Dz. 0 Gliwice(PL) – Szeged(H) 0km 0h

W ulewny wieczór 4 lipca 2011r. wraz z kupą sprzętu zebraliśmy się o 20.00 pod domem Grechuta. Zapakowaliśmy się i w strugach deszczu wyruszyliśmy w drogę na południe. Na Bałkany. W nieznane.

Dz. 1 Szeged(H) – Kanjiza(SRB) 86km 5h30min

Szeged. Rozpakowywanie po całonocnej podróży trwało około 2 godzin. Węgry to dziwny, ale poczciwy kraj. Pomimo zaawansowanej technologii, na parkingu działała specjalna winda umieszczająca auto w odpowiednich boxach, nikt z obsługi nie potrafił odpowiedzieć nawet na najprostsze pytanie w języku angielskim. Za to po węgiersku – na każde, nawet angielskie.
To jednak nie był koniec naszych problemów. Przekroczenie granicy węgiersko-serbskiej okazało się nie lada wyzwaniem. Na przejściu granicznym w Dala okazało się, że jest ono przeznaczone tylko i wyłącznie dla obywateli węgierskich i serbskich. Uprzejmi Węgrzy pozwolili nam jednak spróbować żegnając nas tekstem (o dziwo po angielsku): „Do zobaczenia za 5 minut”. Może naród węgierski żadnego proroka nie spłodził ale z tym akurat mieli racje. Tak więc na dzień dobry byliśmy zmuszeni nadłożyć 35 km w poszukiwaniu kolejnego przejścia granicznego. Jakby tego wszystkiego było mało, w drodze powrotnej do Szegedu Kamila zgubiła na moście nasze ciasto. Na szczęście po brawurowej akcji odzyskała je i przyrządziła z roztopioną czekoladą. Było pycha!
Posileni przystąpiliśmy do drugiej próby przekroczenia granicy węgiersko-serbskiej. Wybór padł na oddalony o 17 km Horgos. Tu czekała na nas kolejna niespodzianka. Przejście, a jakby inaczej, było zamknięte. Z pomocą przybyli węgierscy pogranicznicy, łamaną angielszczyzną oznajmiając nam, że jedyne przejście graniczne zlokalizowane jest na … autostradzie! W taki oto sposób zaliczyliśmy naszą pierwszą rowerowo-autostradową przejażdżkę wzbudzając przy tym niemałą sensację. W kolejce staliśmy grzecznie, w czworokącie symulując samochód. Serbia przywitała nas wyjątkowo gościnnie. W planach był nocleg na dziko nad rzeką Tisą wraz z kąpielą we wspomnianej rzece. Jednakże szczęśliwym zbiegiem okoliczności natrafiliśmy na sympatycznego anglika, który pokazał nam bezpłatny camping, poczęstował serbskim piwem i umilał wieczór rozmowami o historii Serbii, jego życiu i Polsce.

Dz. 2 Kanjiza(SRB) – Temerin(SRB) 112km 6h

Sen był czymś czego potrzebowaliśmy najbardziej. Grechut – nasz kierowca – mógł wreszcie wypocząć po trzydziestogodzinnym maratonie bezsenności. My zaś – po nieco krótszym maratonie muzyki różnorakiej płynącej z głośnika zamontowanego w suficie naszego nissana.
Po niespiesznej pobudce wyruszyliśmy w stronę naszego pierwszego celu – Belgradu. Pogoda dopisywała. Pozwoliło nam to pokonać tego dnia 112 km. Z drobnymi przerwami jechaliśmy praktycznie cały dzień płaską, gładką szosą malowniczo wijącą się pośród niekończących się pól kukurydzy.
Tego dnia pierwszy raz kupiliśmy legendarne lokalne burki – śniadaniowy przysmak całych Bałkanów. Były przepotwornie tłuste i pyszne! Szczególnie te z mięsem (Pog).
Niestety tego dnia zaliczyliśmy też małą wpadkę nawigacyjną i nadłożyliśmy około 20 km (brawo Grechut). Obiecaliśmy sobie zachować większą ostrożność na przyszłość.
Końcówkę dnia umilały nam liczne piosenki śpiewane przez duet Grechut – Kozioł (nawet śpiewane w kanonie).
Nocleg znaleźliśmy u życzliwych ludzi (węgierskiego pochodzenia), którzy pozwolili nam rozbić namiot na ich posesji i zorganizowali nam prysznic za kurtyną rozwieszoną między dwoma drzewkami. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że: „Tirana radioaktiw”. Hmm, niezły początek!

Dz. 3 Temerin(SRB) – Belgrad(SRB) 120km 6h30min

Po wczesnej pobudce mobilizowaliśmy się, aby przebyć tego dnia 110 km, które pozostały nam do Belgradu. Dzień był niezwykle upalny, ale konsekwentnie robiliśmy 25-kilometrowe cykle przeplatane chwilą odpoczynku w cieniu.
Podczas jednej z przerw posililiśmy się chlebem z domową marmoladą pomarańczową, otrzymaną od gospodarzy, u których spaliśmy dzień wcześniej.
Po całym dniu spokojnej jazdy niewymagającymi drogami Wojwodiny wjazd do Belgradu bardzo nas zaszokował. Był wybitnie nieprzyjazny rowerzystom. Półmetrowe (!) krawężniki, dziury, tysiące samochodów i przepisy występujące tylko w teorii – oto czym przywitała nas stolica Serbii.
Mimo pomocy kolejnych uprzejmych rowerzystów nie udało się nam znaleźć w Belgradzie żadnego campingu. Zagraliśmy więc va-bank i postanowiliśmy szukać noclegu w hostelu. Po kilku próbach i burzliwych negocjacjach znaleźliśmy bardzo dobrze wyposażony apartament, z TV, klimatyzacją (jakie to nierowerowe…), śniadaniem i darmowymi napojami. Cena? Całkiem przyjazna 15 euro za noc (wynegocjowane z 45, brawo Koza ). Po kąpieli wyruszyliśmy na wieczorne zwiedzanie Belgradu. Zaskoczyła nas świetna znajomość języka angielskiego u Serbów, piękna architektura Belgradu i … uroda serbskich dziewczyn (dobra, Kamili nie zaskoczyła). Ukoronowaniem tego wieczoru miała być kolacja. Zdecydowaliśmy się spróbować lokalnych specjałów. Za radą mieszkanki Belgradu trafiliśmy na ulicę Skadarlija. Pryz akompaniamencie nastrojowej muzyki wykonywanej na żywo smakowaliśmy lokalne sery, mięsa, i warzywa. Przejedliśmy się do takiego stopnia, że ledwo byliśmy w stanie wrócić do naszej luksusowej rezydencji (porcje były naprawdę ogromne!). Przed snem oglądaliśmy jeszcze w telewizji Sledge Hammera (policjanta, który ściga snajpera poprzez wysadzenie całego budynku z bazooki). Dla takich wieczorów, jak ten, warto żyć i trzaskać kilometry rowerem!

Dz. 4 Belgrad(SRB) – Radalj(SRB) 43km 2h45min

Po wieczornych przygodach pozwoliliśmy sobie dłużej pospać na wygodnych łożach w pokoju chłodzonym klimatyzacją. Można powiedzieć nawet przechłodzonych, gdyż Pogo zapomniał wyłączyć klimatyzacji, która pracowała całą noc schładzając powietrze do temperatury 16 stopni. Po napełnieniu naszych brzuszków do pełna hostelowym śniadaniem, znów ruszyliśmy na miasto. Zwiedziliśmy belgradzką twierdzę Kalemegdan skąd roztaczał się piękny widok na Dunaj i nową część Belgradu. Zjedliśmy lody, wypiliśmy Jelenia Fresh i zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć. Przy okazji bardzo zaskoczył nas sprzedawca lodów, który pytając nas o pochodzenie, po usłyszeniu odpowiedzi stwierdził” „A Polska, Legia, Kościuszko, Bydgoszcz.” Zamurowało nas! Wyjazd z Belgradu pochłonął sporą ilość czasu i nerwów. Nie obyło się bez niebezpiecznych sytuacji – jak wywrotka na torowisku tramwajowym czy kłótnia z rozwścieczonym Bośniakiem.
Tego dnia pokonaliśmy zaledwie 30 km. Nocleg znaleźliśmy u dwójki młodych ludzi, Filipa i Ivy, właścicieli ogrodu z piękną trawą, w sam raz pod nasz namiot. Okazali się oni być wspaniałymi kompanami do rozmowy i konwersowaliśmy z nimi o wszelakich sprawach do późnej nocy. Podczas wizyty zostaliśmy poczęstowani ciepłym puddingiem przygotowanym przez gospodynię Ivę. O północy złożyliśmy urodzinowe życzenia Kamili i przywdziewając uroczyste koszulki zaśpiewaliśmy "100 lat”.

Dodano: 2012-10-12

Autor: Tekst: Jacek „Grechut” Rzeszutek, Mateusz „Pogo” Pogorzałek, zdjęcia: Mate

Tagi: wyprawa rowerowa, bałkany

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

ROWEROWE PREZENTY

CO ZAKŁADAĆ ZIMĄ?

Kaski 2018

Cannondale Jekyll 3
Trek Roscoe 9
Giant Anthem Advanced 29er 1