milion złotych, a za płotem zbutwiałe kumórki, żużlowy podjazd i połamane resztki płytek chodnikowych. Dzieci się bawią, my siedzimy, a czas stoi. Jest bosko. Wcale nie chce się nam stąd ruszać, tak jak mieszkańcom tego przysiółku pod Konarzynami. Estetyka tego miejsca jest... powiedzmy specyficzna, ale po drugiej stronie drogi, za krzakami jest raj. Wielki park na pofolwarcznych pozostałościach przypomina czarodziejski ogród. Leży nad jeziorem do którego wprowadzają biedapomosty z rozstawionymi dwornie, połamanymi ogrodowymi krzesełkami. Tam, czas stoi jeszcze bardziej. Tymczasem my pod sklepem zadajemy sobie pytanie ludzi Systemu: Jak to się utrzymuje?! Moja najdroższa z mądrością odpowiada „...z przyzwyczajenia...”. Więc siedzimy dalej. Z przyzwyczajenia.

W Nowej Karczmie trafiliśmy na coś co było naprawdę zaskoczeniem. Pusta plaża nad uroczym jeziorkiem (Kiełpińskim) i taka infrastruktura, że mucha nie siada. Ładna wiata to rzadkość, a ta jest na dodatek jeszcze obszerna. Taras zachęca do noclegu „na dzika”. Pod dachem kominek. Kurczę, nawet jakby padało można sobie kiełbasę upiec, myślę z rozkoszą. Tylko że zapowiada się pogodny wieczór. Skwar przeminął. Lokalni obywatele i obywatelki składają koce i zwołują na kolację kąpiące si ę dzieci. Wie Pani, mówi do Kasi pani z ręcznikiem pod pachą, my to mamy dobrze, tu się spotykamy z sąsiadami, ognisko się robi, kiełbasę piecze, można porozmawiać, a nie przez płot się przekrzykiwać. To też ludzie spoza Systemu. Jesteśmy jak wampiry energetyczne, wysysamy z nich życiodajne soki i spokój. A kiedy poszli pobiegłem do wody. Była ciepła tylko przy powierzchni.


BEZCZAS
Polecimy przez przez Chojniczki i Jarcewo mówię i wyjeżdżamy z Charzykowych ku zielonej Marszrucie. Asfalt jest dobry, nawigacja prosta, a nasze tempo podkręca szarżujący pod Krojanty walec, bo naprawiają tam drogę i równolegle budują coś, co wygląda jak szlak rowerowy. Ale w Jarcewie nas zatyka. Dwór odrestaurowany jest fenomenalnie, ale jaki piękny jest przylegający do niego park! Nie ma płotu więc wchodzimy, jakaś miłośniczka fotografii mówi nam, że właściciele nie gniewają się jak ktoś ogląda, ale żeby nie jeździć po boskiej trawie rowerem. Przepraszamy i stajemy z rozdziawionymi gębami, aż żaby salwują się ucieczką do stawu, w którym szpanują wodne lilie.


W Brusach trafiliśmy do Kaszubskiej Chaty, lokalne muzeum zaaranżowane po nowoczesnemu i miła obsługa była tylko preludium. Potem wyszliśmy do ogrodu z rzeźbami, ale przewodniczka skierowała nas do skansenu. Mówią, że tam jest inny świat. Nie byłem przekonany, ale dziwaczne rzeźby przy wejściu już zaczęły zakrzywiać rzeczywistość. To były jeszcze eksponaty, śmieszne, naiwne prace Józefa Chełmowskiego: ule, wiatraki i ozdóbki. Proszę zapytać czy wdowa po artyście was wpuści do ogrodu, tam są dopiero cuda. Nie byłem chętny, ale w takich sytuacjach Kasia sprawdza się niezawodnie. Zagadała dwie trajkoczące przy wystawionym do ogrodu stole kumoszki. Jedna z nich skinęła na zgodę i ostrym wiejskim głosem przestrzegła żeby nie robić zdjęć w pracowni artysty. Zanurzaliśmy się w magicznym sadzie, który śmiało mógłbym porównać do muzeum Salvadora Dalego w Figuerres, gdzie kicz swobodnie przemieszany jest z geniuszem. W Brusach jest tak samo. Chełmowski tworzył chyba kompulsywnie. Ozdabiał ściany, rzeźbił w istniejących przedmiotach i jak znalazł deseczkę albo kawałek szkła to go zamalowywał. Autentyzm i rzeczywista potrzeba tworzenia jest namacalna. Podobnie jak oniryczna atmosfera ni to ogrodu babci z pachnącym słońcem praniem na sznurkach, ni to instalacji w Zachęcie. Daliśmy się unieść, bo czas znów stanął.


WĘDRÓWKI LUDÓW
Po tym jak wiele lat temu nasz kolega przedstawił nam atmosferę niesamowitości Odrów, kamienne kręgi wznoszone przez Gotów na Pomorzu stały się obowiązkowym punktem zwiedzania. Im bliżej skraju dnia, tym większe robią wrażenie, ale wówczas w prawdziwej podróży w przeszłość przeszkadza mi sensacyjny smrodek okultyzmu i bajań mających na siłę wywołać u mnie prymitywny niepokój. Ja się w to nie bawię. Leśno jest wielokulturowym, niezwykle ważnym stanowiskiem archeologicznym. Podobne cmentarzyska z kręgami kamiennymi odkryto również w nieodległych Odrach, Węsiorach a także w Grzybnicy koło Koszlina. Warto podkreślić, że w Leśnie odkryto też tzw. Groby Książęce oraz pozostałości osad, których mieszkańcy niewątpliwie użytkowali pobliskie cmentarzyska. Przeczytałem na tablicy. Zazwyczaj takie tablice ględzą, tutaj ciekawią i zachęcając do interakcji stanowią znakomity opis obiektów, których można dotknąć tak samo jak robili to wznoszący je Goci. Wykresy czasu ułatwiają orientację, co działo sie na świecie kiedy pojawili się u ujścia Wisły zakładając – jak twierdzi dziejopis Jordanes – Ghotiskandzę. Pisze on, że jeszcze w IV wieku tak nazywano tamto miejsce, a mnie nazwa Gdańsk nawet dziś dźwięczy podobnie.


Z Leśnej wyjechaliśmy jak Goci. Przy czym oni udali się przez Rzym, który w 410 r. złupili, do Hiszpanii gdzie w imię Allacha załatwiły ich plemiona arabskie. My pojechaliśmy przez Wielkie Chełmy do Drzewicza, zastanawiając się gdzie pojechaliby Goci, gdyby w tamtych czasach mogli spróbować czerwonej linii Kaszubskiej Marszruty. Subiektywnie mówiąc ten fragment z naprawdę bardzo stromymi odcinkami bardzo mi się podobał, bo ubity na kamień szuter był świetnej jakości. Ale obiektywnie trzeba powiedzieć, że wybitnie strome fragmenty wymają odwagi, a gdy rower obciążony jest sakwami to ona sama nie wystarczy, bo panicznie hamujący wyrobili w niej koleiny. Wielkich Chełmów nie złupiliśmy, a w Drzewiczu było tak spokojnie, że tylko z pomostu napawaliśmy się widokiem na Jezioro Łąckie. Do Swornegaci Czerwona Marszruta ma bodajże najwspanialszy przebieg. Śmielej oddala się od nieruchliwej szosy, meandruje, co i raz wspina się na wzgórza. Las, zwłaszcza o zachodzie, jest tu doprawdy cudowny.


SWORNEGACIE I MĘCIKAŁ
Żółta linia Kaszubskiej Marszruty zaczyna się (albo kończy) w Czersku. Tuż za miastem oddala się od bardzo ruchliwej drogi krajowej na tyle, że aut a ni nie widać, ani nie słychać. Po sforsowaniu kanału Brdy i samej rzeki znów oddala się w bardzo spokojne rejony. Gładki asfalt prowadzi aż do Zapory. Mylof to tama na Brdzie i początek jej kanału biegnącego równolegle, lecz bez zawijasów. W jego początkowym biegu znajduje się gigantyczny zakład hodowli pstrąga. Żeby zobaczyć tamę od dołu zjechaliśmy w bok i przy okazji zaglądnęliśmy do sklepu rybnego. Co pani ma ciekawego? Zapytała Kasia. Oj wie pani, dziś taki ruch, że już niewiele mi zostało. 100 kg ryb dziś poszło, ale proszę zaczekać to mi koleżanka coś podrzuci. Ryby prosto z wędzarni powędrowały do sakw, a my w dalszą drogę. Spiętrzona Brda wygląda przepięknie i zyskuje to uznanie wśród prywatnych inwestorów. Efekt jest taki, że pierwszych kilka kilometrów od Zapory żółty szlak prowadzi wśród imponujących nieruchomości kontrastujących z wcześniejszymi zabudowaniami. Szlak jest tu piaszczysty i dla roweru dość trudny, optymalny byłby fat lub plus. Trekingiem da się przedrzeć. Szosówki przeprowadziliśmy. Dopiero za zabudowaniami i zgrupowaniami przyczep i kamperów zrobiło się fajnie. Z wysokiego brzegu oglądaliśmy pięknie błyszczącą Brdę, by wreszcie dotrzeć do Męcikału. To doprawdy wstrząsająca dla nietubylca nazwa. Wywodzi się od „kału” który oznaczał tu muł mącący nurt rzeczny. Żółta Marszruta krzyżuje się tu ze swoją zieloną, niezwykle efektowną siostrą chlubiącą się fenomenalnym mostem pieszo-rowerowym nad Brdą. Warto trzasnąć sobie na nim fotkę i pogadać z wodującymi tu kajaki o wrażeniach ze spływu, cenach i możliwościach.



COŚ EKSTRA
Kelnerka była jak nawiedzona. Z takim żarem w oczach opowiadała o combrze z sarny, to jest „A Le Sarence z sosem cumberland”, że wyłuskałem niemałą kasę. I to był bardzo poważny błąd. Skończyło się problemami logistycznymi i większym niż zwykle bólem tyłka. Ponieważ na drugi dzień... przyjechaliśmy tu jeszcze raz i musiałem nieźle się nagłowić jak przez tą Czarnicę znowu przejechać. Tym razem piaszczysty fragment Żółtej Marszruty z Zapory do Męcikału, jak i gruboszutrowy fragment z Czernicy do Drzewicza ominęliśmy asfaltem żeby było szybciej. Pierwszy z nich zastąpiliśmy fragmentem Zielonej Marszruty wiodącej przez Giełdon, a drugi nieoznakowanym fragmentem fajnej szosy z Męcikału do drogi 236, a dalej już za zna kami Czerwonej Marszruty. Rundę wzbogaciliśmy za to o Odcinek Specjalny, czyli To ur de Bory niebieskim szlakiem z Drzewicza do Klosnowa. To wprawdzie nie jest żaden z odcinków Kaszubskiej Marszruty, ale jestem pewny, że poprowadzono je tak żeby przypadkiem go nie pominąć. Biegnie idealnie z północy na południe. Od góry flankuj e go czerwona linia Kaszubskiej, od północy zielona, w którą można się wbić w okoli cy Krojantów. Bory są tu takimi, jakimi je Pan Bóg stworzył. Jedynym ułatwieniem jest fenomenalna szutrowa nawierzchnia i praktycznie idealnie prosta droga pozwalająca zo baczyć takie cuda jak Jezioro Nierybno z wiodącym dookoła pomostem dla zwiedzających i przeciąć Strugę Siedmiu Jezior, która w tym miejscu wygląda jak świat u zarania . Normalnie takie rzeczy pokazują niedzielne przedpołudnia z podkładem głosu pani Czubówny.


Kiedy dojechałem do Klosnowa i jej wyłuszczarni nasion, chyba wreszcie zrozumiałem o co w tych Kaszubskich Marszrutach chodzi. Z wyjątkiem Czarnej Marszruty nie stanowią gotowych wycieczek tylko propozycję do zwiedzania okolic Narodowego Parku Borów Tucholskich. Są jak arterie pozwalające przedostawać się od jednej ciekawostki turystycznej do drugiej tak, żeby nie było trzeba co chwilę sprawdzać na mapie kierunku. Trzeba ich używać w różnych kierunkach i konfiguracjach. Przepinać się z jednej na drugą i mieszać z innymi szlakami, których tu jest mnóstwo. Kaszubskie Marszruty poprowadzono wykorzystując lokalne drogi o bardzo małej intensywności ruchu. W miejscach gdzie on się wzmaga, Marszruty uciekają od samochodów – najczęściej w las. W innych wypadkach do dyspozycji rowerzystów jest nawierzchnia z czerwonej kostki, ale bez fazowania, dzięki czemu rower toczy się lekko jak po asfalcie. Prze z lasy prowadzą wąskie pasy dobrze ubitego kruszywa. Optymalne dla kół trekkingów i górali, ale jeszcze ciekawsze na gravelówce, którą można się tu naprawdę mocno rozpędzić. My objechaliśmy tutejsze szlaki na szosówkach. Ja miałem opony 28 mm, a Kasia 32 mm i tylko w kilku miejscach zmusiły nas do pchania. Marszruty można przejechać nawet w jeden weekend, tylko po co? Ja proponuję je na cały urlop. Łącząc rowerowanie z opalaniem się, kąpielami w jeziorach i kajakowaniem można tu spędzić czas lepiej niż w jakieś przysłowiowej Grecji czy Chorwacji. Ale dobrze jest się pośpieszyć, bo choć my jeździliśmy tu praktycznie w całkowitej samotności to wieść niesie się szybko.


Jak widzicie, to nie jest klasyczny opis rowerowych tras prowadzący krok po kroku przez kolejne miejscowości. Materiałów takich na pęczki jest w sieci. My tylko uchlamy drzwi lasu i pokazujemy jak tam jest, a wszystko co potrzebujecie wiedzieć o trasach, łącznie ze śladami GPS, znajdziecie na stronie www.pomorskie.eu




Artykuł znajdziecie w bikeBoard 8/2017 (gdzie kupić). Możesz też kupić e-wydanie

Dodano: 2017-08-09

Autor: Miłosz Kędracki

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Eagle???

Merida Big.Nine 6000 i Big.Nine 800

Kross Level 13.0

Kolarz - cukrzyk

Karpaty w trzech aktach