Gdy cieplejsza połowa roku zaczęła dobiegać końca, posmak lata zniknął z Polski bezpowrotnie, a dzień skurczył się jak słupek w termometrze, zrozumieliśmy, że to ostatni dzwonek na działanie.

Wizja kolejnego półrocza spędzonego w wyczekiwaniu ciepła, z nosem w mapach i kursorem na google maps podziałała mobilizująco. Bo potrzebowaliśmy resetu, doładowania akumulatorów i wyciszenia. Odcięcia od dnia codziennego, pracy, obowiązków, telefonów i Internetu. Ba! Nawet od dzieci.

Wśród pomysłów zalegających od dawna w mojej głowie hiszpański region Andaluzji wydawał się idealnym miejscem. Dobre połączenie lotnicze, dobre temperatury oraz… kusząca nazwa masywu. Sierra Nevada. Od razu przebłyskują wspomnienia starego artykułu w bB (chyba dotyczył enduro), znany portal bikepackingowy opisuje rejon wysmakowanymi zdjęciami oraz wysoką notą w skali trudności szlaku. Nawet papierowe mapy okazują się banalnie łatwe do zdobycia w Polsce...


Prosty plan
Dolecieć do Malagi, rozkręcić nogi (150 km) wzdłuż słonecznego wybrzeża, kierując na Sierra Nevada. Potem objechać masyw (trochę ponad 400 km), a jeśli tylko pogoda pozwoli, wdrapać na Pico de Veleta, dumnie wypiętrzonego na 3396 m n.p.m. Tego ostatniego nie jesteśmy pewni. Bo choć mówimy o najwyżej położonym asfalcie w Europie, to we wrześniu podobno tam pierwsze śniegi. A nasze bilety są na drugą połowę października!

Plany wyglądają dobrze dopóki są na kartce przypiętej magnesem do lodówki. Te 150 kilometrów prowadzące do upragnionego masywu okazały się nudnymi asfaltami poprzez wypalone doliny i rozległe sady. Wspinaczka na dociążonym do 27 kg rowerze z trzycalowymi oponami po rozgrzanym bitumie... Mozół.


Mijamy ostatnie wioski, ślad GPS oraz mapa wskazują, że lada moment zjedziemy z głównej drogi w teren. Wyczekiwany szlak GR 240 wita nas brutalnym (...)


Poniżej więcej zdjęć, a całą opowieść znajdziecie w bikeBoard 6/2017 (gdzie kupić). Możesz też kupić e-wydanie

Bikepakingowy poranek, zimny strumień, piękny widok i przymrozki nad ranem

Poranne, codzienne kulbaczenie niepozornej stalowej ramy Kross Pure Trail było sprawne i szybkie, bo doskonale wiem jak zapinac te wszystkie klamry i paski - ostatecznie sam to wszystko szyłem :)


Brak bagażników nie utrudniał terenowej jazdy, a obszerność sakw Triglav mieściła cały niezbędny ekwipunek.


Noc w riffugio
To było jedno z naszych małych marzeń tej wyrypy. Wybudowane na 3200 m n.p.m. wygląda jak z obrazka. Nieduża, przyciężkawa kamienna koleba, jedno malutkie okienko z możliwością zamknięcia stalową przegrodą, wąskie stalowe drzwi o mało wysublimowanej estetyce i skrzypiącej zasuwie. W środku szeroki stół, przy budowie którego stolarz nie oszczędzał drewna, dwie ławy i dwie półki drewniane do spania. Na stole na tych mniej frasobliwych czeka jedzenie zostawione przez innych turystów. Są nawet świeczki



całą opowieść znajdziecie w bikeBoard 6/2017 (gdzie kupić). Możesz też kupić e-wydanie

Dodano: 2017-06-25

Autor: Tekst: Dawid Szewczyk, zdjęcia: Piotr Staroń

Tagi: wakacje na rowerze

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

NOWOŚCI 2018

ROWERY 2018

Kaszubska marszruta

Blood Road