Zatem wyobraźmy sobie to tak: wyjazd w dzicz. Whistler? Egzotycznie, w miarę dziko, trzy godziny samochodem z Vancouver. A gdyby tak przeskoczyć przez przełęcz Pemberton? Dwie godziny wodnopłatem z Vancouver w kierunku Alaski. Uuu. Naprawdę dziko.


Ze sprzętem przyjechaliśmy tu ciężarówką – mówi mi Grant, mechanik z zespołu Gianta – miało być 7 godzin, ale wybraliśmy skrót przez góry i wtedy pękła nam pierwsza opona. Parę godzin później odnalazłem domostwo, gospodarz znalazł w szopie pasującą oponę. Co z tego, gdy w kilka godzin później dziura jak pięść zniszczyła kolejną oponę. Jeszcze raz mieliśmy szczęście znaleźć oponę, którą udało się wrzucić na naszą felgę. Rozmawiamy w Tyax Lodge, patrząc na odległą i ośnieżoną Przełęcz Pemberton, a Grant wskazuje palcem najniższą część grani. Wreszcie po ponad dobie dotarliśmy tutaj – mówi. Doba jazdy z Vancouver na północ, czy to daleko od cywilizacji? Andrew Juskaitis z Gianta uważa, że nie, jutro lecimy jeszcze dalej.

Kiedy pilot zwolnił obroty po starcie, zapytałem: How long will it take? Puściłem guzik, a w słuchawkach szczęknęło i zniekształcony w puszce metaliczny głos Danny’ego wychrypiał: – Jakieś osiemnaście minut. „Jakieś osiemnaście”? Przecież „jakieś osiemnaście” to w zasadzie prawie dwadzieścia. Przewrażliwiony wariat, pomyślałem, ale na zegarek popatrzyłem. Kiedy sekundnik dobijał do 57, 58, 59..., przeniosłem zachłanne spojrzenie z powrotem na szmaragdowy klejnot wciśnięty pomiędzy wyniosły, obsypany piargiem szczyt i długie zarośnięte świerkowym morzem pasmo ciągnące się na północny wschód. Jezioro Spruce. Danny przyciągnął manetkę, silnik przeszedł od natarczywego brzęczenia do nieregularnego pyrkania.
Wodnopłat szybował, a zarys wolniej obracającego się śmigła przelatywał przed oczami. Lot zajął dokładnie 18 minut – miałem bardzo głupią minę, kiedy patrzyłem na pilota. Danny uśmiechnął się do mnie. Wyglądał jak antyteza pilota. Tacy goście po raz dziesiąty oblewają amerykański egzamin na prawko. Gdybym „jakieś osiemnaście minut” temu wiedział, do czego są te wszystkie dźwignie i przełączniki wolałbym go zastąpić. Małe, schowane głęboko oczka okrywał kwadratowymi, niemiłosiernie wypapranymi fotochromami. Jak dzieciak z ADHD w za dużej kurtce, wiecznie w ruchu, tu coś przełączy, tu sprawdzi, tu się schyli, zagada kontrolę lotów. Cały czas kiwający się pomiędzy przełącznikami, jakbyśmy się bawili w jumbo jeta, a on zastępował całą załogę. A przecież pilot powinien siedzieć w bezruchu, czasem coś burknąć w mikrofon, wyszczerzyć śnieżnobiałe zęby i blikować Ray Banem Aviatorem. Ale lądowanie Danny’ego po „około 18 minutach lotu” było tak gładkie, że nie dostrzegliśmy różnicy pomiędzy lotem a ślizgiem po idealnie gładkiej tafli turkusowego jeziora. (...)









Cały artykuł znajdziecie w bikeBoard 1-2/2017. Możesz też kupić e-wydanie

Dodano: 2017-01-09

Autor: Tekst: Miłosz Kędracki, zdjęcia: Sterling Lorence

Tagi: enduro, Giant, rovestory, Kanada

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

ROWEROWE PREZENTY

CO ZAKŁADAĆ ZIMĄ?

Kaski 2018

Cannondale Jekyll 3
Trek Roscoe 9
Giant Anthem Advanced 29er 1