Przełęcz Kocierska. Letnia noc. Otwarte okno. Co pół godziny z sąsiedniego budynku dochodzi gromkie sto lat i gorzko. Wesele trwa całą noc. Sen mocno rwany. Zamknięcie okna powoduje, że w pokoju robi się nieznośnie gorąco. Otwarcie okna wiąże się z atakiem słowno-muzycznym biesiadników. I tak przez całą noc na zmianę. A jeszcze młodszy synek z drugiego pokoju woła: tata pić. Budzik w telefonie dzwoni o 4:30. Zebranie sprzętu i dotarcie na Potrójną to ok. godzinka. Wschód słońca zgodnie z informacją ze strony www meteo to 5:45. Niestety nocne zmagania i brak snu nie pozostały bez śladu. Wyłączam budzik i patrzę za okno. Jeszcze ciemno. Na szczęście weselnicy nieco się zmęczyli. Za oknem tylko słychać lekki pogwar żurkowo-bigosowo-papierosowy. W półśnie oszukuję sam siebie, że położę się tylko na chwilkę aby złapać jeszcze kawałek snu. "Tata pić" - tym razem starszy syn. Wstaję i jak automat podaję szklankę z niegazowaną mineralnką. Za moment znowu miła poduszka i ciepło śpiącej obok żony.

Po - jak mi się wydawało chwili - zrywam się z łóżka. Patrzę na komórkę. O kurr.....aaa. Ten moment to dobre 45 minut prawie godzina. Jest 5:30. Za oknem widno, a nad głową jasne niebo. Jeszcze raz rzuciłem mięsem pod nosem - po cichu aby nie obudzić rodziny. To ostatni dzień w górach na rowerze. Nie wiadomo kiedy uda się następnym razem wyrwać z nizin na południe więc trzeba korzystać. Poza tym nastawiłem się na rowerowo-zdjęciowy wschód słońca a pogoda dopasowała się do moich życzeń. Szybko wskakuję w rowerowe ciuchy. Dorzucam bluzę z długim rękawem gdyż poranek jest z tych rześkich. Na szczęście sprzęt foto i narzędzia rowerowe spakowałem poprzedniego wieczoru. Za moment jestem na parkingu przed budynkiem. Wyciągam rower z bagażnika. Dokręcam koła i sztycę. Na tarasie przy stołach restauracji w głównym budynku weselnicy próbują znaleźć swoje głowy - prawdziwe góralskie wesele :-) .

Nie niepokojony przez nikogo wyjeżdżam z ośrodka. Za chwilę miły uszom chrzęst beskidzkich łupków pod oponami. Zaczyna się podjazd. Klik, klik - naciągnięcie linki i rozciągnięcie sprężyny w tylnej przerzutce. Pyk, pyk i łańcuch zmienił zębatkę na większą.

Wiem, że na Potrójną nie zdążę przed słońcem ale mimo to jadę. Trudno, nie zobaczę słońca wstającego zza Leskowca. Szkoda, ale mam nadzieję, że będę tylko trochę spóźniony. Gonię jak się da, bo może jednak w necie się pomylili co do godziny wschodu słońca. Albo w górach będzie inaczej - bo to godzina dla Wadowic lub Andrychowa - nie pamiętam. Naciskam mocno na pedały. Na podjazdach wstaję z siodełka. Ból mięśni i rozrywające uczucie w piersiach. Poranne powietrze ma w sobie trochę zimnej surowości. Mijam kolejne znaki szlaku czerwonego. Chwilowe wypłaszczenie. Redukcja przełożenia. Klik, klik i mocniejsze depnięcie na platformy spd. Znowu cholerny ból mięśni. Poprzednie dwie wycieczki rowerowe pozostawiły jednak ślad zmęczenie. Pot zalewa mi oczy. Jadę dalej, nie ściągam bluzy. Szkoda czasu na zatrzymanie się i ściąganie plecaka. Zmienię ciuchy i odpocznę jak będę na Potrójnej. Kolejny stromszy kawałek. Uda i płuca przyzwyczaiły się do wysiłku więc już tak nie bolą. Chwila nieuwagi i obluzowany kamień powoduje buksowanie koła i utratę równowagi. Trzeba zsiąść i pchać rower. W sumie to dobrze bo uruchamiam inne mięśnie. Te odpowiedzialne za pedałowanie mają chwilę odpoczynku. Mijam kapliczkę z medalikami Matki Boskiej. Z pomiędzy drzew widać, że pobliskie grzbiety są oświetlone pierwszymi promieniami słońca. Shit, nie zdążyłem. Wiedziałem, że tak będzie ale czuję jednak małe rozczarowanie. Nie poddaję się - walczę z całych sił dalej. Jeżeli nie mogę być o świcie to chcę być na górze najszybciej jak to możliwe. Jeszcze dwa wypłaszczenia z dużymi kałużami, jeszcze dwie ścianki gdzie trochę podjeżdżam, trochę podbiegam i jestem na pierwszym ze szczytów Potrójnej. Jest 6:10. Z pokoju wyszedłem 40 minut temu. Nie jest źle jak na 35 letnie ciało.

Wyjeżdżam z lasu na polanę. Widok zapiera dech w klacie bardziej niż zimne poranne powietrze. Niesamowity widok na Leskowiec, Łamaną Skałę a za nimi cały Beskid Makowski, Wyspowy, aż po Gorce i chyba nawet Sądecki. Po prawej dumnie pręży się Polica, a tuż obok niej przytłacza swym rozmiarem Babia Góra. Między Policą i Babią wyraźnie widać Tatry. Reeewwweeelllaaacccjjjjaa. Dla takich chwil się żyje. Pod drogowskazem ze szlakami niesamowity widok. Lekki dym sączy się z dogasającego ogniska a wokół niego 5 śpiworów z chrapiącymi wędrowcami. Między nimi w pierwszych promieniach słońca kręci się młodziutki kotek. Próbuje wcisnąć się gdzieś do śpiwora aby złapać trochę ciepła. Jadę dalej na drugi szczyt Potrójnej. Tam jest lepszy widok. Oprócz tego co już było widać dochodzi cała część zachodnia czyli Beskid Żywiecki, Beskid Śląski i pozostała część Małego. Dodatkowo rozległy widok na północ z przedgórzem i podbeskidzkimi miejscowościami.

Po chwili jestem na kolejnej kulminacji grzbietu. Tutaj dopiero widok mnie przytłoczył i zauroczył. Szybko rozkładam statyw. Wyciągam aparat, znajduję pilota do nikosia aby nie bawić się samowyzwalaczem. Rozpoczynam sesję fotograficzną. Parę fotek na pobliski Leskowiec. Potem Tatry. Babia Góra. Pilsko, grzbiet Skrzycznego. Zmiana punktu ostrości. Wydłużenie ogniskowej. Zmiana przesłony. Filtr polaryzacyjny. Zdjęcia seryjne ze statywu do późniejszego złożenia panoramy. Trochę fotek słońca nad górami. Pod Skrzycznem nad Lipową snują się poranne mgły. Robię trochę ujęć roweru na tle gór. Jest 6:30.

W Andrychowie i w Wadowicach odzywają się dzwony kościołów. W bezwietrzny i cichy dzień słychać jak dzwony grają na przemian jakby konkurowały między sobą. Po ustaniu dzwonów z budzących się do życia miejscowości słychać inne odgłosy. Szczekający pies, piejący kogut. Pierwsze samochody. Wszystko to jednak jest jakby za zasłoną. Wrażenie oderwania od realności w ostrym porannym słońcu jest niesamowite.

Dokręcam aparat do statywu. Skoro zarwałem noc, męczyłem się przez 40 minut to i mi się też należy trochę zdjęć. Niestety baterie w pilocie trochę już nadwyrężone. Nie zawsze udaje się ożywić aparat. Jednak trzeba też będzie użyć samowyzwalacza. Autoportrety robię na tle Babiej, Pilska i Skrzycznego.

Poczucie odrealnienia oraz twórcza zabawa w górskiego fotografa-amatora sprawiają, że w ciągu chwili mija godzina. Trzeba wracać. Zaraz obudzą się pozostawione dzieciaki i będą chciały iść na śniadanie. Chowam sprzęt fotograficzny. Zakładam plecak. Wracam tą samą drogą, którą przyjechałem. Mijam wciąż śpiących turystów. Jeszcze tylko tutaj kilka fotek i rzut oka na chowające się za drzewami ukochane Beskidy. Na kasku włączam przyczepioną do niego kamerkę. Najbliższe 20 minut to kawał dobrego beskidzkiego enduro, z mniej lub bardziej stromymi zjazdami, dużą liczbą kamienia i korzeni oraz odrobiną błota. Bajka. Po nieco ponad kwadransie balsamu dla duszy każdego mtbajkera jestem ponownie na asfalcie drogi z Andrychowa, która prowadzi do ośrodka Kocierz. Za kolejnych 5 minut jestem w pokoju i patrzę na słodko drzemiącą rodzinkę. Chwila odpoczynku pierwszy rzut oka na zrobione zdjęcia. Nie jest źle. A co to? Przy ostatnich zdjęciach musiałem dotknąć zapoconą koszulką lub rękawiczką obiektywu. Wyraźnie widać, że nie widać wyraźnie na kilkunastu ostatnich zdjęciach. Trudno. Trzeba to będzie powtórzyć za rok. Z miłą chęcią !!! "Tata jeść" -“ głód obudził moich synków jednocześnie.

Dodano: 2012-02-15

Autor: Tekst i zdjęcia: Marek Wandas

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Internet trenażerów

Szosowe opony na zimę

Polskie etapówki

Azory