Od niektórych wydarzeń - szczególnie tych traumatycznych i bolesnych - musi upłynąć dużo czasu. Przynajmniej rok. Po tym okresie jest szansa na przełamanie psychicznej bariery aby dało się o nich pisać i opowiadać. Bez łez w oczach i suchości w gardle. Tak jest i w tym przypadku.

A wszystko zaczęło się jak w klasycznym horrorze czy też dreszczowcu (chociaż tutaj bardziej pasowałoby słowo deszczowiec a nie dreszczowiec). Na początku jest miło i przyjemnie ale z każdą chwilą robi się coraz mroczniej i groźniej. I zimniej !!!

W sobotnie późne popołudnie na Mazowszu pięknie na czerwono zachodziło słońce a temperatura lekko przekraczała 20 stopni. Do samochodu w którego bagażniku były 3 złożone rowery wsiadaliśmy wraz z Olą i Sebą w letnich ciuchach i w klapeczkach.

Droga tym razem nie była liczona w kilometrach ale w Celsjuszach i wyglądała mniej więcej tak:
20 stopni – Janki piękne zachodzące słońce
16 stopni - okolice Bełchatowa czerwona łuna na zachodzie i trochę chmur
14 stopni – Częstochowa zapadający zmierzch i duże zachmurzenie
12 stopni – Katowice pełne zachmurzenie ale brak deszczu
10 stopni – Bielsko i mżawka.

My jednak nie zrażeni pogodą – co tam lekka mżawka – skierowaliśmy się w stronę kultowego hotelu Transportowiec na zboczach Szyndzielni. Jedną z wielu zalet Transportowca jest to, że jest blisko kolejki na Szyndzielnię i są wyborne śniadania. To co jest kolejną, ginącą już zaletą Transportowca gdyż obecni właściciele czy też najemcy systematycznie remontują i unowocześniają obiekt – to jest podróż w czasie o jakieś dobre 30 lat wstecz. Jeżeli ma się trochę szczęścia to zamiast odnowionego pokoju można otrzymać takie gdzie czas się zatrzymał. Perełkami są i wystrój pokoi i rzadko już spotykane rozwiązania w obszarze szeroko rozumianego węzła sanitarnego - to trzeba przeżyć i zobaczyć .

W hotelu spotkaliśmy resztę naszej ekipy czyli Kubę, Rafała i Grześka. W tym składzie jeszcze nie jeździliśmy dlatego zorganizowaliśmy około północy dwu godzinny wieczorek zapoznawczy dyskutując o wszystkimi i o niczym. Ok. 2:30 położyliśmy się spać aby na 8:00 rano uderzyć na śniadanko i dalej w góry. Kładliśmy się naładowani optymistycznie chmielem z nadzieją na słoneczny i ciepły poranek.

Rzeczywistość baaaardzo przerosła nasze oczekiwania. Od rana lało. Nie, nie padało, nie mżyło i nie kropiło. Lało równo non stop. No ale że z cukru nie jesteśmy to nie po to jechaliśmy 400 km aby cały dzień siedzieć w Retro SPA Transportowiec. Wyciągnęliśmy rowery z samochodów i skręciliśmy je pod daszkiem. Kto co miał od deszczu to ubrał na siebie i pojechaliśmy pod dolną stację kolejki na Szyndzielnie. Te paręset metrów to nawet nas nie bardzo zmoczyło bo jechaliśmy wśród drzew a poza tym w tej chwili nieco mniej lało. Wsiedliśmy do gondolki, rowery wpakowaliśmy do specjalnego wagonika towarowego i pojechaliśmy jako jedyni w tym dniu do góry.

Wyjść na zewnątrz z górnej stacji kolejki nie było już tak łatwo. Do mocnego deszczu doszedł równie mocny wiatr. My jednak jedziemy. Jeszcze tylko przy budkach, które w ciepłe, słoneczne dni oferują ciupagi-długopisy, ciupagi-termometry oraz figurki sprośnych górali ubraliśmy neoprenowe ochraniacze na buty (tak jakby miało to coś pomóc ), a ci co mieli rękawiczki z krótkimi palcami ubrali wersję z długimi i ruszyliśmy w stronę schroniska na Szyndzielni. Potem dalej na Klimczok a właściwie to na Magurę gdzie jest schronisko pod Klimczokiem – trochę to skomplikowane no ale tak jest i już.
Gdy już cali mokrzy - na razie z zewnątrz bo jakoś kurtki jeszcze chroniły nas przed deszczem - dotarliśmy do przełęczy między Klimczokiem a Magurą wiatr uniemożliwiał normalną rozmowę i powodował, że momentami ciężko stało się na nogach. Tutaj po raz pierwszy zgromadziliśmy się w 6-tkę aby zastanowić się czy jest sens zjeżdżać do Szczyrku, bo nie wiadomo czy działa wyciąg na Skrzyczne co było jednym z kluczowych elementów naszej wyprawy. Postanowiliśmy podjechać do odległego o 200 m. schroniska na Magurze aby zapytać o telefon do COS-u w Szczyrku. Chcieliśmy zasięgnąć informacji o czy krzesełko dzisiaj jeździ czy nie.
Bardzo sympatyczny i pozytywnie do świata nastawiony pan z obługi czy też sam kierownik schroniska wykonał osobiście telefon i dopytał się czy wjedziemy w dniu dzisiejszym na Skrzyczne. Okazało się, że tak, tylko że ze względu na znikomy ruch turystyczny w taką pogodę kolejka uruchamiana jest co pół godziny.

Pokrzepieni tą wiadomością ruszyliśmy w dół szlakiem ku przełęczy Karkoszczonka. Zjazd momentami jest dosyć wymagający, a Seba miał okazję sprawdzić czemu warto zakładać kask podczas jazdy na rowerze. Klucząc między sporej wielkości kamieniami w pewnym momencie – że zacytuję kolegę: „skończył mi się pomysł jak dalej jechać” – przednie koło się przyblokowało a rower zachował się jak narowisty rumak wyrzucając swojego jeźdźca do przodu. Seba wylądował 2 metry niżej uderzając głową w leżący na szlaku pieniek. Sypnęło drzazgami. Na szczęście były to drzazgi z pieńka ale gdyby nie kask to mogłyby być również i z głowy.

Chwilę potem wszyscy ostrożnie dojechaliśmy do Karkoszczonki. Lało cały czas a termometr na moim liczniczku pokazywał całe 5 stopni. Ruszyliśmy w dół do Szczyrku. Byliśmy cali mokrzy więc nikt za bardzo nie cieszył się na czekający nas zjazd. W Szczyrku dojechaliśmy do stacji kolejki na Skrzyczne. Byliśmy tam oczywiście jedynym klientami i musieliśmy z kwadrans poczekać aby zgodnie z rozkładem wyciąg ruszył. Na szczęście znając z wcześniejszych wyjazdów miłość i uwielbienie obsługi wyciągu do zabłoconych rowerzystów miałem w plecaku całą rolkę 120 litrowych worków na śmieci z grubej folii. Rozdałem każdemu po sztuce. Każdy zrobił sobie dziurę na głowę i na ręce i tak ubrani ruszyliśmy śmiało w stronę krzesełek. Już po 50 minutach byliśmy na górze. Szczególnie odcinek między Jaworzyną a samym Skrzycznem był niezapomniany. Nie dość, że cały czas lało, cały czas wiało to obsługa jeszcze postanowiła sobie pożartować wyłączając co jakiś czas wyciąg abyśmy dobrze przemyśleli na nieruchomych krzesełkach czy na pewno chcemy gdzieś jechać dalej.
W schronisku każdy wziął po 2 herbaty, żurek i po pajdzie chleba ze smalcem oraz po kawałku ciasta. Jak się okazało wszystkie rękawiczki – nawet te zapasowe - były przemoczone. W związku z tym przypuściliśmy frontalny atak na schroniskowy sklepik turystyczno pamiątkarski. Każdy z nas z wielkiego wyprzedażowego kosza wygrzebał rękawiczki Chiba, które zostały wyprodukowane na pewno w pierwszej połowie lat 90-tych. Świadczyły o tym jaskrawa kolorystyka, powalające wzornictwo oraz nadgryzione zębem czasu metki doczepione do rękawiczek gdzie ceny były zapisane również w starych złotych. Ale modą i tym czy dany kolor pasuje do naszych charakterów lub koloru oczu nikt się nie przejmował. Ważne, że były to wersje jesienno-zimowe, które były ocieplane i – jak się później okazało – nawet po nasiąknięciu wodą nieźle trzymały ciepło. Oczywiście od czasu.
Łatwo ze schroniska wyjść nie było. Po pierwsze porywisty wiatr bardzo utrudniał otwarcie drzwi, a po drugie termometr schroniskowy pokazywał 4 , a mój liczniczkowym całe 3 stopnie. Możliwe, że schroniskowy miał rację gdyż za moment liczniczek w związku z nadmiarem wilgoci odmówił współpracy.

Dodano: 2012-06-05

Autor: Tekst i zdjęcia: Marek Wandas

Tagi: wyprawa rowerowa

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Niejasna przyszłość roweru

Nowy wymiar treningu

Moc „ludzi z żelaza”

Młodzi gniewni polskiego XC… rok później