No i w końcu DOKONAŁO SIĘ!!!! - jedziemy na wakacyjną wyprawę rowerową. Pierwsza wyprawa WTR-ką (Wiślaną Trasą Rowerową) sprzed dwóch lat była pomysłem mojego syna Konrada, więc to jego „dziecko”. Wtedy znajomi którzy z nami jechali nazwali ją „WTR-ka wyprawa typu spontan – wydanie pierwsze” Teraz należało by nazwać wyjazd Wakacyjna Trasa Rowerowa – wydanie drugie poprawione. Dlaczego?? Otóż wprawdzie jedziemy ale nie tam gdzie chcieliśmy, przez ignorancję i bezmyślność pewnego właściciela psa, który był na smyczy – ten pies, a który mimo to zdołał mojego syna Konrada ugryźć, raniąc go w nogę. Syn wrócił zdenerwowany do domu a właściciel z psem się ulotnili.
Tu chciałbym przypomnieć wszystkim właścicielom psów – jeżeli ich pupil kogoś pogryzie to ich OBOWIĄZKIEM jest przedstawić zaświadczenie o szczepieniu i ZAPEWNIĆ pomoc – tak stanowi prawo.
W efekcie ugryzienia Konrad musi przyjmować szczepionkę przeciw wściekliźnie w rygorystycznych terminach - w 0,3,7,14,28 dzień a my zamiast kontynuować WTR-kę jedziemy w zupełnie innym kierunku, mając w planach po trasie odwiedziny szpitala zakaźnego.
Na szczęście humory nam dopisują, więc ruszamy w innym kierunku co nie znaczy, że nudnym – wręcz przeciwnie. A plan mamy taki: jedziemy pociągiem do Działdowa następnie przez Lidzbark, Brodnicę w kierunku Torunia, gdzie w piątek Konrad musi przyjąć kolejną szczepionkę i wracamy przez Sierpc do Mławy skąd wracamy również pociągiem. Niby niewiele ale jak się okazuje ilość ciekawych miejsc jest tak duża, że wystarczy na zapełnienie tych kilku dni aż nadto.
W dniu wyjazdu budzę syna cicho mówiąc: „Konrad za pół godziny musimy być na dworcu” Ku mojemu zdziwieniu Konrad wstaje bez słowa sprzeciwu czy marudzenia. I niech mi ktoś powie, że wyprawy rowerowe nie są wychowawcze :-). Szybki toaleta, posiłek i parę minut po 7:00 jedziemy już pociągiem. Pociąg jeden z najnowocześniejszych. Miejsca na rowery są, my siedzimy wygodnie zerkając jednym okiem na nasze rowery. O 11 z minutami wypakowywujemy się w Działdowie. Honorowa rundka wokół rynku i ruszamy w kierunku Lidzbarka – pierwszego celu na trasie. Droga w większości przebiega polnymi dróżkami i drogami o małym natężeniu ruchu. Słoneczko przygrzewa a my spokojnie pedałujemy rozmawiając. Ale sjesta nie trwa długo – na horyzoncie pojawiają się burzowe chmury. Jednak mamy szczęście, deszcz i burze nas mijają, Najpierw z lewej następnie z prawej. Zaliczamy po drodze sklepik. Krótka przekąska i jedziemy dalej. W Lidzbarku kierujemy się na rynek i szukamy muzeum pożarnictwa. Dojeżdżamy na miejsce gdzie powinno być i zatrzymujemy się przed...... Ochotniczą Strażą Pożarną. Trochę tym jesteśmy zaskoczeni – a gdzie muzeum????? Spojrzenie na rynek – jest!!!! - informacja turystyczna. W środku miła pani tłumaczy nam, że muzeum jest i mieści się na terenie jednostki OSP, trzeba wejść na jej teren, zapukać do drzwi z napisem muzeum i wejść. Gdyby drzwi były zamknięte trzeba dzwonić pod numer telefonu na drzwiach. Proste nie! Jedziemy – drzwi są zamknięte, więc dzwonimy: Dzień dobry. Chciałem zwiedzić muzeum. Kiedy?? Teraz – odpowiadam. Eeeaa.... to ja jestem za parę minut – słyszę w słuchawce Po chwili zjawia się dziarski, starszy pan. Ściska nam dłoń na powitanie – jakbyśmy byli jego znajomymi. To bardzo miły gest. Otwiera drzwi i zaprasza do środka. Okazuje się, że pan jest emerytowanym strażakiem a teraz z zamiłowania opiekuje się muzeum oprowadzając turystów. Za chwilę przedstawia nam fascynującą historie jednej z najstarszych jednostek Ochotniczej Straży Pożarnej jednocześnie pokazując eksponaty: drewniane sikawki i prądnice, skórzane kaski ochronne, parciane wiadra – tak to nie pomyłka. Na ścianach wiszą mundury z różnych epok: bojowe i reprezentacyjne i te przerobione z innych mundurów wojskowych. Są drabiny tak pomysłowe, że wyglądają po złożeniu jak kawałek belki. A prawie wszystkiego można dotknąć. Muzeum jest tak zajmujące, że 1,5h zleciało nie wiadomo kiedy. Posiłek w restauracji i jedziemy dalej do Brodnicy gdzie zamierzamy nocować. Do miasta wjeżdżamy w błysku piorunów. Znajdujemy szybko kwaterę, drogo ale przy runku. Gdy tylko się zakwaterowaliśmy przestaje padać -więc szybko decydujemy: idziemy na rynek. Wracamy blisko północy i zmęczeni idziemy spać.
Następnego dnia w czwartek budzę się z silnym postanowieniem wstania o 7:00, przecież tyle zaplanowaliśmy do zobaczenia. Krótki rzut oka na okno w celu sprawdzenia pogody i PADA!!!! Niebo jest całe zasnute chmurami. Robię zwrot na drugi bok i idę dalej spać. Budzę się o 8:00 – rzut okiem i pada jeszcze gorzej. Ale wstać trzeba tak czy inaczej. Po śniadaniu zostawiamy wyładowane sakwy w recepcji hotelowej i na lekko jedziemy zwiedzać miasto Brodnica. Muzeum starej bramy jest na początek a następnie Kościół Reformatów gdzie mamy nadzieję zobaczyć średniowiecznych, zmumifikowanych mieszkańców Torunia. Trafić nie było łatwo. Z zewnątrz kościół jak kościół, nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ale adres się zgadza, więc wchodzimy do kancelarii. W środku miły brat zakonnik, w sandałach a jakże, proponuje z przyjemnością nas oprowadzić i pokazać kryptę, choć zastrzega że do tego kościoła został przeniesiony niedawno. Jednocześnie widząc syna ostrzega, że widoki mogą być niespecjalnie przyjemne, czym tym bardziej podnosi adrenalinkę i chęć zobaczenia krypty. Idziemy więc wąskimi korytarzami zakręcającymi w różnych kierunkach, przechodzimy przez coraz mniejsze pomieszczenia i coraz ciemniejsze. Brat zakonny zapala kolejno światła i w końcu wchodzimy do malutkiego pomieszczenia o niewiadomym przeznaczeniu. Jest tu wszystko, sztandary, krzyże drewniane i metalowe, świece kościelne, jakiś stół z obrusem a na nim zaschnięte kwiaty. Brat podchodzi do ściany odsuwa zwinięty w rulon chodnik i podnosi metalową klapę w podłodze pod którą ukazują się schody w dół: Zapraszam – mówi i czyni zachęcający gest dłonią. Atmosfera się zrobiła nieziemska można by rzec. Wchodzimy dzielnie. Widok w krypcie jest rzeczywiście poruszający i zostający w pamięci. Myśli o przemijaniu, życiu i co w nim ważne są tu jak najbardziej na miejscu. Widzimy dawnych mieszkańców, zachowały się szczątkowo stroje. Obok siebie spoczywają zakonnik i zwykli mieszkańcy, radcy i włodarze miasta i księża, kobiety, mężczyźni i dzieci.
Przy okazji robię z siebie idiotę pytając czy mogę robić zdjęcia, czym wprowadzam zakonnika w konsternację i zdziwienie – a gdzie szacunek dla zmarłych?? Przepraszam zmieszany, brat się do mnie mile uśmiecha. Już mi trochę lepiej.

Dodano: 2012-07-25

Autor: Tekst i zdjęcia: Marcin Wieczorek

Tagi: wakacje na rowerze

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

ROWEROWE PREZENTY

CO ZAKŁADAĆ ZIMĄ?

Kaski 2018

Cannondale Jekyll 3
Trek Roscoe 9
Giant Anthem Advanced 29er 1