Góry, doliny, tyś jedyny- takie hasło wypisane na kapslu soku owocowego uśmiechnęło się do mnie w przeddzień mojego wyjazdu,. Wtedy zdałem sobie sprawę, że nawet niebiosa mówią, że wyjazd jest tuż tuż, a wszelkie wątpliwości powinienem zostawić za sobą. I oto 24 czerwca, po trzech miesiącach przygotowań fizycznych i jeszcze dłuższym ślęczeniu nad mapami ruszyłem. Dojechać z Polski do Watykanu, oto był mój cel.

Pierwsze dni spędzone na rowerze to była jakby rozgrzewka przed dużą przeszkodą przegradzającą drogę do Rzymu. Alpy... niejeden się o nie rozbił. Samochodem żaden wyczyn dla cyklisty jednak góry te mogą stanowić niemałe wyzwanie. Również mój pojazd musiał się przyzwyczaić do dużego obciążenia jakie miał przetransportować na dystansie kolejnych 6 tyś km. Pomału zaczęły odpadać jak się okazało zbędne gadżety: nóżka, dzwonek i tylni odblask. Całe szczęście, że póki co maszyneria nie przysparzała kłopotów. Wszystko grało jak w szwajcarskim zegarku.

Przedbiegi

Polskę opuściłem przekraczając granicę w Gubinie. Niemcy od razu przywitały mnie wspaniałą trasą rowerową Odra-Nysa. Dzięki temu mogłem szybko dotrzeć do pierwszego większego miasta: Drezna. Od tej pory ukształtowanie terenu zaczęło być bardziej urozmaicone, a co za tym idzie, również wysiłek fizyczny był większy. Rudawy, Las Czeski oraz Las Bawarski sprawiły, że zacząłem się zastanawiać czy osiągnięcie kilkunastu przełęczy powyżej 2000 m n.p.m. czyhających na dalszych etapach mojej pielgrzymki ma sens. Mimo bólu nogi jaki mi towarzyszył od drugiego dnia zagryzłem zęby i jechałem dalej. Po dziewięciu dniach zawitałem do stolicy Bawarii: Monachium. Ta ogromna metropolia w magiczny sposób łączy nowoczesny, kosmopolityczny charakter z ludową atmosferą małego miasteczka. Marienplatz, Nymphenburg czy Englischer Garten sprawiają, że każdy znajdzie w Monachium miejsce dla siebie. Szkoda tylko, że nie trafiłem akurat na Oktoberfest, bo pusty plac Theresienwiese nie zrobił na mnie większego wrażenia.

Milki, zamki a między nimi serpentyny

Z Monachium z dużą radością jechałem na spotkanie z Alpami. Jedynie pogoda nie współgrała z moim nastrojem i ciągle siąpiło z nieba. Znad jeziora Starnberger ujrzałem po raz pierwszy wspaniałe, ostre szczyty alpejskich gór. Książę Otto Ludwik Fryderyk Wilhelm, bardziej znany pod nazwą „Szalony król” Ludwik, sprawił, że pomimo kiepskiej pogody poczułem się jak w bajce Disneya. Sprawił to widok zamku Neuschwanstein. Najlepsza panorama na ten cudowny zamek roztacza się z mostku Marienbrucke, gdzie niestety trzeba dojechać dosyć ostrym podjazdem. Jakiż był entuzjazm Japończyków, gdy ujrzeli mnie męczącego się na tej trasie z wielkim, obładowanym rowerem. Troszkę poczułem się jak „małpka w zoo”, gdy wszystkie obiektywy były ustawione na moją osobę. Podobna sytuacja zdarzyła się na trasie jeszcze kilka razy, przeważnie w dużych miastach.

Dodano: 2007-09-15

Autor: Tekst i zdjęcia: Grzegorz Pyrgiel

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Internet trenażerów

Szosowe opony na zimę

Polskie etapówki

Azory