Otwieram suwakiem drzwi mojego dwuosobowego apartamentu i nie mogę się nadziwić – cóż za cisza i spokój, jaka harmonia! Po horyzont ciągnie się wśród lasów niczym nie zmącona toń jeziora, w którym na dobry początek upalnego dnia zażywam porannej kąpieli. Miejsce wymarzone do relaksu, więc waham się, czy zgodnie z planem ruszyć na podbój okolicznych szlaków, czy może lepiej zostać i plażować cały dzień...


Tak witają gości Bory Tucholskie. Dawniej, gdy tylko od czasu do czasu zaglądałem tutaj jako mieszkaniec jednego z większych miast Polski, takie spotkania z tą zieloną krainą były niczym lądowanie na innej planecie. Kontrast pod każdym względem kosmiczny. Teraz, choć mam to na co dzień (mieszkam w BT od półtorej roku), wcale nie szukam odmiany. Wolny czas nadal lubię spędzać odwiedzając ukochane „borowe” zakątki, bądź wyszukując te jeszcze nie poznane. Mam wrażenie, że potencjał tych „labiryntów natury”, rozciągających się na ogromnej powierzchni – od Krajny po Kociewie, od Kujaw po Kaszuby, jest niewyczerpany (...)


Cały tekst znajdziecie w bikeBoard 9/2015


Możesz też kupić e-wydanie

Dodano: 2015-09-04

Autor: Tekst i zdjęcia: Dominika i Daniel Klawczyńscy

Tagi: wakacje na rowerze, bory tucholskie

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Niejasna przyszłość roweru

Nowy wymiar treningu

Moc „ludzi z żelaza”

Młodzi gniewni polskiego XC… rok później