Wyjazd nad jezioro GARDA we Włoszech do okazja na wypoczynek dla całej rodziny bo miejsce to tętni różnokolorowym wachlarzem możliwości począwszy od kitesurfingu poprzez windsurfing i nurkowanie a na wspinaczkach górskich skończywszy. Sam dojazd z Polski jest równie prosty jak do innych miejsc odwiedzanych przez naszych rodzimych turystów – choć co niektórzy z przekąsem twierdzą, że jakoś łatwiej i szybciej jedzie się jak tylko opuścimy Polskę. Ale nas na Gardę przyciągnęły niezliczone trasy mtb, które pozwalają na rozkoszowanie się jazdą w terenie po trasach o różnym stopniu trudności i długości zależnie od indywidualnych potrzeb. Ilość tras pozwala liczyć, że częściej zachwycać się będziemy nieziemskimi widokami, ocierać pot z czoła w trakcie długich pojazdów, ekscytować technicznymi zjazdami wśród korzeni i kamieni czy też na maksa sprawdzać swoje umiejętności prowadzenia roweru i koncentracji niż spotykać innych bikerów. Slalomy wśród włoskich krów i koni to gratis do wielu tras.

Przełęcz Śmierci
Wyjazd nad Gardę planowaliśmy od zeszłego roku po przyjeździe z austriackiego Schruns i po przeczytaniu artykułu w bikeBoardzie (1-2/2014. Gdzie na rower w zimie) na temat okolic jeziora Garda. Dystans do przejechania samochodem z Polski to ok 1400 km. Na miejscu zatrzymaliśmy się w Arco ok. 5 km od Torbole miejscowości nad samą Gardą w gospodarstwie agroturystycznym Agritur Girasole http://www.agriturgirasole.it/, idealnie dopasowanym do potrzeb bikerów posiadającym oddzielny garaż dla rowerów, możliwość umycia roweru i łatwy dostęp do tras rowerowych. Śniadania wliczone są w cenę pokoju i pozwalają naprawdę solidnie posilić się przed czekającymi wyzwaniami w górach bo oferują szeroki wachlarz produktów, również tych typowo włoskich i regionalnych, dla każdego podniebienia. W czasie naszego 5 dniowego pobytu zaplanowaliśmy wyprawy w pięć różnych kierunków w pobliżu Gardy. Pierwszy z nich to Passo della Morte na północ od Gardy który stanowi przełęcz na wysokości 853 n.p.m. Sam wyjazd okazuje się małym zaskoczeniem ponieważ opisywane szutrówki prowadzące na szczyt w przeważającej części zostały wyasfaltowane i są rajem dla szosowców, których czasami mijamy. Mijamy również malownicze jezioro Lago di Cavedine mniejszego brata lub siostrę Gardy. O coraz większej wysokości świadczą coraz bardziej malownicze krajobrazy oraz to, że stopniowo pozbywamy się asfaltu spod kół. Prawdziwa frajda, jak na pierwszy dzień zaczyna się od zjazdu z Passo della Morte w kierunku Sarche. Bardzo szybko tracimy wysokość na leśnym szlaku pełnym korzeni i luźnych kamieni – fun – amory zaczynają wydawać tak lubiane posykujące dźwięki a mój Scott Genius żwawo połyka wszelkie nierówności. Pajęczyna ścieżek w różnych kierunkach narzuca czujność bo łatwo tu odjechać w złym kierunku a wyjazd z powrotem po takiej nawierzchni wydaje się mission impossible. W drodze powrotnej mijamy niezliczone winnice, gaje oliwne i sady jabłkowo morelowe.


Dos Remit
Do celu podróży mamy około 12 km ale cały ten dystans to wjazd na 1126 m n.p.m. następnie to już głównie zjazd szutrówkami i singletrackami. Nasza dzisiejsza trasa rozpoczyna się prawie z samego lustra Gardy z miejscowości Torbole i biegnie zboczem Monte Baldo z którą spotkamy się w kolejnym dniu naszej wyprawy. W związku z tym, że jest to jedna z wielu must-do tras w okolicach Gardy po drodze spotykamy tuziny rowerzystów różnych narodowości. Czasami słyszymy rosyjski a dalej słowacki a następnie niemiecki i włoski – cóż za Wieża Babel. Przed skrętem uzupełniamy bidony w ogólnodostępnym Acqua d'Oro, skręcamy w boczną leśna drogę i po soczystym podjeździe oddajemy się wyboistemu zjazdowi. Nasza trasa krzyżuje się z niezliczonymi ścieżkami rowerowymi, które łączą się w pajęczynę łączącą wszystkie sąsiadujące miejscowości, na których codziennie można spotkać setki rowerzystów, nordic-walkerów, rolkarzy i biegaczy w wieku od 5 do 105 lat. To miejsce tętni sportem. Po drodze wpadamy jeszcze na sandwich prosciutto e formaggio i kufelek Moretti.

Leggenda
O tej trasie mówią wszyscy przyjeżdżający w okolice Gardy fani offroadu rowerowego – Tremazo. Po solidnym śniadaniu składającym się ze wszystkiego co nasi gospodarze przygotowali, a więc prosciutto di Parma, formaggio, frutta i domowe dolci fatti wyruszamy w kierunku Riva del Garda skąd startujemy. W mieście mijamy wielu rowerzystów podążających w różne strony – a wybór jest nieograniczony. Podążamy na 1831 m n.p.m. na odcinku około 35 km do słynnego tunelu na przełęczy Tremazo. Tuz przed wjazdem do tunelu znajduje się schronisko do którego wiele osób dowożonych jest małymi busami aby dalej oddać się jednemu z najbardziej ekscytujących zjazdów w okolicach Gardy. W oddali wyłania się wjazd do nieoświetlonego tunelu jak oko jednookiego jaszczura przyczajonego przy ziemi. Mgła spowija całe pasmo najwyższych szczytów. Dalej już tylko świst powietrza w uszach – przecież o to chodziło. Droga w dół często staje się zbyt trudna, zsiadamy z rowerów i prowadzimy je w dół. Tylko niektórzy ubrani w pełne kaski, zbroje i ochraniacze dają radę. Mijamy przełęcze Passo Nota i Rocchetta a w miejscu zwanym Mughera posilamy się tym co zostało w plecaku plus lokalny sandwich prosciutto e formaggio i jedziemy dalej w dół czasem jadąc a czasem prowadząc rowery w dół poprzez wystające kamienie i skały. Prędkość coraz większa a o błąd tu nie trudno jadąc przez tunele wydarte skalą na potrzeby człowieka ale jak mtb to mtb jak powiedział kiedyś kolega Andrzej chyba w Słowenii. Zaczyna podać najpierw drobny deszcz a później coraz gęstszy. Skały pod kołami są śliskie jak diabli a oklejający je piasek sprawia, że tak naprawdę coraz mniej kontrolujemy. Minąwszy Pregasnię kierujemy się w dół znaną już ścieżką, wyjeżdżaliśmy nią przecież do góry, w kierunku Rivy. Jeszcze kilka tuneli i wjedziemy do portu. Coraz mniej rowerzystów i piechurów na trasie. Port w Rivie wita nas takim samym tłumem jaki widzieliśmy tu rano. Ten dzień był esencją kolarstwa górskiego w okolicach jeziora Garda.

Prom – Kolejka – Rower
Połączenie tych trzech wydaje się niemożliwe w ciągu jednego dnia ale Garda oferuje również takie atrakcje. Kiedy wyjeżdżamy z naszego agrituru pogoda nie napawa optymizmem. Wszystkie szczyty były opatulane chmurami a w nocy była burza. Właścicielka hotelu nas uspokaja twierdząc, że to przecież góry i za chwilę z chmur nie będzie ani śladu. Chyba nas nie przekonała ale ryzykujemy. Prom zabiera nas z Torbole do Malcesine przez Limone a stamtąd kolejką (funivia) na Monte Baldo. Po przyjeździe na dolną stację kolejki okazuje się, że kolejka po bilety ma pewnie z 200 m a ostatni kurs zabierający rowery odjechał o 10:15. Następny jest o 14:15. I tu Włosi wykazują się polską inwencją. Przerwę pomiędzy 10:15 a 14:15 obsługuje transport prywatny. Pojawia się 7 osobowy bus, który notabene pakuje 9 osób, i zabiera wszystkich z rowerami na przyczepie na Monte Baldo. No, prawie tam. Zatrzymujemy się na ostatnim możliwym parkingu i ostatnią część drogi pokonujemy już na rowerach. Pozostało nam około 500 m przewyższenia koszmarnie stromym asfaltem a potem szutrówką. Ścigam się z jakimś Słowakiem. Na górze Krupówki – restauracje, sklepy, komercja pełną gębą. Widok z góry rekompensuje wszystko. Morena w naszym agriturze miała rację z porannych deszczowych chmur ani znaku a Garda wygląda majestatycznie 1700 m w dole. Ubieramy bandany i kurtki, które uchronią nas przed zimnym powietrzem w czasie zjazdu. Wiatr gwiżdże w uszach a szutrówki przeplatają się z drogami asfaltowymi. Jedziemy z grupą szosowców przez krótki odcinek drogi. Mały przystanek w Malga Ime, samotne gospodarstwo gdzie starsza Pani z uśmiechem uzupełnia nasze bidony, i kontynuujemy naszą podróż. Jedziemy przez małe miasteczka, winnice, sady a w oddali wyłania się Garda. Kilka razy gubimy drogę ale Włosi chętnie tłumaczą gdzie jechać energicznie przy tym gestykulując. W końcu dojeżdżamy do ruchliwej drogi do Malcesine którą kierujemy się w kierunku portu skąd promem wrócimy do Torbole. Mała przystań portowa wita nas gwarem turystów i wachlarzem zapachów wydobywających się z różnych restauracji i kafejek. Słońce pali tak samo mocno jak przez kilka ostatnich godzin a przecież jest już 18.

Trzeba tu kiedyś wrócić
Okolice Gardy przytłaczają możliwościami, z których można czerpać nie tak jak my w przeciągu tygodnia ale miesiącami i pewnie latami. Bikerzy znajdą tu trasy łatwe poprzez wymagające aż do ekstremalnych; od krótkich po całodniowe; od asfaltowych poprzez szutrowe aż do singletracków. Każda trasa to niezapomniane widoki tras Monte Baldo, Tremalzo czy też Monte Altissimo. Każda trasa to spotkania z pasjonatami tej samej formy wypoczynku z różnych części Europy którzy chętnie pomogą, poradzą czy też pozdrowią tak tu wszechobecnym CIAO. To również możliwoś
popróbowania lokalnej kuchni i napojów. Nie ma tu zakazów wjazdu a wszystkie zakątki są biker-friendly. Podróżowanie w okolicach Dro, Arco, Torbole, Nago czy Rivy daje niesamowite zadowolenie ale im więcej kilometrów przejedziemy tym boleśniej wiemy ile fascynujących miejsc jeszcze jest do zdobycia. No ale zawsze można tu wrócić.

Dodano: 2015-02-06

Autor: Tekst: Robert Oliwa

Tagi: wakacje na rowerze

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Niejasna przyszłość roweru

Nowy wymiar treningu

Moc „ludzi z żelaza”

Młodzi gniewni polskiego XC… rok później