Jest wczesny marzec i cała północna hemisfera od Vancouver przez Warszawę po Moskwę oczekuje stopnienia śniegów i wyschnięcia szlaków. W tym samym czasie daleko, daleko na południu, w Argentynie nadchodzi babie lato, a boskie słońce wygrzewa setki kilometrów nieskazitelnych ścieżek.

Team Rocky (Wade Simmons, Thomas Vanderham, Geoff Gullavich i Andreas Hestler) przybywa do Argentyny nie tylko dla surowych krajobrazów Patagonii, ale ze względu na przygodę i fakt, że podróże są esencją kolarstwa górskiego. Nasi przewodnicy - Cepi, Boyon i Gonzallo - odbierają nas z lotniska w San Carlos de Bariloche, zagnieżdżonego u podnóża Andów. Wyglądają tak jak my, są w dżinsach, t-shirtach i sportowych butach, są wysportowani a szerokie uśmiechy rozciągają się na ich opalonych twarzach. Ładujemy nasze rowery i sprzęt do kilku półciężarówek i przez pustynne okolice kierujemy się do miasta. W trakcie jazdy zasypuję Martina „Cepi” Raffo pytaniami dotyczącymi populacji regionu, wielkości mijanego jeziora, wysokości okolicznych szczytów i pytam, co oznacza jego ksywka Cepi. Chłopak trochę się namyśla, a potem wreszcie mówi, że ze względu na długie rzęsy od dzieciństwa tak na niego mówią. Cepi znaczy długie rzęsy. Dwa słowa po hiszpańsku już znam. Narastający stan nadciągającej ekscytacji wypełnia samochód kiedy brniemy przez dziurawe ulice wzdłuż wybrzeża ogromnego jeziora. Ale nie przybyliśmy tu żeby surfować, zatem auto skręca i kierujemy się w góry wprost do narciarskiego kurortu Villa Catedral, ulokowanego tuż za miastem. Świętujemy fakt, że wszystkie nasze graty szczęśliwie doleciały i powoli montujemy rowery. Wspominamy, że zaledwie parę godzin temu wchodząc do terminalu lotniskowego przedzieraliśmy się przez zaspy i dlatego teraz trochę dziwnie czujemy się wklepując w skórę krem z filtrem. No ale jesteśmy przecież na drugim końcu świata. Sprawdzamy hamulce, przerzutki, siodła i poprawiamy paski w plecakach.

Bikepark Cerro Catedral
Nazajutrz budzi mnie zapach parzonej kawy. To dobrze, bo na myśl o tym, co nas czeka, wszystkim zasycha w ustach. Ale najpierw trzeba podpisać cyrograf, w zamian dostajemy jednodniowe bilety na wyciąg. Na górę wjeżdża ich wiele, jednak my wybieramy gondolę, bo najbardziej przypomina nam naszą z North Vancouver i mieści się w niej dziewięciu bikerów z rowerami. Pierwszy zjazd sprowadza nas wprost do miasta nad jeziorem Nahuel Huapi. Jest nierówny i pylisty właśnie tak, jak powinien wyglądać park dla rowerów górskich. Koleiny, pralki i cały asortyment tarek przed hopami. Kilka mostków i przyjemny tor do 4X dopełniają obrazu tego rozkwitającego bikeparku. Po kilku rundach, wsuwając lancz rozkoszujemy się wspaniałymi panoramami roztaczającymi się ze stacji pośredniej gondoli. Aplikujemy kolejną warstwę kremu do opalania i obrót za obrotem wspinamy się na sam szczyt Cerro Catedral. Siedząc na szczycie jałowej góry i czekając na ciepłe wieczorne światło chłoniemy bezkresne widoki, które się przed nami roztaczają. Patrząc z zachodniej strony Cerro Catedral widzimy przykryty śnieżną czapą szczyt wulkanu Tronador, górujący ponad nie tak odległym pasmem Andów. Dookoła nas szczyty postrzępione jak ostrze piły poprzecznej agresywnie przecinają księżycowy krajobraz ułożony z łupków. Te zbocza są dla nas tak egzotyczne, jak stoki Mt Olympus na Marsie. Dzień się kończy, temperatura wzrasta, a słońce wskazuje, że czas na idealne światło nadejdzie wkrótce. Nasi przewodnicy mają to w d… i dla zabicia czasu bezmyślnie spuszczają kamienie w głąb doliny. Wreszcie nadchodzi Czas Idealnego Światła. Trzeba ustawić riderów w tym wyjątkowym pejzażu. Ścieżka, a w zasadzie jej niepozorny cień, nigdy nie zaznała ofensywnego pedałowania ani wściekłego skręcania i nie przewidując niczego wije się leniwie przez epicki ogrom tych gór.

Refugio Cerro Lopez
Kiedy następnego dnia ładujemy przyczepę Cepiego, pada deszcz. W drodze na zachód do początku szlaku do Refugio Cerro Lopez widać, że jesień w Argentynie jest tuż tuż. W pewnym momencie podróży Wade niespodziewanie pyta: Ej, gdzie jest północ? Każdy z nas pokazuje w całkiem inna stronę i... wszyscy wybuchamy śmiechem, wiedząc, że nasze wewnętrzne GPS-y kompletnie zgłupiały. Wspinamy się do Rufugio przez las Coihue. Wysokie, z wdziękiem zakrzywione, wiecznie zielone drzewa, niektóre są tak grube, jak sekwoje. Podjazd jest fest. Szutrówką znad brzegu jeziora aż na 1650 m n.p.m. pracujemy na obiad i herbatę w refugio. To coś jakby małe schronisko i przez większość turystycznych miesięcy zapełnione jest turystami, narciarzami, a teraz rowerzystami. Potem świetną ścieżką mamy zjechać 900 m w pionie. Strome i głębokie skręty witają nasze głodne opony gdy spadamy w dół. Z wysokiego skalnego ogromu szlak zwija się z powrotem do lasu. Krótkie, szybkie sekcje są przyczepne mimo deszczu, a pomiędzy nimi musimy panicznie hamować przed niespodziewanymi wyzwaniami technicznymi. Te przeciwieństwa podkręcają nas tak, że tym zjazdem ekscytujemy się jeszcze godziny po zatrzymaniu.

Volcan Tronador
Planując tę wyprawę szukaliśmy także jazdy pozaszlakowej, czegoś, co byłoby całkiem różne od tego, z czym mamy do czynienia pod domem. Wulkan Tronador leży niecałe 100 km od Bariloche w kierunku granicy chilijskiej i w trybie last minute stał się elementem naszej trasy. Mieliśmy wspiąć się o 1800 m i przenocować w Refugio Otto Meiling ulokowanym na prawym skraju lodowca. Roślinność u podstawy wulkanu jest inna, bardziej tropikalna i bujniejsza, wyraźnie korzysta z cienia tego masywnego wulkanu. Na podejściu widzimy, że odizolowany i samotny szczyt góruje o 1000 metrów ponad wszystkim dookoła. Obecnie tylko domyślamy się tego, bo zanurzony we mgle wierzchołek (3491 m n.p.m.) nie jest widoczny. Planowaliśmy śródnocne wyjście i choć nocleg miał odbyć się w schronisku, to i tak dobór ciuchów do spakowania nie był banalny. No i jak zwykle w tego typu sytuacjach nie obyło się bez żartów o wielokrotnym użyciu spodenek. Kiedy jest już po wszystkim ruszamy pod górę z zamiarem przybycia do schroniska tuż przed zachodem słońca. Wspinamy się przez soczysty las po gliniastej dróżce silnie zerodowanej spływającą wodą potoków. Roślinność zmienia się od bambusowej dżungli, po dziwacznie powykręcane subalpejskie drzewa.

Dodano: 2013-09-18

Autor: Tekst: Andreas Hestler, tłumaczenie: Miłosz Kędracki, zdjęcia: Ma

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Eagle???

Merida Big.Nine 6000 i Big.Nine 800

Kross Level 13.0

Kolarz - cukrzyk

Karpaty w trzech aktach