No i nadszedł długo oczekiwany dzień wyjazdu do Moab ! Było trochę planowania, dogrywania terminów ale w końcu stanęło na tym, że jedzie ekipa w składzie: Georges (Kanada), Radek (Polska) oraz Ja czyli Nastar (również Polska). Zaklepaliśmy też domek w Lazy Lizard.

Dla wyjaśnienia dodam, że jesteśmy żołnierzami studiującymi w Akademii Podoficerów Starszych w Fort Bliss, El Paso, Texas. Wielu przedstawicieli różnych krajów, w tym miłośnicy MTB rzecz jasna.
Jedno auto nam wystarczyło, 3 rowery przyczepione porządnie i byliśmy gotowi na wyjazd o 4.00.
Przed nami ponad 1000km jazdy. Szacunkowo to ok. 11 godzin. Trasa stosunkowo prosta więc jedyny problem to sama odległość… Ale wszyscy 3 jesteśmy kierujący więc zmiany za kółkiem były jak najbardziej możliwe. W trakcie podróży okazało się jednak, że Georges (jego autem jechaliśmy) świetnie dawał radę i nie potrzebował zmiany. Zresztą i tak prawie całą drogę przegadaliśmy i czas zleciał bardzo szybko.

Po drodze jeszcze zajechaliśmy do miejsca znanego jako Four Corners. Jest to miejsce w którym łączą się 4 stany: Utah, Colorado, Nowy Meksyk oraz Arizona. Spędziliśmy tam chwilkę, zakup pamiątek ze straganu i dalej w drogę.

Do Moab dotarliśmy po 12 godzinach. Malutkie miasteczko (niecałe 7 tys. mieszkańców), przepięknie położone w okolicy Parku Narodowego Arches oraz Canyonlands (właśnie w tej okolicy wydarzyła się historia na podstawie której nakręcono potem film pt. 127 godzin).
Co się od razu rzuca w oczy to ROWERY ! Wszędzie rowery ! Czasami miałem wrażenie, że przyjechaliśmy na jakiś duży maraton. Co drugie auto obwieszone „bajkami”, sklepy rowerowe, rowery pod hotelami, barami… Wszędzie !

Była 16.00. Miły pan z recepcji zakomunikował nam, że ciemno robi się ok. 18.00 więc mamy prawie 2 godziny czasu… Domyślny, co ? ;-)
Przy okazji – może i Lazy Lizard jest kultowe, ale jeśli ktoś nie jest przyzwyczajony do spartańskich warunków, albo zabierze ze sobą żonę, dzieci etc. to można się trochę zdziwić  Brak łazienki czy miejsca na przygotowanie posiłku w pokoju nie wszystkich ucieszy.
W naszym przypadku nie było problemu bo wszyscy jesteśmy żołnierzami i nie takie warunki mieszkaniowe mieliśmy na poligonach. Po zameldowaniu się w hostelu i rozpakowaniu rzeczy, przebraliśmy się szybko, przygotowaliśmy rowery i dawaj na najbliższą poleconą trasę ! Prawie pod nosem był łatwy i niedługi trail. Jak się potem okazało był to tylko bardzo delikatny przedsmak tego co później dane nam było zaznać…

Pojeździliśmy do wieczora, z wielkim niedosytem wróciliśmy do kwatery i po wieczornej toalecie poszliśmy do recepcji gdzie znajduje się też kuchnia i taka jakby mini świetlica. Zawsze można tam spotkać innych rowerzystów, „lokalsów” czy kogoś z właścicieli Lazy Lizard. Pytaliśmy o trasy, dojazd, dostępność i takie tam. Już na początku lekko się zmartwiliśmy bo okazało się, że Whole Enchilada, którą zaplanowaliśmy sobie do jazdy, jest zamknięta prawie na całej długości z powodu śniegu zalegającego w najwyższych partiach gór… Byliśmy trochę skwaszeni bo bardzo nam odpowiadała długość tej trasy (25 mil) z czego ¾ to zjazd… Mieliśmy przecież cały dzień dla siebie ! Nie wyobrażacie sobie jakie to uczucie wybierać sobie trasę w takich warunkach gdzie macie na jazdę 2 dni, jesteście w TAKIM miejscu a żadnej z tras nigdy nie widzieliście na oczy ! Z jednej strony chcieliśmy pojechać na coś znanego i pięknego widokowo, ale z drugiej nie chcieliśmy przeceniać swoich sił i techniki. Zdarzały się tam bowiem nawet wypadki śmiertelne niestety…
Ogólnie – ekstremalnie mało czasu i mnóstwo możliwych opcji ! Konieczność wyboru powoduje wręcz uczucie na granicy fizycznego bólu, gdy możecie jechać na którąkolwiek z tras wliczając w to takie tuzy jak Slick Rock czy Porcupine Rim. Przeglądanie Google Graphics wcale nie pomagało podjąć decyzji.

W końcu po długich dyskusjach wybór padł na Amasa Back Trail. Niewiele nam mówiła ta nazwa ale z opisu wydrukowanego z Internetu, studiowania Google Maps oraz zeznań miejscowych wynikało, że może być ciekawie… Tym bardziej, że to taki typ trasy gdzie swoim autem jedzie się na parking w górach, rowerem dojeżdża ok. 2km do początku właściwej trasy i robi się okrążenie zależności od sił i możliwości. Maks opcja to ok. 10 mil. Nam wyszło na koniec 27km z licznika rowerowego ( bo był jeszcze Kapitan Ahab po drodze – ale o tym później).
Zawsze to lepsze od zaproponowanego nam „podwiezienia” busem za bagatela, 20 USD od głowy na dystansie 10km po to aby zaliczyć 2 ostatnie, otwarte odcinki Whole Enchilady…
W przypadku Amasa Back jest kilka wariantów skrócenia sobie trasy bądź zmiany jej przebiegu. Oczywiście wybór padł na najdłuższy wariant ! (wiadomo – cały dzień mamy, nie ?
Amerykańskie, wojskowe racje żywnościowe typu MRE (Meal-Ready-To-Eat) mieliśmy przygotowane jako obiad więc nie było potrzeby wracać przez cały dzień. Wody też wzięliśmy sporo, ciuchy różne bo rano było zimno (a potem to nawet gorąco !)
Pobudka przed 7.00, śniadanie, pakowanie rowerów, wody, jedzenia i w drogę. Na rowery wsiedliśmy ok. 9.00…
No i się zaczęło… Trudno to opisać wszystko słowami, dodaję kilka zdjęć ale napiszę tylko, że jak wjechaliśmy na właściwą trasę to najczęściej używanymi (krzyczanymi) słowami były na przemian: WOOOW !!! oraz „Ja pier@#&ę !!!” Wiadomo – międzynarodowe towarzystwo ;-)
Widoki zapierające dech, trasa poprowadzona pomysłowo, często kilka wariantów podjazdu czy zjazdu, bardzo różnorodna nawierzchnia. Po prostu wszystko co najlepsze w kolarstwie górskim było tam w dawkach na granicy zdrowego rozsądku ! Czuliśmy się jak w jakimś „Raju MTB” ! O tej porze dnia nie było zbyt wielu jeżdżących. Latem ludzie startują wcześniej bo w ciągu dnia jest gorąco a jesienią nie ma takiej potrzeby. My za to mieliśmy właśnie taką potrzebę ! Na początku, zaraz po wyborze tej trasy padały teksty, że może za krótka na cały dzień, że może jak wrócimy to coś się jeszcze „obskoczy” i temu podobne bzdety… Nie mieliśmy po prostu świadomości, że po zaliczeniu całej Amasa Back będziemy mieli NAPRAWDĘ potężną, dzienną dawkę jazdy w żyłach, nogach, głowach i czym tam jeszcze się da !

W czasie jazdy oczywiście wiele razy zatrzymywaliśmy się bo co i rusz piękne miejsce na fotkę ! Niektóre miejscówki przypominały Wielki Kanion w pomniejszeniu ! No i ten kolor skał – coś pomiędzy czerwonym, pomarańczowym a brązowym. Faktycznie – skała klei się wręcz do opon (butów też). Ale o tym mieliśmy się dopiero przekonać następnego dnia na Slickrock trail…
Po dojechaniu do przeciwległego końca Amas-y (połowa drogi), znaleźliśmy świetne miejsce na przerwę i obiad. Totalna pustka, cisza… Wydawało się nam, że jesteśmy na końcu świata ! Dopiero jak zbieraliśmy się do odjazdu to przyjechała grupa Amerykanów. Zaczęły się rozmowy, zapytali skąd jesteśmy. Zawsze wszyscy się dziwili jak mówiliśmy: Kanada i Polska. Dość osobliwe połączenie. Dopiero wyjaśnienia, że wojsko, Akademia etc. tłumaczyły sytuację.
Jedno trzeba przyznać: WSZYSCY mijani rowerzyści byli zawsze życzliwi, uśmiechnięci, często zdarzały się rozmowy, porady. ZAWSZE pozdrowienia. Fantastyczna atmosfera na trasie ! Wiele pożytecznych informacji zdobyliśmy właśnie w ten sposób. Którędy jechać, co lepiej omijać. Z mapki tak wiele nie da się wyczytać. Starzy wyjadacze z Moab wiedzą wszystko.
Najbardziej zapadła mi w pamięci (rozbawiła) rozmowa z kolesiem którego spotkaliśmy w czasie powrotu jadąc Amas-ą.

W pewnym momencie pojawiła się możliwość zmiany trasy aby nie wracać cały czas tą samą drogą. Trail nazywał się Kapitan Ahab i wjechaliśmy na niego mniej więcej w jego połowie. Spotkaliśmy kolegę na rozjeździe przy słupku z mapą. Zapytaliśmy co to za trasa ten Kapitan Ahab i jak wygląda dalej w dół. Gość, typowy szalony dwudziestoparolatek z bródką, maniak MTB, stwierdził, że od tego momentu gdzie jesteśmy trasa to istny „flow” … Cały czas praktycznie przyjemny downhill i w ogóle bajka. Przypomnieliśmy mu, że jest oznaczona dwoma czarnymi diamentami co oznacza „dla ekspertów”. Na to on stwierdził, żeby to olać bo to tylko po to żeby przestraszyć niedoświadczonych turystów (a niby kim my do diaska byliśmy ?!)
I zaraz zapytał czy jechaliśmy Kapitanem od początku ? Jak powiedzieliśmy, że dopiero się na niego wbiliśmy to stwierdził, że ten kawałek co ominęliśmy to jest dopiero cyt.: „Fucking sick man !!!”

Powiedział to w taki sposób, że poczułem się jakbym właśnie był w jakiejś amerykańskiej komedii dla nastolatków.
Po pożegnaniu się postanowiliśmy zakosztować tego jego „flow-u”…
Na początku było nawet OK, sporo gładkich kawałków w dół, całość to singletrack, średnio trudno technicznie. Bajka !
Niestety – potem „flow” się skończył i zaczęła się walka o przetrwanie.
Dodać do tego należy jeszcze narastające zmęczenie po kilku godzinach jazdy. Były momenty z przepaścią po prawej i skałą po lewej. Patrzysz po prostu przed siebie i kombinujesz żeby np. pedałem nie zahaczyć o coś i nie polecieć w dół. Sporo fragmentów gdzie musieliśmy prowadzić rower. Najczęściej w dół. Ale pod górę też się zdarzyło…
Gdzieś pod koniec trasy był trudny kawałek z krótkim ale stromym zjazdem, ze stopniem skalnym pomiędzy… Kolega Kanadyjczyk na swoim 29’’ powoli przejechał, potem podjechałem ja na swoim 26’’. Tyłek za siodełko i w dół delikatnie. Ale jakoś tak się stało, że siodełko miałem jeszcze ciut za wysoko chyba i rower podskoczył na stopniu w połowie zjazdu uderzając mnie siodełkiem w krocze…

Pociemniało mi w oczach, rzuciłem rower i musiałem szybko usiąść bo czułem, że mi słabo…
Nie wiem jak to zrobiłem ale zrobiłem… Potrzebowałem z 15 minut żeby dojść do siebie…
Na szczęście nic się nie stało i poza bólem, który po tym czasie całkiem ustąpił, oraz urażoną dumą, nie było innych konsekwencji. Rower też nie ucierpiał.
Za to siedząc i czekając na powrót do świata przytomnych miałem okazję zobaczyć jak inna grupa Amerykanów przelatuje naszą miejscówkę… Frunęli jak zawodowcy na swoich 29-calowych fullach ale jednemu się nie za bardzo udało i zaliczył okropne OTB ! Widziałem tylko jego nogi i rower przez chwilę jak leciał ze skałki i schował się za kolejnym głazem. Zaraz potem charakterystyczne „łuuubuuduu” i cisza. Byłem prawie pewien, że źle z nim ! Kolega podbiegł natychmiast do niego i okazało się, że wszystko OK ! Koleś wstał, obejrzał ręce, nogi i rower po czym… pomaszerował z powrotem pod górę żeby przejechać to miejsce jeszcze raz ! Reszta jego grupy czekała na dole w napięciu… Chłopak podszedł do krawędzie zjazdu, oszacował właściwą linię, odwrócił się, nabrał małego rozpędu i … gładko przejechał a częściowo przeskoczył pechowy odcinek, idealnie wyhamował przed kolejnym głazem i po temacie !

Taki mały pokaz walki ze swoimi słabościami… Cóż mi więc pozostało. Po sprawdzeniu, że wszystko mam nadal na swoim miejscu, ruszyliśmy dalej…
Dalsza droga przebiegła już bez niespodzianek i szczęśliwie dotarliśmy do parkingu i zostawionego tam auta.
Zmęczenie było ogromne ale zadowolenie jeszcze większe ! Żartowaliśmy, że po tym całym Moab to będą nam potrzebne operacje plastyczne aby zdjąć uśmiechy z ust ! Człowiek uśmiecha się cały czas nawet nie zdając sobie z tego sprawy ! Zresztą widać też na zdjęciach.
Po powrocie do „bazy”, toaleta, kolacja i obsługa rowerów. Zadziwiająco znosiły trudy jazdy ! Zwłaszcza mój, gdzie śmiało można powiedzieć, że to raczej niższa półka… BTW – hamulce Deore dawały radę wspaniale ! I to na ori fabrycznych klockach ! Nie miały lekko przecież…
Ale na trasie widywałem „gorsze”, w tym np. stary, klasyczny Rocky Mountain na V-brake’ach.
Na niedzielę plan był jasny: coś w miarę krótkiego bo po południu wyjeżdżamy. Wielu dyskusji nie było. Wybór prosty – Slickrock Trail ! Kultowa trasa !
Jedziemy ! Na miejscu wielki parking, toalety, mapy… Jeszcze pustawo o tej porze (8 rano).
Pogoda zapowiada się piękna ! Rowery przygotowane i ruszamy na trasę…
Przez chwilę Georges przebąkiwał coś o Practise Loop (około 2 mil trasy gdzie można potrenować jazdę na tego typu nawierzchni) ale jego pomysł absolutnie nie zyskał aprobaty. Dzień wcześniej zaliczyliśmy przecież całą Amasa Back i nawet pół Kapitana Ahab ! Walimy śmiało na cały Slickrock !

Pierwsze co od razu rzuca się w oczy to niesamowity krajobraz ! Automatycznie nasuwa się porównanie z pokazywaną w TV lub na zdjęciach, powierzchnią Marsa ! Trasa jednolicie wytyczona za pomocą białych, przerywanych linii na piaskowej skale. Niesamowita ta skała jest ! Jak wcześniej wspomniałem, opony się do niej po prostu lepią ! To powoduje, że podjeżdżaliśmy pod niesamowite pochyłości ! Zero uślizgu tylnego koła ! Jeśli tylko wystarczyło pary w nogach i odwagi to można było zdziałać cuda. Początkowo dany podjazd wyglądał nierealnie i niemożliwie wręcz. Za chwilę widzisz jakiegoś kolesia zasuwającego do góry i też próbujesz. Jaka radocha jak się udaje ! Sam bywałem w szoku czasami.

Cały Slickrock jest niesamowicie wymagający siłowo. Technicznie też ale mega przyczepność powoduje, że można naprawdę wiele…
Cała trasa ma 17km. Zrobiliśmy ją w 3 godziny. To niezły czas zważywszy na to, że przewodnik opisuje ją jako 4-5 godzinną…
Właśnie tego dnia, gdzieś w połowie trasy, w przerwie na zdjęcia, Georges wziął na chwilę mojego 26-calowca żeby się kawałek przejechać po skale… Po powrocie zakomunikował, że albo jestem bardzo odważny albo bardzo dobry technicznie żeby jechać w takim tempie na tym rowerze tutaj ;-) Ale co się dziwić skoro ja tylko na takich rowerach jeździłem do tej pory.
Trzeba jednak przyznać, że po tych 2 dniach jeżdżenia w tym terenie człowiek uczy się wielu nowych rzeczy, poprawia się technika. Widziałem to na przykładzie mojego kolegi z Polski. Jeszcze kilka tygodni temu, jeżdżąc ze mną w El Paso, schodził z roweru w miejscach, których w Moab nawet praktycznie nie zauważał i przejeżdżał bez zastanowienia… Widziałem u niego wielki postęp. U siebie oczywiście też.
I to by było na tyle w kwestii relacji z wyjazdu do Moab… Wyprawa dała nam wiele radości, niesamowitych wrażeń i wspomnień a także umiejętności i wiary we własne siły (mam też ładną koszulkę z Lazy Lizard )
Pozostał oczywiście niedosyt, że tak wiele pozostało jeszcze do objechania…
Jest jednak iskierka nadziei… W marcu przyszłego roku mamy przerwę wiosenną w Akademii…
Cóż… może by tak jeszcze raz pojechać do „rowerowego raju”…? 6 dni jazdy to nie to co 2.
A ponadto w tym czasie Moab jest bardzo popularne bo to już po zastoju zimowym, śniegu nie ma i trasy zapraszają.

Zobaczymy jak to się ułoży wszystko… Na dziś jestem na TAK !

Dodano: 2013-11-19

Autor: Tekst: Sławek „Nastar” Nastarowicz

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Eagle???

Merida Big.Nine 6000 i Big.Nine 800

Kross Level 13.0

Kolarz - cukrzyk

Karpaty w trzech aktach