Koleżanka powiedziała mi, że to się nazywa „mapa marzeń”. Na mojej było napisane: „Poczuć się jak nastoletni skibum z rowerem w Kanadzie”. No to bardzo proszę: oto jestem: spłukany, mieszkam w basementcie koło cuchnącego paliwem garażu, wylizuję foliowe opakowanie z ohydnym, rozgotowanym wodą z czajnika ryżem i czuję się spełniony, bo jakieś pół godziny temu zjechałem Boney elbows!

* W tej opowieści nie zachowuję chronologii, więc teraz opowiem co było najpierw. Na początku był pełen wypas. Giant zorganizował prezentację swojego nowego roweru superenduro Reign w warunkach dzikiej i dość „abuzywnej” przyrody. TUTAJ znajdziecie test, który napisałem jeszcze w Kanadzie. Nadmienię tylko, że w drodze do redakcji jest Reign, którego przetestujemy z całym sztafażem naszych możliwości, także laboratoryjnych.

Piwnica cuchnęła przepoconą pościelą, dlatego spałem „w opakowaniu” na karimacie, którą znalazłem za zepsutą zamrażarką. Zakratowane okienko pod powałą wpuszczało mało powietrza i zero światła, ale wcale nie miałem ochoty bratać się ze zdziwaczałymi pannicami i fatalnymi facetami, którzy zamieszkiwali nawet schowki na deski do prasowania ogromnego domu. Jego właścicielka kapitalizowała właśnie nasz czynsz na plażach Goa i pewnie dlatego łazienka najbardziej kojarzyła mi się z Kalkutą. Tylko fakt, że nie zabrałem kaloszy powodował, że - ze względu na ryzyko zakażenia - kąpałem się w adidasach. Do kuchni wszedłem raz: pierwszy i ostatni. Ale było tu cudownie, bo po pierwsze był to najtańszy nocleg Airbnb w Squamish, a po drugie brama „mojego garażu”, który właścicielka określiła poetycznie „artistic and fully equipped studio” była oddalona o 5 km od najwspanialszych ścieżek na Ziemi. Ale zanim tu trafiłem, wydarzyły się jeszcze inne historie.

Heli
O ile Amerykanie zawsze przesadzają, informując o trudnościach i wyzwaniach, na jakie narażeni będą uczestnicy presscampów, tak tym razem wydźwięk nadesłanych papierów był taki – spisz testament. Na wszelki wypadek nie pokazywałem ich żonie i matce moich nieletnich dzieci. Bo najważniejsze było to, że lecę do Pemberton w British Columbia! To małe miasteczko oddalone od Whistler o 30 km nie jest ośrodkiem rowerowym sensu stricte. Słynie z fenomenalnych warunków do freeride’u i ski touringu. Jest dzikie i praktycznie nieodkryte rowerowo. Giant chciał nam pokazać, jak w prawdziwej głuszy spiszą się ich nowe endurowe zabawki – Reign.


- Hej! Johny Smoke, to prawdziwe nazwisko? – zapytałem, patrząc na zapuszczonego busa, oklejonego rastamańskimi i rowerowymi naklejkami tak gęsto, że trudno było rozpoznać oryginalny kolor lakieru. - Obstawiałbym przezwisko - dokończyłem. Johny jeszcze raz głęboko się zaciągnął i podał peta dalej. Przytrzymał przeponę i wypuszczając dym powiedział: - Wiesz co? Teraz to już tak mam nawet w papierach - i wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Bus był gigantyczny, gdyby nie nagromadzone śmieci i kurz, można by wewnątrz zaparkować Sprintera. Na dachu w poprzek stało kilkanaście nowiutkich Reignów, wyglądały na podniecone podróżą. Charakterystyczne paski w różnych tonach kobaltu podkreślały intensywność tej ekscytacji. Ale to, co działo się z pasażerami w środku, przypominało wyjazd limuzyną na studniówkę albo wieczór kawalerski.

Kiedy dojechaliśmy do wielkiej łąki, a Smoke puścił na cały regulator Die Walküre Wagnera, poczułem, że zupełnie nie zrozumiał przesłania Czasu Apokalipsy. Bo to tutaj było jak prawdziwy Disneyland dla dorosłych, a do lądowania właśnie podchodził śmigłowiec. Nawet najbardziej
bywali i zblazowani dziennikarze zachowywali się jak dzieci w sklepie z czekoladkami. - No dobra panowie, musimy przewlec tę pętlę przez ramy, żeby „śmigło” mogło dźwignąć rowery - powiedział zawodowym tonem Smoke. Szeroka taśma zakończona była wielgachnym stalowym karabinkiem. Zaproponowałem, żeby go odpiąć, bo niechcący moglibyśmy poobijać ramy. Pomysł strasznie się wszystkim spodobał. Delikatnie przewlekliśmy i zabezpieczyliśmy, żeby się nie poobijało. Przyszedł pilot, żeby sprawdzić naszą robotę. Popatrzył, pochwalił, a potem odpiął karabinek, oparł się butem o najbliższego Gianta i szarpnął tak, że carbon westchnął, a my jęknęliśmy z przerażenia! Popatrzył na nas jak na kosmitów i rzucił: - Przecież i tak jak pociągnę je do góry to szarpnie mocniej. A potem było jak w filmie – setki selfie, huk wirujących łopat i wizg turbiny, migające krajobrazy, wibracja i straszny hałas. Wyskok i oczekiwanie w kucki aż wielki aluminiowy owad się wzniesie i poleci po następnych. Zatrudniona przez Gianta firma helikopterowa zazwyczaj wozi narciarzy. Więc kiedy wylądowaliśmy na szczycie Mt Barbour (2200 m n.p.m.) nie było ani śladu ścieżki. Znaleźliśmy tylko odcisk łapy niedźwiedzia.(...)

Cały test znajdziecie w bikeBoard 3/2015

Dodano: 2015-03-02

Autor: Tekst: Miłosz Kędracki, foto: Sterling Lorence

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Internet trenażerów

Szosowe opony na zimę

Polskie etapówki

Azory