...to chyba najlepsze określenie dla tego kawałka naszych Karpat. Góry są tu niższe, a doliny szersze niż choćby w sąsiednich Bieszczadach czy Beskidzie Sądeckim. Ale to wcale nie znaczy, że jest mniej ciekawie i przygodowo.
Bo Beskid Niski zajmuje obszar na tyle rozległy, że każdy znajdzie coś na miarę swoich potrzeb, kondycji i stylu jazdy. Nawet Ci z apetytem na najbardziej wymagające trasy. Można się wyszaleć i wykrzyczeć. I tylko pogadać nie ma z kim... Cisza i pustka wokół. Nie ma tu już od lat rdzennych mieszkańców. Beskid Niski opustoszał, kiedy barwnych i serdecznych Łemków przesiedlono na tereny Związku Radzieckiego. Czas nie zatarł jeszcze wszystkich śladów ich życia, chociaż minęło prawie 60 lat. W rozległych dolinach spotkacie fundamenty domów tworzących ludne niebieskiewsie, w gęstych trawach ciągle sterczą przydrożne krzyże i zdziczałe sady. Da się nawet dojrzeć zarysy uprawnych pól. Tak, Beskid Niski ma niezwykły klimat. Ale jeśli nagle zapragniecie towarzystwa, to szybko podjedźcie w okolice Nowego Żmigrodu - gwar tamtejszych wiosek i gęsta szachownica przyległych do nich pól wyrwie Was z melancholii.
Właściwie wystarczy zerknąć na mapę, żeby natychmiast okryć w Beskidzie Niskim kilka fantastycznych tras. Jedną z takich właśnie za chwilę Wam opiszę. Trzy kolejne są wynikiem poszukiwań tej "najciekawszej". Kilku sezonów spędzonych na przedzieraniu się przez najdziksze zakątki najdzikszych polskich gór. Przez gęstą sieć leśnych ścieżek i polnych dróg, czasem twardych i wygodnych, czasem dosłownie trialowych. I tylko jeden warunek na początek. Skombinujcie jakiś samochód. Skrzyknijcie się z kumplami, zrzućcie na paliwo i w drogę. Mocno wyboistą.
Pierwsza pętla liczy trochę ponad 30 km i nazwałem ją Granica, Której Nie Ma. Bo znaczna jej część prowadzi granicznym, polsko-słowackim grzbietem. Kreską na mapie, która w Unii Europejskiej straciła mocno na znaczeniu. Za to strażnicy! Ooo! Ci są teraz dużo ważniej sakralnesi. Zachowują się jakby strzegli pokoju pomiędzy dwiema Koreami. Co najmniej! Dokładnie legitymują i groźnie pouczają Bogu ducha winnych rowerzystów. Z nudów pewnie - bądźmy szczerzy. Ale do rzeczy: zaczynamy w Jaśliskach, wiosce leżącej na trasie starego traktu węgierskiego, która przez wieki była kwitnącym miastem. W szesnastym otrzymała nawet prawo składu win. To musiały być piękne czasy... Dziś "miejskość" Jaślisk da się poznać tylko po małym ryneczku. Stąd ruszamy na południe rzeczonym wcześniej traktem ze świadomością, że kilka wieków temu ciągnęły tędy kupieckie wozy z węgierskimi winami... Najpierw po dziurach z rzadka przetykanych asfaltem, później już klasyczną szutrówką pniemy się prawie pustą doliną mijając "nieistniejące" wioski Lipowiec i Czeremcha. Po sześciu kilometrach spotkacie znaki niebieskiewsie, go szlaku - skręćcie z nimi w boczną dolinkę.

Dodano: 2005-07-31

Autor: Tekst: Tomasz Dębiec, opracowanie: Piotr Jaworski, zdjęcia: Tomas

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Internet trenażerów

Szosowe opony na zimę

Polskie etapówki

Azory