Epicko, niewiarygodnie, nierealnie, nieziemsko, bosko. Jako żywo brakuje przymiotów dla określenia tego wszystkiego, czego doświadcza umysł i ciało podczas chwil spędzonych na poznawaniu ścieżek wokół St. Moritz i Davos. Szwajcarskie klimaty rzucają czar na każdego, kto tylko zagości w tej krainie. To pewne i kolejny raz namacalnie potwierdzone.

Nie oprze się tej magii nawet wytrawny zjadacz rowerowych kilometrów pokonywanych czy to w Alpach, Dolomitach, Górach Skalistych czy w jakichkolwiek z innych miejscówek, nawet tych mających status kultowych na naszej planecie. Obcowanie z terenami w Gryzonii śmiało może spowodowować nieuleczalną przypadłość, którą możnaby określić – przygodą życia.


Tak więc kto chciałby pokusić się o przeżycie swojej idylli? Są chętni? Że drogo? A tak, jest nieprzyzwoicie drogo i to nie tylko jak na możliwości większości z nas. Wymiękają nawet ci z „zachodu“. Ale czy to nie jest tylko kolejne wyzwanie dla miłosnika rowerowego flow znad Wisły? Wyzwanie powtarzam, nie problem. Przy odrobinie inwencji, którą większość z nas ma, będzie ono tak samo do zrobienia jak przejechanie etapówki czy przebiegnięcie maratonu. Wszak dla takich chwil warto żyć.


Nie ma większego znaczenia na jakim poziomie rowerowego zaawansowania jesteś. Nie mają znaczenia Twoje preferencje i styl jazdy. Zdarzało mi się mijać „emerytów“ na ebajkach ospale snujących się po szutrówce, słyszeć szum szosowych gum pasjonatów jadących pokonywać alpejskie przełęcze, podziwiać w locie „uzbrojone“ po zęby postacie na downhillowych bolidach ale i schodzić z roweru bo nogi miałem jak z waty, widząc to coś co niby miałbym zjechać. Dla każdego coś dobrego. Jeśli tylko masz w sobie wystarczającą dozę pokory ale i odwagi to Twój mózg oszaleje od nadmiaru wytwarzanch hormonów a mięśnie rozpuszczą od potężnej dawki enzymów.


Helveci pracują od blisko czterdziestu lat nad tym aby wszystko było bikers friendly, dokładnie tak jak hasło w reklamie. W pamiąci utkwiła mi rozbudowana platforma internetowa, dzięki której zaplanujesz swoją przygodę; ogromna różnorodność scieżek, z których każda ma swój niepowtarzalny walor, każda jest dokładnie oznakowana; dostępność hoteli, pensjonatów, świetnych przewodników, mapek i wszelkich informacji, dzięki których możesz swobodnie poruszać się po szlakach; obowiązek posiadania dzwonka, który ostrzeże innych że nadjeżdżasz (najczęściej jest on sprytną miniaturką takich, jakie mają alpejskie krowy u szyi) bez problemu uzupełnisz bidon, przemieścisz się pomiędzy miejscowościami czerwonym pociągiem zawsze wyposażonym w wagony dla rowerów; zostawisz nieprzypięty rower pod knajpą, pójdziesz zjeść i po powrocie zastaniesz go tam gdzie go zostawiłeś - mógłbym tak jeszcze wimieniać.


W Gryzonii nie ma zakazu jazdy na rowerach po górach i rozgraniczenia na szlaki piesze i rowerowe. Owszem, zdarzają się wypadki, ale wiecie co? Miejscowe władze nie próbują oddzielać jednych od drugich, nakazywać, zakazywać, biadolić i narzekać. Co robią ? Budują nowe scieżki, poszerzają dotychczasowe, ustawiają dodatkowe znaki ostrzegawcze i przeszkody terenowe, edukują. A tutejsi górale chętnie udostępniają swoje pola pod nowe ścieżki, na których samorząd ustawia elektryczne pastuchy dla ich łaciatych i nie łaciatych pociech leniwie przemieszczających się po halach w blasku alpejskiego słońca. Wyobrażacie sobie naszych podhalańskich górali oddających choćby miedzę pod rozwój jakiejkolwiek infrastruktury ? No cóż, wróćmy lepiej do Szwajcarii.



W okół samego tylko St.Moritz (1.846 m n.p.m.) jest około 400 km ścieżek dedykowanych dla rowerów górskich. Znakomitą część z nich pokonuje się w dół ale są i takie gdzie trzeba się powspinać. Kilka kolejek od rana do popołudnia wywozi towarzystwo na górę. Śmigasz z jednej kolejki na drugą dając odrobinę wytchnienia mięśniom. Tylko głowa pracuje cały czas a to rozkminiając, którą by tu teraz ścieżkę zrobić a to podziwiając na około widokówkowe obrazy. Nie sposób objechać wszystkich, skupionych wokół kurortu tras, w ciągu nawet kilku dni. Co za potencjał !

Ceniącym endurowy flow zdecydowanie polecam zjazd Corviglia Flow Trail - około czterokilometrową, agrafkową scieżką z elemantami pump tracka ze stacji Corviglia (2.486 m n.p.m.) do stacji Chantarella (2.005 m n.p.m.). Poziom emocji na granicy niekontrolowanej euforii gwarantowany. W zasadzie tylko na niej samej można spędzić jeden dzień delektując się każdym dopieszczonym do granic możliwości zakrętem, mostkiem, parkurem. Bardziej spokojna jazda to zakrętasy w kierunku stacji Trutz (2.212 m n.p.m.) gdzie po drodze można sobie zrobić milion fotek identycznych z tymi w katalogach, na tle górującego nad okolicą Piz Bernina (4.049 m n.p.m.) i jeziora St. Moritzer See. Obłęd. Nie mniejszy niż doznania z jazdy ze stacji Marguns (2.278 m n.p.m.) do miasteczka Samedan (1.706 m n.p.m.) trawersem wzdłóż Piz Padella (2.284 m n.p.m.) z którego podobno eksperci tną prosto w dół na zjazdówkach nie bacząc na niemal pionowe miejscami nachylenie.


Jak już ochłoniemy i nie mamy siły wciąż zmagać się z jednymi z najpiękniejszych widoków na Ziemi, dla rozluźnienia warto zrobić sobie wycieczkę czerwonym pociągiem Bernina Express, działającym równie precyzyjnie jak szwajcarskie zegarki, w stronę Lago Bianco (2.234 m n.p.m.) i zjechać około 20 kilometrów doliną Val Bernina z powrotem do St. Moritz racząc się zielenią i szumem alpejskiego potoku. Wystarczy ? No nie wystarczy, bo teraz jedziemy do Davos. Wspomniany czerwony pociąg dowozi nas tam w około dwie godziny.


A Davos (1.560 m np.m.) jak to Davos. Z ogromnego bilboardu w centrum miasta machają do nas możni tego świata – od Obamy, Merkel, Mandeli po Bono, Gatesa i kogo tylko chcecie. Putin chyba tylko nie machał, nie pamiętam. Takie nagromadzenie luksusowych samochodów na metr kwadratowy jest może jeszcze tylko w kilku miejscach na świecie. Ale to nie Top Gear tylko bikeBoard. Jedziemy zatem ścieżkowymi fullami poczuć jak się odycha na dachu Europy, wszak to najwyżej położone miasto na starym kontynencie. Davos a w zasadzie Davos Klosters bo tak powinno się określać to miejsce, jak zauważają sami szwajcarzy to znów niezliczona ilość kilometrów do wyboru, jeszcze większa niż w St. Moritz. I znów dylemat, które ze ścieżek są najbardziej smakowitymi kąskami ? Osiągnąwszy niemal poziom szaleństwa na Corviglia Flow Trail moja wyobraźnia nie posunęła się ani o krok w myśleniu, że można jeszcze więcej. A można. Na Freeride Piste od stacji Gotschna Boden (1.779 m n.p.m.) do stacji Kosters (1.200 m n.p.m.) osiąga się najwyższy poziom rowerowej ekstazy, chce się krzyczeć i piszczeć z radości niemal szczytując. Łapy trzęsą się, nogi robią się miękkie, motyle po brzuchu latają, serce wali jak szalone a ty chcesz jeszcze i jeszcze. Hmmm, brzmi jak opis...no, nieważne. Najlepiej dla uspokojenia emocji zjechać ze stacji Gotschnagatt (2.285 m n.p.m.) do Davos Dorf (1.560 m n.p.m.) i zjeść pożywnego burgera w knajpce z widokiem na lodowcowe jeziorko. Dużo mniej technicznie ale jakże niewyobrażalnie widokowo pokręcimy od stacji Jatzmeder (2.053 m n.p.m) trawersując Rinerhorn (2.528 m n.p.m.) żółtym szklakiem. Jazda odbywa się w większości singlami usłanymi kamieniami i korzeniami co rusz przepasanymi niewielkimi potokami, które poprostu się przecina lub przejeżdża po mostkach. W dole rozpościera się widok na dolinę Sertigal, nad którą króluje ośnieżony szczyt Hoch Ducan (3.063 m n.p.m.) Obrazy przed oczami są tak nierzeczywiste, że przywołują na myśl seans w kinie 3D o ultra wysokiej rozdzielczości. Nasycenie barw, zapachów i ciszy każe się zastanowić czy to mi się tylko wydaje czy ja tu naprawdę jestem.


A teraz, Drogi Czytelniku, spróbuj choć na chwilę wyobrazić sobie, że możesz doświadczyć jazdy po jednych z najlepiej na świecie przygotowanych tras w okolicznościach przyrody, które sprawiają, że każda zrobiona przez Ciebie fotka będzie wyglądała jak z Photoshopa a na sam dźwięk wymawianych przez Ciebie nazw miejscówek, w których byłeś wszystkim ziomkom opadną szczęki, to już powinieneś kombinować – którędy najbliżej do tej Szwajcarii. Wszystko co tu opisałem to zalewie mały kawałek tego co ma do zaoferowania ten zakątek Ziemi. Jeśli jednak z jakiegoś powodu stwierdzisz, że w sumie nie masz ochoty na taką przygodę – to nie jedź tam i zapomnij o Szwajcarii raz na zawsze. Ale bądź spokojny– ona z pewnością zdobędzie serca tych, którzy podejmą wyzwanie. Moje zdobyła.

Dodano: 2016-11-25

Autor: Tekst i zdjęcia: Krzysztof Gawron

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

ROWERY 2018

28 lat minęło – Yeti Ultimate

Odzież, akcesoria i dużo, dużo więcej!