Epilog … Wyprawa na Mont Ventoux

Uczestnicy zespół WWW.ROWEREK.EU & MAXXIS
Robert Zalewski (Salon Rowerowy Happy) – Szef zespołu
Michał Iwiński – zawodnik
Rafał Lach – zawodnik
Arek Miastowski – zawodnik
Adam Samsel – zawodnik

Geneza…

Jeden z nas, Rafał założył się że w wakacje wjedzie w określonym czasie 2,5 h na Mont Ventoux ( było to jeszcze w 2011 roku …. Nikt nie myślał o ściganiu się ). Niestety paskudny wypadek na MTB Mazovia w Olsztynie (kilkadziesiąt metrów przed metą Rafał złamał obojczyk) pokrzyżował mu plany. Kilka tygodni później zrodził się pomysł aby wspólnie wyjechać do Francji i pokonać jeden z najtrudniejszych podjazdów Tour de France, mekkę kolarzy zwaną Łysą Górą czyli wspomniane wcześniej Mont Ventoux.

Dzień pierwszy

Wyjazd z kwatery głównej zespołu Salon Rowerowy HAPPY ul. Herbsta 1.
Zapakowaliśmy rowery na nasz teamowy samochód i w drogę …
Jako gościa specjalnego zaprosiliśmy MTB Mazovię.

Dzień drugi

Poranek dnia następnego zastał nas już we Francji. Po kilku godzinach dotarliśmy do Bollene, małej miejscowości oddalonej od kilkadziesiąt metrów od naszego przeciwnika. Po rozpakowaniu i odświeżeniu się postanowiliśmy się „poturlać” po mieście poznać tubylców i okolice …Niestety nie oczekiwanie podczas jazdy pojawiła się z lewej strony górka … pośród drzew prześwitywały kamienne występy skalne. Piszę niestety ponieważ po 24 godzinach jazdy samochodem i przed jutrzejszą wspinaczką wdrapywanie się na kolejna górkę nie było najlepszym pomysłem …. Lecz przegraliśmy z ambicjami. Warto było trochę się zmęczyć piękne widoki, przejazdy po kamiennych drogach, jazdy po singlach w dół były wyjątkowo przyjemne. Szczególnie, że mogliśmy zobaczyć kawał historii tych okolic. Na górze bowiem znajdowała się kamienna wioska zwana „ Village Troglodyte de Barry” zbudowana tu w 1672 roku.

Dzień trzeci Mont Ventoux

Po wczorajszej przyjemnej jeździe czuliśmy się rewelacyjnie. Dziś czekał nas cel podróży. Po porządnym śniadaniu, przygotowaniu sprzętu pojechaliśmy samochodem do Carpentras skąd rowerami mieliśmy udać się do oddalonego o kilkanaście kilometrów Bedoin stamtąd na Olbrzyma Prowansji ( tak tubylcy mówią na górę) … i w dół do Malauscene a stamtąd z powrotem do Carpentras.

Już pierwsze kilometry z Carpentras do Bedoin dały się we znaki wiał mocny wiatr i tylko dzięki zmianom prowadzącego udawało się utrzymywać dobre tempo. Kilka zakrętów, rond i jesteśmy na drodze na szczyt. Na całym podjeździe słupki informowały nas o odległości i nachyleniu. Chciałoby się powiedzieć, że pokonywaliśmy kilometry ale niestety licznik pokazywał metry ….W pewnym momencie spoglądanie na przebytą odległość stawała się denerwująca .. prawie się nie zmieniała i te słupki … kiedy będzie kolejny. W połowie podjazdu przyszła chwila zwątpienia. Wcześniej nikt nie wątpił, że wjadę. Szybciej wolniej ale wjadę … a teraz …. Co będzie za kilometr ciężej, lżej… nic nie było wiadome … szczególnie, że na pewnych odcinkach podjazd wydawał się stromy a noga jak nigdy miała siłę a na innych odwrotnie . I ani chwili odpoczynku, nawet kawałka poziomego …. Wreszcie dojeżdżam do parkingu oddalonego o kilka kilometrów od szczytu …. Już nie daleko ….w oddali majaczy znany już kształt masztu lecz nieco wyraźniejszy. Kolejne niesamowite widoki, skończyła się roślinność pozostało mnóstwo kamieni i wszechogarniający kolor pustyni. Robi się coraz zimniej. Kolejne pchnięcie a w głowie odległe ale znajome pah – pah z treningów stacjonarnych.

Ostatnie 2 kilometry to już była czysta przyjemność. Nie miała znaczenia niska temperatura czy wiatr …. Około 1,5 kilometra przed szczytem widać pomnik Toma Simpsona, brytyjskiego kolarza, który w 1967 roku umarł podczas przebiegającego przez Mont Ventoux etapu Tour de France …

Cel osiągnięty !!!! Widoki, uczucia nie do opisania …

Choć warunki nie sprzyjały przez większość czasu wiał wiatr a na ostatnich kilku kilometrach temperatura spadła do 10-11 stopni ( my na „krótko”) a wiatr dął ! Wszyscy dojechali zmęczenia ale szczęśliwi. To była walka z samym sobą … ze swoimi słabościami …. Wygraliśmy ! Po pierwszym zachwycie dotarł do nas ciężar podjazdu. Nagle zrobiło się zimno, nogi były z ołowiu. Zbawieniem były ciepłe napoje. Każdy ma swoje przemyślenia i wnioski , na gorąco dzielimy się wrażeniami.

Jeszcze kilka zdjęć i lecimy w dół.

Przed nami 25 kilometrowy zjazd do Malauscene. Po pierwszym kilometrze musimy się zatrzymać. Trzeba koniecznie założyć okulary. Prędkość i wiatr wyciska z nas łzy tak że nie wiele widać J . Lecimy w dół prędkość nie schodzi poniżej 50 km/h a miejscami jest ponad 80 !!!. Niezbędne tu sa dobre hamulce. Kilka dłuższych mocniejszych hamowań i płyn hamulcowy się gotuje L. W gaciach pełno … to był najlepszy i chyba najszybszy zjazd w naszym życiu. Szybki, ostry, mocny a na dole „banan na twarzy”

Z Malauscene powrót do Carpentras i hajda do Paryża …

Dzień czwarty Paryż

To już był czysty relaks. Obejrzeliśmy Katedrę Notre-Dame, wieżę Eiffla, byliśmy na Moście zakochanych, Widzieliśmy Luwr. Aleja Pól Elizejskich (Avenue des Champs-Élysées) doprowadziła nas do Łuku Triumfalnego. Tu opis krótki J bo to już inna historia ….

Niestety wszystko co dobre się kończy … to był niezapomniany wyjazd ….W przyszłym roku zamierzamy przejechać cześć 20-ego etap Giro d'Italia z metą na Passo dello Stelvio (2758m n.p.m.)….

PS

Zawodnicy z zespołu chcielibyśmy podziękować Salonowi Rowerowemu Happy (www.rowery-happy.pl) za organizacje i przygotowanie wyprawy na Mont Ventoux a także za dobór i perfekcyjne przygotowanie rowerów naszego zespołu przez cały sezon rowerowy MTB Mazovia i Poland Bike.

Dodano: 2012-11-07

Autor: Tekst: Adam Samsel

Tagi: wakacje na rowerze

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Niejasna przyszłość roweru

Nowy wymiar treningu

Moc „ludzi z żelaza”

Młodzi gniewni polskiego XC… rok później