Za dwa dni, w środę 20 lipca 2016 roku, odbędzie się długo wyczekiwany przez Szwajcarów, kończący się na ich terytorium, etap Wielkiej Pętli.

Ich duma z osiągnięcia celu i zrealizowanie etapu na terenie Szwajcarii jest tym większa, gdyż – jak poinformowała nas Ilse Becker odpowiedzialna za PR i kontakt z mediami podczas tego etapu – „W Szwajcarii nie można od tak, jak we Francji zamknąć dróg, ograniczyć dojazdu do sklepów i innych obiektów, bo jest wyścig. Dla większości przedsiębiorców jednak ich działalność jest ważniejsza niż najwspanialsza impreza sportowa świata. Dopięcie wszystkiego wymagało wielu setek godzin uzgodnień, ale i ogromnego nakładu finansowego, by wielu przedsiębiorcom na trasie etapu zrekompensować straty z powodu zamknięcia dróg i ograniczenia dostępności”.
Szwajcarski etap to jeden z ciekawszych zważywszy na lokalizację mety. My mieliśmy okazję pokonać większość tego etapu na początku czerwca, także w towarzystwie bardzo ciekawego przewodnika. Przeczytajcie relację Jarka.


Jest trzeci czerwca. Brunatne i pękate chmury nad Bernem niestety nie niosą czekolady Lindt, na której pionierską siedzibę właśnie spoglądam. Chwilę później rzęsiste krople spadają na kostkę brukową, po której 20 lipca miasto będą opuszczali kolarze ścigający się podczas Tour de France. Pęd kolarskiego peletonu wydaje się być tutaj czymś nienaturalnym. Pochodzące z 1530 roku trybiki ustrojstwa zamkniętego we wieży zegarowej Zeitglockzentrum zdają się synchronizować z miarowymi uderzeniami kropli deszczu. Z jazdy chyba nici.

Kilka godzin później na siedzeniu caravelli próbuję wyczuć rytm, z jakim wąska droga wije się, wznosi i opada wzdłuż strzelistej skarpy po naszej prawej. Zbliżamy się do połowy liczącego 184 km 17-ego etapu Maillot Jaune. Od Berna wielkich gór nie było, ale przy bezchmurnej pogodzie panoramy na spowitego chmurami Thunesee i sterczące ponad nami 2-3-tysięczniki muszą powalać. Deszcz nie ustępuje. Szwajcarzy nie chcą słuchać, że Polakowi, szykującemu się do La Marmotte Holendrowi i Brytolowi naznaczonemu bliznami po Trans Provance wcale woda nie przeszkadza. Nie dają nam szansy się przeziębić. Od Zweisimmen do szczytu Saanenmoeser wyłącznie oblizujemy się widokami wodospadów spadających z łoskotem za krawędzią coraz węższej i bardziej krętej drogi. Przypomina mi tą wiodącą wzdłuż Białej Wisełki, choć jest stromiej i bardziej kręto. Ale nie przesadzajmy – droga śmierci w Boliwii to to nie jest.


Nad hotelem Des Alpes nieśmiało pojawiają się przebłyski, ale nie liczę na opaleniznę. Widać czekające na nas SLR01 Teammachine i tęczę na rękawkach. Cześć wszystkim, no to sobie dzisiaj trochę pokręcimy – wita nas Cadel Evans. Po kilku formalnych zdaniach ruszamy w kierunku Saanen i Gstaad. Lecimy swobodnie w dół 5-6 dyszek. Dobrze profilowane zakręty, spływająca strumieniami woda nie nastręczają trudności. SLR01 prowadzi się płynnie, daje poczucie bezpieczeństwa i optymalnej sterowności pomimo błyskawicznej reakcji. W Saanen zbaczamy z oficjalnej trasy. Cadel prowadzi nas wąską, wspinającą się wzdłuż strumyka drogą z nachyleniem około 10%. Jest ok, nawierzchnia schnie, a Teammachine wspina się niezwykle lekko pomimo klasycznego zestawienia napędu. Sztywna rama i ofensywna geometria robią robotę. Reaguje błyskawicznie na wyjście w korby, nie marnuje energii, którą spokojnie można przeznaczyć na pogawędki z przesympatycznym Australijczykiem. W Turbach Cadel proponuje przerwę na fotki na tle gór osłoniętych wznoszącą się mgłą. Pędzimy w dół wąską i krętą dróżką. Podążam metr w metr za jednym z najlepiej zjeżdżających szosowców w historii.
Topowy BMC prowadzi się bezbłędnie. Precyzyjne i diabelnie mocne hamulce w zasadzie wykorzystuję przed dwoma ostrymi nawrotami. Jazda torem mistrza wystarcza. Flow. Do Gstaad zjeżdżamy nieomal w ulewie – Idealny moment na kawę, znam tu fajną knajpkę – mówi Cadel i dodaje: normalnie wpadamy wlać w siebie podwójne espresso, by się nieco rozgrzać, ale w obecnej sytuacji myślę, że 15 minut przerwy i serniczek do kawki nie zaszkodzą. Wraz z ostatnią kroplą kawy przestaje za oknem lać. Kierujemy się w stronę Saanenmoeser. Gdzieś w połowie drogi zostawiamy zmęczoną większość i wyłącznie we czwórkę atakujemy krótki, ale ponad dziewięcio-procentowy podjazd. Zjazd potwierdza superlatywy odnośnie hebli Dura-Ace i brzytewnej precyzji SLR01. Wciąż nam mało. Śliska, mokra nawierzchnia powstrzymuje nas przed przekroczeniem 70km/h. Peleton będzie tu podjeżdżał. Odbijamy w prawo na bonusowy podjazd do stacji narciarskiej Hornfluh. Wąska, mocno arytmiczna dróżka o dobrej nawierzchni zachęca do zmian tempa, przyspieszeń, ciągłej zabawy. Na kilku ściankach przydałaby się korba 36-52. Przez resztę dnia spędzoną na rozmowach z Cadelem towarzyszą nam świetne jedzenie i doskonałe, lokalne winko.


Odcinek z Saanen do L’Etivaz bez większych atrakcji. Ciśnienie podnosi ponad sześciokilometrowy podjazd trzeciej kategorii pod Col de Mosses. Rewelacyjnie wijąca się przez las droga z wieloma zakosami nie pozwala się nudzić. Jednak zdecydowanie ciekawiej jest po drugiej stronie. 18 km zjazd do Aigle to około 18 minut nieprawdopodobnej jazdy. 80 na godzinę na zawołanie. Do sprzętu mam zaufanie. Po prawej pionowe skały, po lewej kilkudziesięciometrowe urwisko, które od drogi oddziela zwykła, mająca świetność za sobą bariera. Kilka zakrętów naprawdę „ślepych”. Świetny odcinek z końcówką odsłaniającą sięgające po horyzont winnice rejonu Martigny i Fully. Krajobraz przypomina mi ten z Bolzano we Włoszech. Sam dojazd oprócz zmiany języka obowiązującego dla Canton du Valais na Francuski jest płaski i wietrzny. Rozległa przestrzeń wypełniona winnicami i sadami otoczona górami. W Martigny zaczyna się wisienka na torcie 17 etapu TdF. Route de la Forclaz widać na przynajmniej 2 kilometry wprzód. Najbliższe 13 km to dla nas naprawdę kawał solidnej roboty. Przed walką z 8% podjazdem napełniliśmy żołądki świetnymi wędlinami i serkiem rejonu Fully, zapijając delikatnym winem. Szosa wcina się charakterystyczną bruzdą w skalnej ścianie. Najtrudniejszy jest czwarty kilometr, ale podjazd trzyma na całej długości między 7 a 8,5 %. Pogoda sprzyja, a po naszej prawej raz po raz widzimy przepiękny krajobraz malejącego miasta.

Przyzwyczajamy się do nachylenia. Na ostatnich 3 km puszczenie korb wytrąca we mnie uczucie, że jadę po płaskim. Przed nami tęgie chmury spowijające Croix de Fer. Na zjeździe z Forclaz zaczyna walić z nieba żabami. Przypadek? Droga ta biegnie wprost do Francji, o czym zdaliśmy się zapomnieć, a raczej tkwiliśmy w przekonaniu, że to jedyna droga do celu etapu, czyli zapory d’Emosson. Gnani ulewą mijamy mało wyeksponowany skręt do Finhaut, a chwilę później okazały kompleks przejścia granicznego z Francją… Przecież to bramki na wzór tych np. na Grossglockner Hochalepnstrasse – pomyśleliśmy i już za moment gnamy podjazd do Vallorcine. Moją niepewność wzbudzają wszechobecne wyłącznie francuskie tabliczki. Oberwanie chmury się wzmaga, temperatura leci na łeb na szyję. Na szczęście z nieświadomości wyprowadził nas prędzej niż na rogatkach Chamonix francuski „wieśniak” – Panie, jakieś 8 km musicie wrócić i 2 km za granicą mało widoczny skręt w lewo. Zlani do suchej nitki dymamy 60 na godzinę w dół dzwoniąc zębami. Jest i on… Podjazd do Finhaut nie zwala z nóg w porównaniu do Forclaz. Jest tylko nieco bardziej wąsko. Zabawa zaczyna się za wioską. Poza pierwszymi dwoma kilometrami nachylenie praktycznie nie spada poniżej 9%. Wstążka szerokości 4 metrów wspina się bezlitośnie. Momentami 14%. Na ostatnich 5 kilometrach otaczają nas praktycznie tylko skąpo porośnięte skały i skąpane chmurami strzeliste szczyty.
Do końca nie widać celu. Pokonuję jedną z niewielu agrafek na tej wspinaczce, średnie nachylenie osiąga tutaj swoją kulminację. Stromsza jest tylko końcówka. Chmury się podnoszą, z góry spływa rzeka wody. Teammachine mimo sportowej geometrii nie męczy kręgosłupa i lędźwi na tak trzymającym podjeździe. Pora rozciągnąć nogi, wstaję w korby, SLR01 wyrywa zachwycony do przodu. Widoki po lewej opływają mlekiem mgieł, na twarzy czuję zimny powiew. Na horyzoncie pojawiają się śladowe ilości śniegu. Od 3 kilometrów nie schodzi poniżej 9%. Czuję się tutaj, jak na Alp d’Huez Beskidów, czyli Lysej Horze w Czechach, jest jedynie pół kilometra wyżej. Ciężko mi przekroczyć 172 tętno. Wyłania się naga, pogruchotana szczelina w skale. Przy drodze stoją ratraki i maszyny do umacniania skarp. Pobocza ukryte pod łachami śniegu i lodu. W uszach szumi aplauz kibiców☺. Do szczytu zostaje najstromsze 11,9 %. Deptam mocno w korby, na mecie wita mnie trio grające na Alphornach. Nieliczne grono turystów oklaskuje każdego „finiszera”. Solidna robota sprawia, że pomimo wszechobecnych kurtek i czapek wełnianych nie czuję chłodu. Podziwiam cudo inżynierii – zaporę d’Emosson, z której energia zasila trzecią część pociągów w Szwajcarii. W tym momencie jest w 2/3 pusta. Hmm, czyli w szczytowym napełnieniu będzie w niej ze 40 m wyższe lustro? Rewelacyjne miejsce na metę etapu.

Espresso smakuje wybornie. Ciekawe, czy któryś z zawodników zdecyduje się zjechać na dół obłędną kolejką Verticalp? Swoją drogą – jakbym miał do wyboru zjazd szosą, czy kolejką, to miałbym nie lada dylemat. I pomyśleć, że ten podjazd to któryś tam dziesiąty w rankingu najlepszych i najtrudniejszych w Szwajcarii.

Dodano: 2016-07-18

Autor: Tekst: Jarek Hałas, zdjęcia: Jerome Lacourage

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

29” z dużym skokiem

e-Bike

Yeti SB5.5 Carbon
Specialized Epic – Generacja Z
KTM Myroon 29 Master
GT Zaskar Carbon 29 Expert
Whyte T130C Works
Giant Reign 2 LTD
Trek Powerfly FS