Kilometry leśnej głuszy, zagubione w borach puste jeziora, tajemnicze uroczyska, słodkie jagody i ostre ścieżki, biwaki w szałasach... i tak przez wiele dni. Tylko natura, człowiek i rower. O tym marzyłem. Hartowanie ciała oraz reset umysłu. Obietnicę takiej przygody niesie Skandynawia. Szorstka, a jednak piękna.


To tam skierowałem swoją uwagę, szukając nowych inspiracji do wyprawy z „gatunku”, który w ostatnim czasie stał się popularny. Coś, co ja uprawiam i promuję od dawna, czyli przemierzanie rowerem odludnych szlaków w trakcie kilkudniowych wycieczek, na które zabiera się minimalną ilość ekwipunku. w Ameryce dopracowano to technicznie i ochrzczono: bikepacking. Zwolenników takiego stylu podróżowania zainteresować powinien Bohusleden – długodystansowy szlak turystyczny w Szwecji. W sumie 370 km wyzwań i niczym nie skrępowanej wolności pośród krajobrazów i przyrody tchnących dzikością Północy. Trudno o takie klimaty po naszej stronie Bałtyku.

North Sea Trail
Wystarczy jednak wsiąść na prom lub pojechać przez Most nad Sun dem, by mieć to wszystko na wyciągnięcie ręki. Bo trasa nie zaczyna się w odległej Laponii, tylko pod Göteborgiem w południowej Szwecji.

Wiedzie lasami równolegle do wybrzeża Morza Północnego i stąd nazywana jest też North Sea Trail. Punkt początkowy – Lindome – znajduje się niecałe 3 godziny jazdy samochodem z portu w Trelleborgu. To blisko, a okolica całkiem ludna jak na warunki tego kraju. Jednak sam szlak, szczególnie w miarę posuwania się na północ ku granicy norweskiej, dość konsekwentnie omija tereny zurbanizowane.
Pewnym udogodnieniem są drewniane szałasy noclegowe, które są wybudowane co kilka, kilkanaście kilometrów wzdłuż całego Bohusleden.


A teren?Choć nie są to góry, nie jest tu równo ani łatwo – ostrzegali na forum lokalni rowerzyści. I jeśli ktoś stamtąd mówi, że nie jest płasko, to nie spodziewajcie się łagodnych pagórków jak na Kaszubach czy Suwalszczyźnie. Z Półwyspu Skandynawskiego lądolód ustąpił znacznie później niż z Polski, więc rzeźba terenu, często naga skała, przypomina obrazki rodem z gór. Mimo że najwyższy punkt na trasie przekracza raptem trochę ponad 200 m n.p.m., przez cały czas jedzie się bardzo interwałowo. Okazało się potem, że jest trudniej, ale i znacznie ciekawiej, niż mogliśmy przypuszczać. Pytanie tylko, czy w tych warunkach owe 370 km, na które przeznaczyliśmy 10 dni, będzie wykonalne? Dystans banalny, tylko teren hardcorowy! Niczego porównywalnego w Polsce nie spotkamy.


Jak się z tym zmierzyć?
Chęć wyjazdu zgłosiło nieoczekiwanie jeszcze dwóch kolegów – Piotrek i Grzegorz. W wersji przejechania całego szlaku, na co się zamierzaliśmy, i przy założeniu, że jak najmniej korzystamy z udogodnień cywilizacji, musieliśmy bardzo starannie zaplanować cały ekwipunek. Zrezygnowaliśmy nawet z zabrania (...)


Cały tekst znajdziecie w bikeBoard 3/2016

Możesz też kupić e-wydanie

Dodano: 2016-03-07

Autor: Tekst i zdjęcia: Daniel Klawczyński

Tagi: wakacje na rowerze, Szwecja

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

ROWEROWE PREZENTY

CO ZAKŁADAĆ ZIMĄ?

Kaski 2018

Cannondale Jekyll 3
Trek Roscoe 9
Giant Anthem Advanced 29er 1