Pełen entuzjazmu słucham ogłoszenia nawigacji „Welcome to Italy!” Tyle trasy za nami, dam radę, dojadę do końca, będziemy przed 2 w nocy! Nic z tego. Po kilku godzinach za kółkiem zapach podpalonego sprzęgła na początku krętego podjazdu pod Stelvio jasno daje mi do zrozumienia, że ster muszę oddać bardziej wyspanym kolegom.

Niestety na szczycie czeka nas szlaban. Kartka z krótkim komunikatem po włosku, z którego rozumiemy tyle, że nie wolno. Cała droga w dół raz jeszcze. Alternatywna trasa zapewnia nam 1,5 h dodatkowej podróży okrężną drogą. Nawigacja równie triumfalnie oznajmia „Welcome to Swizerland!”. Świadom ograniczonej ilości czasu na sen przed jutrzejszą wycieczką już się tak nie cieszę.


Bongiorno Alta Rezia!
Wstajemy zgodnie z planem o 7:00. Deszcz i dźwięki budzącego się do życia włoskiego miasteczka nie zdołały mnie wyrwać z głębokiego, półtoragodzinnego snu (po dotarciu do Bormio i wypakowaniu rowerów w łóżku wylądowaliśmy o 5:30). Widzimy się przy śniadaniu. Nasze twarze noszą wyraźne piętno kilkunastogodzinnej podróży. Poranna kawa, bułka z kremem czekoladowym, potem z marmoladą mają zrekompensować brak snu, ale dopiero rześkie powietrze i trzask wpinanych SPDów przywracają nam ochotę do życia.

O 9:30 spotykamy się z naszym przewodnikiem. Gość wyciąga rękę i mówi: Kici... Konsternacja. Dopiero po chwili rozmowy okazuje się, że to ksywka. No to ładny kocur nam się trafił, myślę.

Lądujemy na wysokości 1885 m n.p.m. na przełęczy Passo Torri di Fraele. Poranne deszczowe chmury dawno odeszły w zapomnienie. Łapiąc powietrze, napawamy się pięknym słońcem i niesamowitymi panoramami. Po kilkudziesięciu minutach szutrowania docieramy do dwóch wielkich i sąsiadujących ze sobą jezior – Lago di Cancano i Lago di Giacomo. Liczba znaków drogowych nie pozwala się tu zgubić. Szlak „solny i winny”. Przed wiekami, na północ ciągnęły tędy karawany z winem w bukłakach, a z powrotem objuczone solą z północnych kopalń. Co rusz tabliczka, która namawia, aby zboczyć, na dobre wino lub kawę. Ledwo zaczęliśmy pedałować, a już czujemy się jak u celu. Nic bardziej mylnego, Kitchi ma dla nas w zapasie sporo wrażeń. Szybko prowadzi nas ku górze Monte Trela. Szczyt mijamy po lewej stronie, kierując się do przełęczy Bocchetta di Trela 2346 m n.p.m.

Stromizna wyciska poty, ale droga jest przestronna i wygodna. Z szerokich hal strzelają grzebienie skalne uformowane jak płetwy grzbietowe bajkowych potworów. Skalne turnie wyglądają jak fortyfikacje gigantów broniących dostępu do wyższych partii. Szlak jednak zawsze gdzieś się przeciśnie. Jedziemy zieloną halą, wielką jak pas startowy. Łagodnie opada ona z przełęczy, do której prowadzi wąziutka ścieżynka wijąca się wśród kęp ziół i kamieni. Z przełęczy roztaczają się wspaniałe widoki na obie strony. Z jednej lodowce, z drugiej formacje skalne, ale wąska wstążka ścieżki wije się ku sąsiedniej dolinie, więc przerwa trwa krócej niż restytucja wysiłkowa.

Ciśniemy w dół. Na maksa. Wąski singiel smakuje wybornie i grunt zaczyna coraz szybciej mijać pod kołami. Tempo jazdy staje się zawrotne i nikt z nas nie zamierza zwalniać. Kierujemy się dalej w dół, ku miejscowości San Carlo. Na szczęście w połowie drogi do Arnoga czeka nas lunch. Jemy w ogródku obwiedzionym szerokim, asfaltowym zakosem. Przejeżdżają wypasione motocykle, zabytkowe samochody, ale zwracamy uwagę głównie na rowerzystów i sprzęt na którym jadą. O, Tarmaki... Kwiatkowski! Stybar! – szybko rozpoznajemy, kto nas minął i ruszamy w pościg, nie uwierzycie... odskoczyli nam. Z każdego kierunku prosi tną asfaltowe zawijasy. Jeśli widzisz strój teamowy, to niekoniecznie jest to fan. Najczęściej to gwiazdy peletonów. Bliskość Livigno i legendarnych przełęczy jasno tłumaczy obecność rowerowych sław (...)


Enduro z lodowcem w tle


Ze schroniska rozpoczynamy wspinaczkę w kierunku lodowca. Pasaże z rowerem na plecach przeplatane są ekscytującymi fragmentami nad huczącym potokiem, po ogromnych wyślizganych lodem skałach i poprzez wiszące mosty.




Jesteśmy na szczycie. Panuje tu niesamowita cisza. Blisko 3000 m n.p.m. z widokiem na centrum Bormio to idealna miejscówka na podziwianie krajobrazów. Przewodniczka informuje nas o najciekawszych odcinkach trasy. Do wykorzystania mamy blisko 10 km krętego zjazdu.



Okolice Bormio oferują dziesiątki możliwości. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze. Według naszych obliczeń, potrzeba minimum dwóch tygodni, aby poznać to miejsce dobrze


Cały tekst znajdziecie w bikeBoard 4/2016 (gdzie kupić). Możesz też kupić e-wydanie

Dodano: 2016-04-20

Autor: Tekst: Kuba Świderski, zdjęcia: Miłosz Kędracki, Marco Toniolo

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Niejasna przyszłość roweru

Nowy wymiar treningu

Moc „ludzi z żelaza”

Młodzi gniewni polskiego XC… rok później