Łopaty śmigłowca młócą z łoskotem powietrze, a on sam drży wisząc w powietrzu nad samym kraterem wulkanu. Jest niziutko, tuż nad ziemią, wystarczająco nisko, żebyś mógł wyskoczyć ze swoim rowerem. Pilot przekrzykuje łomot łopat i wizg silników. Nu dawaj! Czuję, że śniadanie podchodzi mi do gardła. Tri, dwa, adin: skacz!

To wspomnienie jest tak kontrastowe i ostre, jak zdjęcia z lądowania na Księżycu. Jest też podobnie odległe. Czasowo i geograficznie. Tak jak każda wyprawa, na którą wybieram się z Albanem Aubertem, była ekstremalna. Podróżując z nim masz to jak w banku. No więc tak, śmigłowiec odleciał, a ja z niedowierzaniem gapiłem się na zajebisty zjazd ze szczytu wulkanu Awaczyńskiego. Wybaczcie wulgaryzm i rusycyzm, akurat w tym miejscu to słowo rzeczywiście pasowało. Żeby stawić czoła Rosyjskiemu Królestwu Wulkanów, Alban zwerbował do pomocy nie byle kogo tylko, Rene „Mega-Mana” Wildhabera, Rene wiele razy wygrał Mega Avalanche, zresztą Alban też nie jest anonimowy wśród ekstremalistów, ustanawiając rekord świata w pokonaniu jak największego przewyższenia w czasie dwunastu godzin. Wiedziałem, że oni poradzą sobie ze wszystkim, czym Kamczatka nas zaskoczy. Najbardziej martwiłem się o samego siebie.

Półwysep Kamczacki jest położony na dalekim Wschodzie Rosji, zaraz nad Japonią. Aż do 1996 r. Kamczatka była niedostępna dla obcych, włączając w to Rosjan mieszkających poza tą prowincją. Kamczatka jest mistyczna, ale to, co nas najbardziej intrygowało, to perspektywa ukrytych szlaków prowadzących przez prastare wulkany, które się tam znajdują. Jeśli nie podoba Ci się pogoda na Kamczatce, poczekaj 5 min. Arktyczne układy pogodowe przelatują nad półwyspem bez ostrzeżenia, ale czasami nie chcą się ruszyć i wszystko oblepiają chmury. Ponieważ heli biking odbywa się tylko przy dobrej pogodzie, czasami trzeba czekać całymi dniami, by potem w jednej chwili być gotowym. I my pierwsze dni na Kamczatce spędziliśmy w hotelu, czekając aż niebo się przejaśni. Jedyne, co mogliśmy zobaczyć, to sylwetki otaczających nas masywnych wulkanów.
Musieliśmy pozostać cierpliwi. Trzeciego dnia obudził nas krzyk Albana: „Przejaśniło się!”. Z okien hotelu wreszcie dostrzegliśmy wyraźnie zarysowana masywną sylwetę Awaczyńskiej Sopki. Odprawę przeprowadziliśmy podczas pośpiesznego śniadania. Zajadając owoce i bliny pakowałem obiektywy i nalewałem picie do camelbaka. Zaledwie pół godziny później byliśmy już na pokładzie helikoptera.

Wiecie, jak wyglądają posowieckie helikoptery używane do takich wypraw? Nie chcecie wiedzieć. Awaczyński to jeden z najbardziej aktywnych wulkanów na Kamczatce, góruje nad Pietropawłowskiem, największym miastem Kamczatki. Im bliżej niego się znajdowaliśmy, tym bardziej wydawał się nam przerażający. Jego strome stoki pokrywa wulkaniczna skała wypluta z wnętrza Ziemi podczas 18 000 lat regularnych erupcji. Gdy tylko helikopter zaczął unosić się nad szczytem góry, nasze nozdrza wypełnił zapach gazu siarkowego.

Ze względu na trudny teren, helikopter nie mógł wylądować. Chcąc być pierwszymi ludźmi, którzy zjadą ze szczytu Awaczyńskiego, pierwszy krok musiał być naprawdę ogromny.
Ustawiliśmy się w kolejce, z rowerami w rękach, i jeden po drugim wyskoczyliśmy z helikoptera. Po skoku zalegliśmy płasko na ziemi i odczekaliśmy aż helikopter odleci. Kiedy wszystko ucichło, wstaliśmy i rozejrzeliśmy się dookoła.

Po pełen tekst relacji z tych egzotycznych zakątków zapraszamy do papierowego wydania bikeBoard 11/2010 (gdzie kupić). Poniżej natomiast zamieszczamy porcję dodatkowych zdjęć, które nie ukazały się w wydaniu papierowym.

Dodano: 2011-11-27

Autor: Tekst i zdjęcia:Robert Rebholz,opracował:Miłosz Kędracki

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Eagle???

Merida Big.Nine 6000 i Big.Nine 800

Kross Level 13.0

Kolarz - cukrzyk

Karpaty w trzech aktach