W te nieznane dla naszego duetu strony zwabiły nas... czarne ślicznotki. Ale jeśli wyobrażacie sobie, że wygnało nas do egzotycznej Afryki, to nie mogliście się bardziej pomylić. Co powiecie, żeby zagubić się w Polsce powiatowej, gminnej i prowincjonalnej, w Pyrlandii, na wielkopolskiej równinie? Bardziej banalnie zabrzmieć chyba nie mogło. Też byśmy tu nigdy nie trafili, gdyby nie... ów (uff jak gorąco) - czarnulki.

Na pierwszy rzut oka tak to właśnie wyglądało. Przeciętne i pospolicie. Dotychczas zawsze braliśmy na celownik bardziej popularne miejscówki, które opływają w przeróżne atrakcje i są szeroko znane ze swej niepowtarzalności. Bo czy ktoś słyszał coś o okolicach Wolsztyna? Jedyna rzecz utożsamiana z tym miastem przez szersze masy, to działająca wciąż parowozownia i cykliczna impreza - Parada Parowozów. To właśnie oneczarne śliczności na szynach skierowały naszą uwagę w tamtą stronę. Trochę się wahaliśmy, bo z mapy nie wynikało, że coś nas tam porwie. A chcieliśmy kolejowy piknik połączyć z rowerowym krajoznawczym szwendaniem. Wszak wiosna ruszyła pełna parą i wreszcie można się wyżyć pokonując kilometry w siodełku. Ryzyk-fizyk – ruszamy!

Po pełen artykuł zapraszamy do papierowego wydania bikeBoard 5/2013 (gdzie kupić)
Poniżej prezentujemy dodatkowe, niepublikowane w gazecie zdjęcia.

Dodano: 2013-05-14

Autor: Tekst i zdjęcia: Dominika Skonieczna i Daniel Klawczyński

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Niejasna przyszłość roweru

Nowy wymiar treningu

Moc „ludzi z żelaza”

Młodzi gniewni polskiego XC… rok później